Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Sophia (3)

Sophia

 

Otworzyłam oczy i zamarłam. Podrapany sufit na pewno nie był częścią mojego pokoju. Siadłam z rozmachem pewna, że mój koszmar trwał dalej. Jednak pokoik nijak nie przypominał piwnicy, w której budziłam się przez ostatnie dni. Tutaj choć było ciasno i pachniało starymi meblami, czułam delikatnie rozchodzący się po ciele spokój. Zajrzałam do szafy. Na wieszakach wisiało kilka koszulek, a poniżej leżały złożone spodenki. Szybko się przebrałam i powoli wyjrzałam z pokoju. Mieszkanie było puste. Najwidoczniej Tiago poszedł do pracy. Przecież moja obecność nie może wywrócić do góry nogami całego jego życia. Spojrzałam na kalendarz. Minęły dwa tygodnie od mojego porwania. Rodzice i Mija musieli odchodzić od zmysłów. Tak bardzo za nimi tęskniłam. Pragnęłam wrócić do nich jak najszybciej, a wciąż tkwiłam tu.

Do moich uszów dotarła mocna, hip-hopowa muzyka. Niski bas niemal trząsł murami budynku. Ktoś starał się przekrzyczeć bit, wydając krótkie polecenia. Odwróciłam się. Pomiędzy drzwiami a szafą, tuż nad podłogą znajdowało się niewielkie okno. Podeszłam bliżej.

Kilka metrów pod spodem tętniąca życiem sala taneczna sprawiała wrażenie profesjonalnego studia. Lustra odbijały promienie słońca, które wpadało do środka przez niewielkie podsufitowe okna, tworząc długie smugi. Zapętloną muzykę z głośników stojących w rogach czułam aż w kościach. Na środku podłogi stała kilkunastoosobowa grupa młodych ludzi. Każdy ubrany był w luźne dresy i koszulki z nadrukami. Chłopcy mieli czapki założone daszkiem do tyłu. Gdy stojący na przodzie Tiago podniósł ręce do góry, cała grupa stanęła w wyuczonym szyku. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy zastąpiony przez pełne skupienie. To Tiago raz po raz wykrzykiwał coś, co brzmiało jak liczenie kroków. Usiadłam na podłodze i z zafascynowaniem obserwowałam widowisko.

Na jego znak w mgnieniu oka wszyscy ruszyli do przodu i dali porwać się muzyce. Z tej perspektywy kolorowe spodnie zlewały się w barwne plamy, które synchronicznie przesuwały się po jasnym parkiecie. Z góry doskonale widziałam to, czego oni na dole, patrząc w lustra, nie byli w stanie dostrzec: idealną symetrię formacji. Kiedy zrobili kilka szybkich kroków, formacja płynnie rozciągnęła się w szeroki romb, by za chwilę skurczyć się do ciasnego okręgu. Każde przesunięcie, każda zamiana miejsc wyglądała z góry jak perfekcyjnie zaplanowany ruch figur na szachownicy. Gesty ich rąk, z dołu mogły wydawać się chaotyczne, lecz z góry cięły powietrze w idealnie równoległych liniach. Wokół nich biła potężna, pozytywna energia.

Choć nie widziałam dokładnie każdego wyrazu twarzy, ich mowa ciała mówiła wszystko. To nie jest katorżniczy, stresujący trening. To czysta, nieskrępowana radość. Odchylone w tył głowy, luźne, sprężyste skoki i dynamiczne gesty zdradzały, że ta ekipa po prostu bawiła się każdym dźwiękiem, każdym dudnieniem basu, każdym uderzeniem nuty. Finałowe uderzenie basu sprawił, że cały ten barwny chaos w ułamku sekundy znowu zbiegł się w jeden punkt. Wszyscy wylądowali nisko na nogach, zamierając w bezruchu, a ich wyciągnięte w stronę luster ramiona stworzyły geometryczny wachlarz. Kiedy muzyka ucichła, tancerze padli na parkiet. Słyszałam ich głośny śmiech odbijający się echem od luster i widziałam, jak zbijali piątki, leżąc bez sił na plecach. Ta grupa żyła muzyką. To oni byli muzyką.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania