Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Sophia (5)

Sophia

Przekręciłam zamek w drzwiach łazienki. Czułam, że Tiago nie wszedłby tu za mną, ale mimo wszystko nie ufałam mu tak do końca. W końcu znałam go dopiero od wczoraj. Oparłam dłonie na umywalce i spojrzałam w lustro. Miałam zaczerwienioną od płaczu twarz i oczy, w których kłębiły się zły. Na bladej skórze szyi odznaczał się siniak po ręce tamtego gnoja. Blond włosy też nie były w najlepszym stanie. Zauważyłam kilka supełków na końcówkach. Mycie się męskimi kosmetykami i brak odżywki wyraźnie dawało o sobie znać. Ale nie mogłam narzekać.

Tiago przygarnął mnie do siebie i dał schronienie, chociaż wcale nie musiał. Sam pewnie sporo ryzykował, chowając mnie tu. Nie chciałam ściągnąć na niego problemów. Nie zasłużył na to. Choć lewo go znałam sprawiał wrażenie bardzo fajnego faceta o poukładanym życiu i moja obecność na pewno nie była mu na rękę. Jednak skoro powiedział, że mi pomoże nie miałam innego wyjścia, tylko mu zaufać. Może miał jakiś plan? Może naprawdę wiedział, co robić? W końcu to on tutaj żył i znał realia miasta. Został mi tylko on.

Siedziałam zamknięta aż całkowicie się uspokoiłam. Nie mogłam cięgle trząść się jak galaretka. Byłam dorosła i choć otoczenie nie napawało optymizmem, trzeba było jakoś dać radę. Jak dobrze pójdzie, już niedługo miałam wrócić do domu.

Przemyłam twarz zimną wodą, wzięłam głęboki oddech, rozejrzałam się, by upewnić się, czy nie rozchlapałam nigdzie wody i chwyciłam za klamkę. Weszłam do kuchni, gdzie Tiago gotował obiad. Na stole leżała taca z jedzeniem, które przyniósł mi do pokoju. Uśmiechnęłam się. Może nie będzie tak źle?

Usiadłam na brzegu krzesła. Nieśmiało wzięłam bułeczkę, sprawdzając, czy Tiago nie będzie miał nic przeciwko, ale nawet na mnie nie spojrzał. Przez chwilę rozkoszowałam się serowym smakiem. Była przepyszna, delikatna i puszysta. Przymknęłam powieki, bo już dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. Przegryzłam bułkę słodkim i soczystym mango. Tutaj smakowało zupełnie inaczej niż to, które kupowałam w Miami. Było o niebo lepsze. Usiadłam wygodniej na krześle. Chwyciłam oburącz wściekle pomarańczowy, lekko pęknięty kubek z już letnią kawą. Ta także miała inne smak. O ile i domu za nią nie przepadałam, tak miałam wrażenie, że tę mogłabym pić już do końca życia. Miała delikatnie czekoladowo-orzechowy posmak. Podejrzewałam, że nie miała dodanego cukru, bo cukierniczka stała tuż obok, a i tak smakowała słodką nutą.

Upiłam kolejny łyk i dopiero zorientowałam się, że Tiago wpatrywał się we mnie od dłuższego czasu. Jego błękitne oczy śledziły każdy mój ruch, kolczyk z boku nosa oraz w brwi odbijał jasne promienie słońca ledwo przedostające się przez częściowo zasunięte rolety. Przełknęłam bułkę z niemrawym uśmiechem.

– Co? Coś nie tak? Ubrudziłam ci koszulkę? – Zapytałam wystraszona, zbita z tropu, sprawdzając czystość ubrania. Nie chciałam dokładać mu problemów związanych ze sprzątaniem po mnie, czy zniszczonymi rzeczami.

– Não1. – Uśmiechnął się przyjaźnie.

Pokręcił głową, przeczesując wytatuowaną dłonią z kilkoma pierścionkami na palcach po ciemnych kręcących się włosach. Odwrócił się i ponownie zaczął kroić coś do obiadu. Umięśnione ramiona okryte luźnym, czarnym bezrękawnikiem, poruszały się miarowo.

Wrzuciłam do ust kolejną kosteczkę mango i dopiłam kawę. Rozejrzałam się po mieszkaniu, szukając sobie jakiegoś zajęcia. Nie wiedziałam na jak długo tu utknęłam, ale przecież nie mogłam siedzieć i gapić się w sufi przez kilka dni. Musiałam coś robić i jakoś odwdzięczyć się za pomoc i schronienie. Wstałam i podeszłam do Tiago. Zerknęłam pod pokrywkę stojącego na kuchence garnka. W gotującej się wodzie dostrzegłam mięso, fasolę, liście laurowe i połówkę pomarańczy.

– Feijo… – zaczęłam, próbując przypomnieć sobie nazwę dania, które jadłam wczoraj na kolację.

– Feijoada – podpowiedział. – Feijo. – Pokazał na woreczek po czarnej fasoli.

– Feijoada – powtórzyłam z uśmiechem. – Pomóc? – Wskazałam na obraną cebulę i czosnek leżące na blacie.

– Tak. – Dla siebie wziął czosnek, a mnie podał deskę do krojenia i nóż.

– W kostkę? – zapytałam, ale widząc jego zmarszczone brwi, pokroiłam kawałek cebuli w drobną kosteczkę i spojrzałam na niego.

Kiwnął głową i z uśmiechem pokazał mi kciuka w górę. Po chwili otarłam załzawione oczy. Przeklęty sok z cebuli.

– Gringa, sorriso. – Puścił mi oczko.

–Sorriso?

Wytarł ręce w ściereczkę i stanął bliżej mnie. Górował nade mną, więc musiałam lekko zadrzeć głowę. Wyszczerzył zęby. Powoli i ostrożnie przysunął rękę do mojej twarzy. Uważnie, ale nie przerywając ciepłego kontaktu wzrokowego, położył dłoń na policzku, a kciukiem musnął kącik ust. Ku własnemu zaskoczeniu ten delikatny dotyk nie wywołał u mnie żadnego strachu, czy chęci ucieczki, a jedynie lekki uśmiech.

– Sorriso. – Kiwnął głową, zadowolony z efektu, jaki wywołał. – Jest piękny – dodał półszeptem po angielsku.

– Dziękuję – również szepnęłam, poszerzając uśmiech.

Puścił mi oczko, wystawiając język w zabawnej minie i wrócił do krojenia czosnku. Przez chwilę patrzyłam jak bujał się w rytm piosenki, którą tylko on słyszał. Miał w sobie coś pozytywnego, coś, co sprawiło, że nie obawiałam się jego dotyku. Chciałam chłonąć jego pozytywną energię płynącą ze spojrzenia, gestów i ruchów.

W innych okolicznościach pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi. Gustowałam raczej w mężczyznach, którzy żyli co najmniej na moim, czyli dość wysokim poziomie. Przez okno w pokoju widziałam wysokie, szklane budynki i wille, które musiały kosztować więcej niż zarobiłby Tiago razem z całą swoją rodziną przez całe życie. Prędzej tam szukałabym znajomych. Ta dzielnica należała raczej do tej ubogiej części miasta, choć sądząc po płytach winylowych wiszących na ścianach, nie żyło się tu aż tak źle.

Tiago nie wkładał szytych na miarę garniturów ani lnianych koszul, nie jeździł drogimi samochodami i nie mieszkał w wartym miliony apartamentowcu. Nosił poszczepione dżinsy lub szerokie dresy, luźne koszulki z dużym logo i bluzy z kapturem. Zamiast markowych okularów przeciwsłonecznych miał czapki z daszkiem, które doczekały się osobnej półki w szafie, z której mogłam korzystać. Zakładał łańcuszek ze sporym krzyżykiem, srebrne bransoletki, a na placach pierścienie. Miał tatuaże, kolczyki i lekko rozczochrane włosy. Mimo że zupełnie nie pasował do środowiska, w którym się obracałam, to właśnie po nim widać było, że był szczęśliwy. Lubił swoją pracę. Bujał się bez muzyki, jakby taniec miał największą wartość w jego życiu. Zadawał się z ludźmi, którzy angażowali się w jego pasję, a w tym małym mieszkaniu miał wszystko, czego potrzebował do życia. Czy można chcieć czegoś więcej do szczęścia?

– Ej, gringa. – Pstryknął mi palcami przed nosem wyrywając z zamyślenia. – Cebola2.

Policzki zaszły mi rumieńcem, więc bez słowa wróciła do opłakiwania warzywa. Zgodnie w ruchowymi wskazówkami Tiago, wsypałam cebulę na patelnię i patrzyłam, jak nabiera rumianego koloru. Po kliku minutach wszystkie dodatki wylądowały w garnku z mięsem oraz fasolą, a po mieszkaniu rozszedł się smakowity zapach.

Usiedliśmy przy stoliku i przez kilka chwil po prostu patrzyliśmy na siebie nawzajem. Dostrzegłam, że na środku szyi, tuż pod jabłkiem Adama ma wytatuowane słówko „calm”. Spokój ewidentnie do niego pasował. Był spokojny, ale i energiczny.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po sekundzie je zamkną. Najwidoczniej przypomniał sobie, że mamy drobne problemy językowe. Szybko wyciągnął telefon i wstukał coś na ekranie. Usłyszałam sztuczny, mechaniczny głos:

„Gdzie mieszkasz?

– Miami – odparłam, wrzucając do ust kawałek mango.

Ponownie coś napisał.

„Kawał drogi. Jak się tu znalazłaś?”

Już miałam odpowiedzieć, ale uświadomiłam sobie, że właściwie to nie wiem, gdzie jestem. Zmarszczyłam brwi.

– Miasto? Kraj? – Spojrzałam na niego, stukając palcem wskazującym w blat.

– Fawela São Paulo. Brazylia. – Uśmiechnął się smutno.

– Brazylia? – Otworzyłam szerzej oczy.

Przecież to kilka tysięcy mil. I to w linii prostej! A licząc lądem? Matko kochana! Obcy kraj, kultura, język i w dodatku tak niesamowicie daleko od domu.

Mój oddech przyspieszył, gdy uświadomiłam sobie w jak złej sytuacji jestem. Przecież nikt mnie tu nie znajdzie. Ten gang mógł mnie dopaść w każdej chwili i żadne służby mnie tu nie namierzą. Nigdy nie wrócę do domu!

– Gringa? – Usłyszałam, jak przez mgłę. W uszach mi piszczało. – Sophia?

Poczułam delikatny, ciepły dotyk na dłoniach. Tiago wciąż siedział po drugiej stronie stołu, ale mocno ściskał mnie za ręce. Kciukami powoli gładził skórę.

– Okej. Ja pomóc – szeptał koślawym angielskim. – Ty tu bezpieczna.

– Pomożesz? Obiecujesz? – Spojrzałam na niego z nadzieją.

– Ja pomóc. – Kiwnął głową.

Wzięłam głęboki oddech. Serce powoli wracało do normalnego rytmu. Uśmiechnęłam się delikatnie, żeby się nie bał, że zaraz zejdę na zawał. Przejęłam od niego komórkę, by przetłumaczyć kilka zdań. Z każdym kolejnym musiałam się coraz mocniej pilnować, żeby telefon nie wypadł mi z rąk. Gdy włączyłam tłumaczenie i oddałam telefon Tiago, zamrugałam szybko kilka razy, by odpędzić zbierające się w oczach łzy.

„Byłam w klubie z siostrą. Gdy wracałam do domu, ktoś mnie zaatakował i uderzył. Obudziłam się zimnej piwnicy. Rozebrali mnie i trzymali tam przez kilka dni. Wczoraj przyszedł do mnie i chciał skrzywdzić. Szamotaliśmy się. Udało mi się złapać jego scyzoryk i uderzyć go w udo. Potem biegłam przed siebie, co chwilę gdzieś skręcając. Myślałam, że może uda mi się znaleźć policję, ale na szczęście trafiłam na ciebie.”

Mocno zaciskał szczękę i palce na telefonie. Gdy nagranie się skończyło, wziął głęboki oddech i dopiero spojrzał na mnie. Takiej ilości współczucia, jak w jego oczach, jeszcze nigdy nie widziałam. Ponownie rozległ się sztuczny głos:

„Czy on cię...”

Niedokończone pytanie zawisło między nami, niczym ciężkie chmury zwiastujące burzę. Pokręciłam powoli głową, patrząc mu w oczy i wystukałam:

„Tylko często uderzał.”

Tylko, uśmiechnęłam się smutno do siebie. W tym kontekście, to i tak było za dużo.

Siedzieliśmy chwilę bez słowa, nie wiedząc, jak ruszyć dalej z rozmową. Mimo trudnego tematu cisza między nami zupełnie mi nie przeszkadzała. Tiago w końcu wstał, podszedł do kuchenki i przemieszał gulasz. Nałożył na dwa talerze solidne porcje gulaszu. Postawił przede mną jeden i ponownie usiadł po drugiej stronie stołu. Przez dłuższą chwilę jedliśmy w milczeniu. Danie było gorące, ale pyszne. Gdy wrócę do domu na pewno wyszukam dokładny przepis i sama będę je gotować. Jedyny plus tej chorej sytuacji, to zupełnie nowe smaki, których na próżno było szukać w Miami. O ile w ogóle wrócę kiedyś do domu. Skuliłam lekko ramiona z rezygnacją.

Tiago popatrzył na mnie z pytaniem w oczach.

– Gringa? Okej?

W końcu wyciągnęłam rękę po jego telefon. Odblokował go i mi podał. Wpisałam wątpliwość, która teraz najbardziej krążyła mi po głowie. Przesunęłam komórkę po stole, a Tiago kliknął tłumaczenie. Do lekko przytłumionego gwaru ulicy, który dochodził do nas przez lekko otwarte okna dołączył mechaniczny głos:

„Masz jakiś plan, jak mogłabym wrócić do domu?”

Rozparł się na krześle w luźnej pozie zwycięzcy i uśmiechnął szeroko wyraźnie z siebie zadowolony. Coś wykombinował. Już sama jego mina sprawiła, że odetchnęłam z ulgą, wyprostowałam się i uważnie słuchałam, jak mówił po portugalsku do mikrofonu komórki, a na ekranie pojawiały się kolejne wyrazy, z których kompletnie niczego nie rozumiałam. Kliknął tłumaczenie:

„Za trzy dni, w czwartek, w południe, jest konkurs tańca. Razem z grupą moich przyjaciół przygotowujemy się do jego zwycięstwa. Nauczę cię kilku kroków i staniesz z tyłu. W odpowiednim momencie wycofasz się w tłum i uciekniesz do samochodu. Ktoś odwiezie cię prosto do konsulatu. Tam ci pomogą wrócić do domu.”

Zaniemówiłam. Serio. Patrzyłam się w telefon, jakby zaraz miał się zmienić w węża. Chyba nie tego się spodziewałam. Chociaż w sumie niczego się nie spodziewałam. Żyłam z dnia na dzień, z godziny na godzinę, bo żadna kolejna nie była choćby odrobinę pewna. Mimo wszystko ja i hip-hop chyba nie szliśmy w parze. Wolałam bardziej latynoskie rytmy. Jak miałam zatańczyć coś czego kompletnie nie czułam ani nie znałam kroków i to w dodatku tak, żeby nikt się nie zorientował? Poza tym byłam blondynką! Z daleka rzucałam się w oczy. Jak on niby chciał mnie ukryć między innymi Brazylijczykami.

Wystukałam szybką odpowiedz:

„Jak mam się ukryć między tancerzami? Nie widzisz jak wyglądam?”

Zmierzył mnie wzrokiem, aż poczułam to w kościach. Na sekundę zatrzymał się na moich piersiach, ukrytych pod jego koszulką bez rękawów, i ciężko przełknął ślinę.

Napisał w tłumaczu jedno zdanie:

„Coś wymyślę.”

Z pewnym siebie, ale i przyjaznym uśmiechem puścił mi oczko.

– Jedz. – Machnął swoją łyżką w stronę mojego talerza.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Ten człowiek był niemożliwy. Ale może w tym szaleństwie była metoda? Coraz bardziej byłam ciekawa dokąd zaprowadzi nas ten pomysł.

 

9 Não (z portugalskiego) – Nie.

10 Cebola (z portugalskiego) – cebula

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania