Między rytmem a ciszą - Porwanie - Sophia (2)

Sophia

 

Obudziłam się w tym samym lodowatym mroku. Wilgotny odór stęchlizny i pleśni wnikał w każdy por mojej skóry, niemal dławiąc przy każdym głębszym wdechu. Przez ciało przeszedł mnie gwałtowny dreszcz. Usiadłam powoli na twardej, drewnianej pryczy, a podnoszący się z materaca pył drapał mnie w gardle. Wpatrzyłam się w ciężkie, okute stalą drzwi. To jedyny punkt odniesienia w tej szarej pustce. Marzyłam o czymś tak absurdalnie prostym jak kawałek ciepłego chleba, czysta woda czy miękki koc. Moim jedynym okryciem był zjadany przez mole, strzępiący się koc, który ledwo zasłaniał moje niemal nagie, posiniaczone ciało.

On znowu tu przyjdzie.

Ta myśl krążyła w mojej głowie jak natrętny powracający cień. Ostatnio pojawiał się coraz częściej, jakby karmił się moim strachem.

Oparłam potylicę o zimny, szorstki beton ściany i zaczęłam czekać. Ale tym razem w mojej głowie skrzyżowały się zupełnie inne myśli.

A gdyby tak tym razem mu nie pozwolić? Gdyby spróbować zaryzykować i się obronić?

Zauważyłam, że od kilku godzin w moich żyłach krążyło więcej energii, jakby ciało na moment odzyskało dawne pokłady sił. Znałam już jednak ten okrutny mechanizm. Ten przebłysk sprawności to była tylko krótka, złudna faza. Za chwilę głód i wycieńczenie znowu ściągną mnie na dno.

Nicią porozumienia z czasem był tylko ciąg powtarzających się oprawców. Nie miałam pojęcia, ile dni, tygodni czy miesięcy spędziłam w tej dusznej klatce. Czas stracił sens, a każdy dzień zlewał się w jeden niekończący się koszmar. Schemat zawsze wyglądał tak samo: ciężkie kroki na korytarzu, zgrzyt klucza w zamku, a potem wchodził ktoś, kto rzucał w moją stronę zdania gardłowym, łamanym angielskim. Musiałam natychmiast odgadywać jego intencje. Każda sekunda wahania, każdy brak zrozumienia oznaczała to samo: gwałtowny cios, po którym znowu zapadała ciemność.

Zgrzyt ciężkiego zamka rozdarł ciszę celi, raniąc moje uszy niczym pisk ciętej blachy. W jednej sekundzie całe moje ciało stężało, a mięśnie napięły się do granic możliwości. Każdą komórką czułam nadciągający koszmar. Znowu.

Czego tym razem będzie chciał? Dotykać? Uderzyć? Upokorzyć, czy tylko popatrzeć?

Ciężkie drzwi ustąpiły z głuchym skrzypnięciem. Do środka wszedł mężczyzna, ten sam co zwykle. Obrócił ciężki klucz w zamku, po czym niechlujnym ruchem wrzucił go do głębokiej kieszeni skórzanej kurtki. Zrobił krok w moją stronę, a na jego twarzy z wielką blizną wykwitł mdły, obleśny uśmiech, od którego żołądek podszedł mi pod samo gardło.

– Oi, bonita1 – wycharczał z mocnym, południowym akcentem. – Tęskniłaś?

Zanim zdążyłam zareagować, jego szorstka dłoń dotknęła mojego policzka. Twardy naskórek nieznajomego drapał moją wrażliwą, skatowaną skórę.

Szarpnęłam się w bok, odsuwając głowę tak daleko, jak tylko pozwalał mi zimny mur za plecami. Każdy milimetr jego dotyku był jak oparzenie. Czułam obrzydzenie tak głębokie, że niemal dławiące. Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Nie chciałam słyszeć jego świszczącego oddechu ani czuć fetoru starego tytoniu i taniej wody po goleniu, który wlekł za sobą. Nienawidziłam go każdą cząstką mojej czystej, palącej wściekłości.

– Znowu się stawiasz? – mruknął z drwiącym uśmiechem, nachylając się jeszcze niżej. W jego oczach pojawił się niebezpieczny, drapieżny błysk. – Zapomniałaś już, kto tu rządzi?

Jego ręka zjechała z mojego policzka na szyję. Palce zacisnął się na mojej krtani niezbyt mocno, ale na tyle, by odciąć mi dopływ powietrza i przypomnieć o mojej bezsilności. Poczułam na twarzy jego gorący, odrzucający oddech.

Wtedy coś we mnie pękło. Strach, który do tej pory mnie paraliżował, w jednej sekundzie ustąpił miejsca czystej wściekłości.

Nie dzisiaj.

Skupiłam całą siłę, jaka pozostała w moim wycieńczonym ciele, zgięłam nogę w kolanie i z całą mocą kopnęłam go prosto w jego krocze.

Moje uderzenie było czyste i brutalnie celne.

Mężczyzna wydał z siebie zduszony, żałosny skowyt. Uścisk na mojej szyi natychmiast zelżał, a on sam zgiął się w pół, grzmocąc kolanami o brudną posadzkę tuż przed moją pryczą. Złapał się za pachwinę, charcząc z bólu i gwałtownie łapiąc powietrze. W jego oczach, z których nagle zniknęła cała pewność siebie, zobaczyłam mieszankę czystego szoku i rosnącej, morderczej furii.

Serce waliło mi w piersi jak szalone. Oddech miałam rwany, a dłonie drżały z nadmiaru adrenaliny. Po raz pierwszy od niepamiętnych dni to nie ja leżałam na ziemi.

Wstałam szybko. Czułam, jak krew we mnie wrze. Zrobiło mi się gorąco, a przez ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Musiałam się bronić. Nie mogłam dać się skrzywdzić po raz kolejny.

Nie zdążyłam dobiec do drzwi, bo mężczyzna złapał mnie za kostkę. Przewrócił nas na ziemię i usiadł na mnie okrakiem. Jego dłoń trzasnęła w mój policzek. Zabolało. Pociemniało mi w oczach, ale nie mogłam się poddać. Nie teraz, gdy już zaczęłam walczyć. Złapałam go za dłoń i ugryzłam. Zacisnęłam zęby tak mocno, jak tylko byłam w stanie. Krzyknął z bólu. Szarpaliśmy się. Krzyczałam, próbowałam go z siebie zrzucić, ale był znacznie większy i silniejszy.

– Eu vou te matar! Você vai morrer como um cachorro!2 ­– wykrzyczał w po portugalsku.

W szkole miałam koleżankę z Portugalii, więc kojarzyłam w tym języku kilka pojedynczych słów, ale tych akurat nie. Co by to nie oznaczało, byłam pewna, że w tej furii nie życzył mi niczego dobrego.

Jego palce zaciskały się na mojej szyi z bezwzględną, miażdżącą siłą, odcinając ostatnie oddechy. Miałam wrażenie, że głowa zaraz mi eksploduje od pulsującego ciśnienia, a obraz przed oczami rozpływał się w czarne plamy. Czas się kurczył, zostawiając mi zaledwie sekundy przed zapadnięciem w ciemność.

W śmiertelnej panice omacywałam dłońmi zimny, chropowaty beton, szukając czegokolwiek: kamienia, pręta, kawałka szkła. Cokolwiek, co mogłoby przerwać ten uścisk. Gdy przechylił się, by mocniej docisnąć mnie do podłogi, z kieszeni jego spodni wysunął się ciężki, metalowy przedmiot i z głuchym brzękiem spadł tuż obok mojej dłoni.

Scyzoryk.

Jeśli Bóg istniał i kiedykolwiek spoglądał w te mroczne rejon świata, to właśnie dokonał cudu.

Światło w piwnicy falowało, a moje ciało wiotczało z braku powietrza, ale instynkt przetrwania przejął całkowitą kontrolę. Niemal po omacku chwyciłam chłodną rękojeść. Ostatkiem słabnących sił, łamiąc paznokieć, podważyłam i rozłożyłam ostrze. Nie było czasu na celowanie ani zastanawianie się. Z całego impetu, prowadzona czystą rozpaczą, wbijałam stal głęboko, prosto w udo mojego oprawcy.

Nacisk na szyję ustąpił w ułamku sekundy.

Mężczyzna odskoczył do tyłu, łapiąc się za krwawiącą nogę. Z jego gardła wydobył się nieludzki, przeraźliwy wrzask, który z ogłuszającą mocą odbił się od wilgotnych, betonowych ścian. Ostry, piskliwy ton rozniósł się po całej piwnicy i przemknął przez nieszczelne okienka na zewnątrz.

Przez chwilę leżałam obok niego zupełnie nieruchomo. Łapiąc gwałtownie, z palącym bólem tlen do płuc, wiedziałam jedno: jeśli jakikolwiek żywy duch kręcił się w ten wieczór w okolicy, ten krzykiem musiał wyrwać go z obojętności.

Podniosłam się i korzystając z tego, że mężczyzna cały czas się zwijał z bólu wygrzebałam z jego kieszeni klucz i ruszyłam do wyjścia. Pędziłam po schodach, wspierając się o ściany, a potem korytarzem najszybciej jak mogłam. Wypadłam na spowitą w ciemnościach ulicę. Nie zastanawiając się zbyt wiele skręciłam w najbliższą uliczkę, gnając ile sił w nogach. Skręcałam, biegłam prosto i znowu chowałam się pomiędzy budynkami. Dookoła było pusto. Nie zauważyłam ani jednej żywej duszy. Chyba wszyscy już spali. W końcu zatrzymałam się na chwilę. Musiałam złapać głębszy oddech. Pochyliłam się do przodu i oparłam ręce na kolanach. Trudno mi było zrobić porządny wdech. Wszystko mnie bolało, płuca błagały o ratunek. W głowie mi się lekko kręciło, ale nie mogłam się teraz poddać. Jeszcze nie.

Ciemność z jednej strony była błogosławieństwem, bo łatwiej było mi się schować, lecz z drugiej przekleństwem, bo sama niewiele widziałam. Gdzieniegdzie migotały uliczne lampy, ale i one wyglądały, jakby zaraz miały zgasnąć.

Z oddali słyszałam głośne nawoływania w obcym języku. Krótkie, urywane komendy przecinały ciszę z przerażającą precyzją. Szukali mnie. Zrozumienie tego faktu uderzyło we mnie jak lodowaty prąd. Paraliżujący dreszcz strachu przemknął wzdłuż kręgosłupa, stawiając na nogach wszystkie włoski na ciele.

Nie mogłam dłużej odpoczywać. Ruszyłam naprzód, zmuszając odmawiające posłuszeństwa nogi do karkołomnego biegu. Gnałam oślepiona ciemnością, co chwilę odwracając się przez ramię, by sprawdzić, czy z mroku nie wyłonią się snopy światła latarek lub sylwetki moich prześladowców. Każda sekunda zwłoki mogła oznaczać koniec.

Płuca płonęły, a braki tlenu sprawiały, że każdy wdech stał się torturą. Ciało płatało mi figle. Chłodne, nocne powietrze smagało skórę lodowatym biczem, podczas gdy od wewnątrz spalał mnie gorąc morderczego wysiłku. W ustach miałam lepki smak pyłu i suchość tak nieznośną, jakbym połykała piasek. Żołądek skręcał się w ciasny, bolesny supeł z przerażenia i wycieńczenia, a każdy krok był czystym cierpieniem. Zranione, bose stopy paliły żywym ogniem, ostro reagując na każdą grudkę ziemi, szorstki szuter i spękany asfalt.

Ale biegłam dalej. Strach był jedynym paliwem, które wciąż trzymało mnie na nogach.

Nie miałam pojęcia, w którą stronę powinnam uciekać. Miasto nie wyglądało na Miami, a i język pojawiający się na szyldach zamkniętych sklepów nie przypominał angielskiego.

Skręciłam w kolejną uliczkę i z rozpędem na coś wpadłam. Odbiłam się z piskiem. Zamknęłam oczy, czekając na nieuchronny upadek. Ten jednak nie nastąpił. Otworzyłam oczy z ciężko bijącym sercem. Wysoki mężczyzna trzymał mnie mocno za ramiona i patrzył, jak na egzotyczne zwierzę w zoo.

– Puszczaj! – szarpnęłam się.

Podniósł ręce do góry w poddańczym geście.

– Não se preocupe, eu não vou fazer nada com você, gringa3 – odparł niskim głosem w obcym języku.

Spojrzałam na niego przerażonym wzrokiem, zupełnie nie rozumiejąc jego słów.

– Co? Nie rozumiem cię. – Zaczęłam jeszcze szybciej oddychać, cofając się o krok.

Dopiero teraz, gdy pierwszy pędzący adrenaliną pęd nieco opadł, uderzyła we mnie paraliżująca świadomość mojej sytuacji. Byłam w zupełnie obcym kraju, bez dokumentów, bez telefonu, poraniona i przerażona. Nawet jeśli znajdę kogoś, kto nie będzie chciał mnie skrzywdzić, bariera językowa może okazać się ścianą nie do przebicia. Mój głos mógł stać się bezużyteczny w miejscu, gdzie moje słowa brzmiały jak pozbawiony sensu szum.

W oczach mężczyzny mieszało się zaskoczenie z czujnością. On też mnie nie rozumiał. Widziałam to w jego oszołomionym wzroku, gdy usiłował pojąć, kim jest zakrwawiona, bosa kobieta wpadająca na niego w środku nocy.

Przez ułamek sekundy wisieliśmy w ciężkiej, napiętej ciszy. Otworzył usta, by coś powiedzieć, może zadać pytanie, może rzucić ostrzeżenie, ale słowa nigdy nie padły.

Ciszę nocy rozerwał gwałtowny, suchy jazgot. Gdzieś niedaleko rozległy się strzały. Echo wystrzałów rozcięły powietrze, a świat wokół nas w jednej chwili ponownie eksplodował czystym chaosem.

– Chodź – rzucił po angielsku.

Nim zdążyłam chociażby drgnąć, obcy mężczyzna zareagował błyskawicznie. Jego miękka dłoń zamknęła się na moim sinym nadgarstku jak stalowa klamra. Zanim z moich piersi zdążył wyrwać się krzyk bólu, pociągnął mnie gwałtownie za sobą, wciągając prosto w mrok wyludnionego, wąskiego zaułka.

Przemykaliśmy przy samej ścianie, osłonięci głębokimi cieniami, aż dopadliśmy do tyłów jakiegoś obskurnego budynku. Zaciągnął mnie bezceremonialnie za potężny, rdzewiejący kontener na odpady. Metalowy zbiornik był tak przepełniony, że sterty gnilnych śmieci wysypywały się z niego od dawna, tworząc wokoło cuchnący wał.

Przylegliśmy ciężko do chropowatej powierzchni ściany i kucnęliśmy, wciskając się w sam kąt. Lepiący od brudu odór spleciony z zapachami stęchlizny uderzył mnie w nozdrza, ale oboje zamarliśmy w bezruchu, praktycznie wstrzymując oddech. Mężczyzna mocniej przycisnął moją rękę do ziemi, dając mi jasno do zrozumienia, że najmniejszy szmer może kosztować nas życie.

Mój towarzysz objął mnie ciaśniej w ramionach, zmuszając, bym skuliła się w ciasny kłębek, i nakrył mnie własnym ciałem, tworząc ze siebie żywą tarczę. Wcisnął moją głowę mocno we własną pierś, chroniąc mnie przed wzrokiem czających się w mroku napastników.

Niemal w tej samej chwili ulicą, na której staliśmy jeszcze sekundy temu, przebiegła grupa krzyczących mężczyzn. Wściekłe wrzaski i ciężkie uderzenia wojskowych butów o asfalt wstrząsnęły moim ciałem. Nie mogłam powstrzymać drżenia z nerwów, z wycieńczenia i paraliżującego przerażenia. Czułam, jak serce mojego wybawcy bije jak szalone, odbijając się od mojego policzka. Byłam bezwzględnie pewna jednego: jeśli tylko mnie znajdą, nie zawahają się ani na ułamek sekundy, by mnie po prostu odstrzelić i zatrzeć wszelkie ślady.

Gdy odgłosy pościgu zaczęły powoli cichnąć w oddali, do głowy powróciła mi jedna gorączkowa, desperacka myśl. Nie mogłam wiecznie ukrywać się w śmieciach. Musiałam za wszelką cenę dostać się na posterunek policji. To była moja jedyna szansa na ratunek i jakikolwiek cień bezpieczeństwa.

Okrzyki i ciężkie kroki pościgu w końcu ucichły, oddalając się w mroczny labirynt ulic, więc zaryzykowałam i powoli podniosłam wzrok na mojego wybawcę.

Jego twarz znajdowała się zaledwie kilka centymetrów od mojej. Patrzył na mnie ze mocno zmarszczonymi brwiami, a w jego niebieskich oczach malował się kompletny mętlik. Wciąż lekko podtrzymując mnie za ramiona, przeniósł spojrzenie z mojej zakrwawionej, brudnej twarzy na bose stopy, po czym znowu spojrzał mi prosto w oczy. Ewidentnie nie miał pojęcia, kim jestem ani co ze mną zrobić. Byłam dla niego nagłym, śmiertelnie niebezpiecznym ciężarem, który dosłownie spadł mu z nieba w środku nocy.

Przełknęłam ślinę, próbując wydusić z siebie choć jedno słowo, ale ściśnięte gardło odmówiło posłuszeństwa. Oboje trwaliśmy w tym milczeniu, zawieszeni między strachem a niepewnością, wiedząc, że każda decyzja, jaką teraz podejmie, przypieczętuje mój los.

– Policja, muszę dostać się na policję – szepnęłam.

– Nie, policja zła – powiedział łamanym angielskim.

– Ale ja…

– Ciii… – Przystawił palec do swoich ust. – Ja pomóc. Chodź.

Powoli podniósł się z klęczek i strzepnął brud z kolan. Odwrócił się w moją stronę, po czym bez słowa wyciągnął do mnie dłoń.

W normalnych okolicznościach nigdy w życiu bym się na to nie zgodziła. Chwycenie dłoni obcego mężczyzny w opustoszałym, cuchnącym zaułku było prosta drogą do katastrofy. Ale teraz… teraz dotychczasowe zasady przestawały istnieć. Byłam całkowicie bezradna, zawieszona w próżni obcego kraju, pętana bezwzględną barierą językową. Nie miałam pojęcia, w którą stronę uciekać, a szansa na samodzielne znalezienie posterunku policji w tym mrocznym labiryncie ulic była zerowa.

Chłodne nocne powietrze smagało moje niemal nagie ciało, bo oprócz brudnej bielizny i krwi zaschniętej na skórze nie miałam na sobie zupełnie nic.

A ten człowiek, kimkolwiek był, przed chwilą zaryzykował dla mnie własne życie. Przykrył mnie własnym ciałem. Schował.

Przez długie, dławiące sekundy wpatrywałam się w jego jasne, intensywnie niebieskie tęczówki. Szukałam w nich jakiegokolwiek cienia fałszu, groźby czy cichego podstępu. Widziałam tam jednak tylko surowy spokój, czujność i coś na kształt ponurej troski. Nie miałam wyboru. Musiałam postawić wszystko na jedną kartę i mu zaufać. Bez niego byłam po prostu łatwym celem, zwierzyną czekającą na ostrożny strzał z mroku. Z nim zyskiwałam chociaż nikły cień nadziei.

Zaryzykowałam. Ujęłam jego dłoń, a on delikatnie, lecz niezwykle pewnie pociągnął mnie do góry, pomagając mi ustać na obolałych stopach. Z moich ust wyrwał się cichy jęk bólu, lecz zanim zdążyłam stracić równowagę, mężczyzna płynnym ruchem ściągnął z siebie grubą bluzę z kapturem.

– Proszę. – Uśmiechnął się przyjaźnie.

Mimo że sam został w zaledwie cienkiej koszulce bez wahania podał mi ciepły materiał, pomagając mi wsunąć drżące ręce w za długie rękawy. Zasunęłam zamek pod samą szyję. Zapach miękkiej bawełny, czystości i męskich perfum natychmiast zepchnął na dalszy plan dławiący odór wysypujących się z kontenera śmieci. Gdy szczelnie otuliłam się materiałem sięgającym mi niemal do połowy ud, czując uderzenie zbawiennego ciepła, poczułam coś więcej niż tylko ochronę przed zimnem. Zyskałam pierwszą, bezcenną cząstkę utraconej godności.

Chłopak upewnił się wzrokiem, że stoję stabilnie, skinął krótko głową i dał mi znak dłonią, nakazując bezwzględną ciszę. Potem odwrócił się i ruszył głębiej w mrok zaułka, prowadząc mnie w nieznane.

Rozejrzeliśmy się po głównej ulicy i szybkim krokiem ruszyliśmy zniszczonym chodnikiem. Mężczyzna trzymał mnie za dłoń, ciągle uważnie skanując otoczenie. Przy każdy kolejnym dobiegającym z daleka krzyku moje ciało napinało się coraz mocniej. Marzyłam, żeby to się już skończyło. Chciałam w końcu znaleźć się w bezpiecznym miejscu, gdzie nikt z bronią w ręku nie będzie mnie szukał.

Kilka minut później, przemykając cicho między pustymi uliczkami i podwórkami, dotarliśmy pod stary, mocno zniszczony budynek. Mimo że wzniesiono go z masywnego, popękanego betonu i grubych bloczków, na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opuszczonej ruiny, która już dawno przestała spełniać jakiekolwiek normy budowlane. Szary tynk gdzieniegdzie trochę odpadł, a tuż nad chodnikiem widniały zielone bazgroły, które ktoś uznał za cudowne graffiti. Nad ciężkimi drzwiami wisiało żółte logo TiagoClubu.

Wślizgnęliśmy się do środka, a mężczyzna przekręcił klucz i zasunął zasuwkę. Z małego korytarza widziałam przejście do sporej, ciemnej sali. Przelotny blask księżyca odbił się w gigantycznym lustrze pokrywającym niemal całą ścianę, w którym na ułamek sekundy dostrzegłam nasz zarys: postawnego mężczyznę i mnie, przerażoną, zagubioną postać w za dużej bluzie.

Tuż obok sali wznosiły się wąskie, drewniane schody z wytartym stopniami. Mężczyzna zatrzymał się, odwrócił w moją stronę i gestem dłoni wskazał kierunek, cicho zapraszając mnie do góry.

Na piętrze, w półmroku zakurzonego korytarza, czekały pojedyncze drzwi z odrapaną farbą. Mężczyzna sięgnął do kieszeni, wyciągnął ciężki klucz i zdecydowanym ruchem przekręcił zamek. Głośny, metaliczny stukot rygla rozniósł się po pustej klatce schodowej niczym strzał, sprawiając, że aż podskoczyłam ze strachu.

Pchnął skrzydło do środka, przepuszczając mnie w progu. Weszliśmy do małego, chłodnego mieszkania. Pociągnął za sobą drzwi i z powrotem przekręcił klucz, zamykając nas bezpiecznie w środku, odcinając niebezpieczny świat za ścianą. Mężczyzna schylił się i włączył jedynie małą lampkę nocną na szafce. Ciepłe światło powoli rozproszyło mrok, wycinając z ciemności zarys skromnych mebli i dając mi pierwsze prawdziwe poczucie, że na tę jedną chwilę najgorszy koszmar został za drzwiami.

Chłopak podszedł do okna w salonie i zasłonił roletę, następnie to samo zrobił przy aneksie kuchennym, po czym wrócił do mnie. Ciągle stałam przy drzwiach. Otuliłam się ramionami, jakby to miało mnie przed czymkolwiek uchronić.

– Tiago. – Wyciągnął dłoń.

– Sophia. – Niepewnie odwzajemniłam uścisk.

– Está com fome?4 – powiedział po swojemu. Zmarszczyłam brwi. – Jeść? Pić? – poprawił się na angielski.

Skinęłam lekko głową. Wskazał mi krzesło przy niewielkim stoliku, a sam sięgnął do lodówki.

Aneks kuchenny ze starymi, ale zadbanymi szafkami, połączony był z salonem. Rozkładana kanapa zajmowała większość miejsca i skierowana był w stronę małego telewizora. Obok niego stała szafa i wąski regał. Na wprost mnie były jeszcze drzwi: jedna białe, a drugie ciemnobrązowe. Na jasnych ścianach wisiały płyty winylowe oraz pstrokate obrazy. W kącie zauważyłam duży głośnik. Mieszkanie wyglądało trochę artystycznie i staro, ale widać, że o nie dbał.

– Jedz. – Postawił przede mną kubek z herbatą oraz talerz z czymś, co przypominało gulasz. – Feijoada5. – Wskazał na jedzenie.

– Feijoada? – powtórzyłam. – Dziękuję.

Kiwnął głową i ruszył do białych drzwi. Zniknął za nimi, a po chwili wrócił i poszedł do pokoju za tymi brązowymi. Szybko pochłonęłam gulasz. Ulga, która mnie ogarnęła po napełnieniu żołądka i nawilżeniu gardła herbatą, była wręcz nie do opisania. Z cichym westchnieniem odstawiłam naczynia do zlewu.

Chciałam być miła i choć ze zmęczenia ledwo stałam na nogach, wzięłam do ręki gąbkę do naczyń, by za sobą posprzątać. Tiago pojawił się tuż obok kręcąc głową z politowaniem. Wyciągnął mi z dłoni gąbkę i kiwnął w stronę białych drzwi. Posłusznie poszłam za nim.

Weszliśmy do malutkiej łazienki, której ściany pokrywały nieco blaknące niebieskie kafelki. Wąskie pomieszczenie było surowe i bezwzględnie funkcjonalne. Oprócz kabiny prysznicowej, toalety, prostej umywalki oraz małej półki pod lustrem, na której stało zaledwie kilka podstawowych męskich kosmetyków, nie było tu absolutnie nic więcej.

Zapach mydła mieszał się tu z chłodnym powietrzem. Lustro nad umywalką czekało tylko, aż wreszcie odważę się w nim przejrzeć i zobaczę, jak bardzo to porwanie mnie zmieniło. Mimo prostoty tego miejsca, drzwi, które będę mogła zamknąć, dawały mi coś, czego nie czułam od wielu dni: intymność i cień złudnego bezpieczeństwa.

– Ty, kąpiel. – Starał się mówić prostymi angielskimi wyrazami.

Podał mi czerwony ręcznik, oryginalnie zapakowaną szczoteczkę do zębów oraz złożone w kostkę ubrania i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Stałam przez chwilę nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Uciekłam porywaczowi, który regularnie mnie bił, molestował i groził śmiercią. Udało mi się go obezwładnić! Uśmiechnęłam się na tę myśl. Pierwszy raz od tak dawna poczułam w piersi zryw prawdziwego triumfu. Żyłam. Wywalczyłam sobie wolność własnymi rękami.

Jednak uśmiech zniknął z mojej twarzy równie szybko, jak się pojawił. Mina zrzedła mi momentalnie, a cieplejsze uczucie ustąpiło miejsca paraliżującemu chłodowi, gdy twarda rzeczywistość ponownie uderzyła mnie w twarz. Uświadomiłam sobie, gdzie właściwie jestem. Wylądowałam z całkowicie obcym mężczyzną w jego zamkniętym mieszkaniu. W spartańskiej, niebieskiej łazience, bez broni, bez telefonu, w obcym kraju.

W głowie natychmiast eksplodowała fala czarnych myśli. A co, jeśli zamieniłam jednego kata na drugiego? Co, jeśli on też okaże się potworem? Przez ten cały pęd, strach i ciemność nawet nie miałam głowy, żeby mu się lepiej przyjrzeć, ocenić jego intencje. Błędny ognik nadziei gasł w zastraszającym tempie.

Zamknie mnie tu? Wykorzysta? Zabije? Serce znowu zaczęło mi walić jak szalone, odbijając się głuchym echem w moich skroniach. Zdałam sobie sprawę, że moja walka o przetrwanie wcale się nie skończyła.

Szybko przekręciłam zamek w drzwiach.

A może przesadzam? Może on tylko chce mi pomóc? Może nie jest kolejnym złym człowiekiem? Ale dlaczego miałby cokolwiek dla mnie zrobić? I czego będzie chciał w zamian?

Westchnęłam z rezygnacją. I tak nie mam lepszej opcji, niż spróbować mu zaufać.

Weszłam pod prysznic. Ciepła woda spływała po moim spiętym ciele, przyjemnie rozluźniając mięśnie i spłukując obrzydliwy smród zatęchłej piwnicy oraz kurz ucieczki. Z każdym strumieniem spływającym do odpływu czułam, jak uchodzi ze mnie resztka gorączkowej adrenaliny, a jej miejsce zajmuje obezwładniające zmęczenie. Moje ciało krzyczało o odpoczynek. Musiałam odespać te ostatnie, piekielne dni, a dopiero jutro, ze świeżym umysłem, zacząć martwić się, co zrobić dalej i jak za wszelką cenę wrócić do domu.

Wytarłam się miękkim ręcznikiem i ubrałam w ubrania, które mi zostawił: za dużą koszulkę i dresowe spodenki ze sznurkiem w pasie. Wszystko wisiało na mnie jak na wieszaku, rękawy sięgały łokci, a nogawki opadały poniżej kolan, ale absolutnie nie zamierzałam narzekać. Przynajmniej byłam okryta i nie świeciłam już gołym tyłkiem przed obcym człowiekiem.

Z głębokim wdechem i sercem znowu podchodzącym do gardła wychyliłam się z łazienki. Zauważyłam cichy ruch za uchylonymi, brązowymi drzwiami prowadzącymi do sypialni. Skuliłam ramiona, odruchowo przyjmując obronną postawę, i ostrożnie przekroczyłam próg.

Mężczyzna, Tiago, właśnie kończył zaścielać rozłożoną kanapę w jasną, pstrokatą pościel. Dopiero teraz miałam okazję naprawdę przyjrzeć się wnętrzu, które okazało się całkowitym zaprzeczeniem surowej, chłodnej łazienki. Pokój tętnił artystycznym chaosem. Na półkach, szafkach i bezpośrednio na podłodze roiło się od płyt winylowych, kaset i opartych o ściany obrazów. Co więcej, wieszaki i oparcia foteli uginały się pod ciężarem najróżniejszych, niezwykle kolorowych, wzorzystych i błyszczących w świetle lampki strojów, tworząc z małego mieszkania niemal teatralną garderobę.

Gdy mnie zauważył, wyprostował się i posłał mi przyjazny uśmiech. Ostrożnie podeszłam bliżej. Wskazał na kanapę.

– Spać. – Wskazał szafę. – Ubrania.

– Bardzo ci dziękuję. – Uśmiechnęłam się delikatnie.

Zrobił krok i wyciągnął rękę w moją stronę. Odruchowo się cofnęłam, uśmiech zniknął w odmętach przerażenia, a nieprzyjemna gula utknęła w gardle. Mocniej objęłam się ramionami.

– Gringa – westchnął zrezygnowany. – Não tenha medo6.

Nie miałam pojęcia, co powiedział, ale śmiałam twierdzić, że miało mnie to uspokoić. Jego głos był pozbawiony jakiejkolwiek agresji, przypominał ostrożny szept. Widząc mój gwałtowny opór, powoli uniósł dłonie na wysokość klatki piersiowej w czytelnym geście pokojowych intencji.

Odsunęłam się od niego jeszcze trochę, plecami niemal dotykając ściany, a on, ciągle trzymając ręce w górze i nie spuszczając ze mnie spokojnego wzroku, powoli mnie minął. Dał mi przestrzeń, pokazał, że nie zamierza naruszać moich granic, po czym wycofał się w głąb mieszkania.

Gdy zostałam sama z moich płuc uszło całe powietrze. Ciężko opadłam na materac, który ugiął się pod moim wycieńczonym ciałem. Ból w stopach, pulsujące siniaki i drżenie rąk zlały się w jedno całkowite odrętwienie. Nie miałam nawet sił, by płakać. Myśli uleciały, a oczy piekły od łez, które dawno wyschły.

Lekko wyciągnęłam dłoń, zgasiłam małą lampkę stojącą na parapecie i pogrążyłam pokój w kojącym mroku. Przyłożyłam ciężką głowę do miękkiej poduszki, wciągnęłam w płuca zapach świeżej pościeli i w ułamku sekundy po prostu odpłynęłam, zapadając w sen.

 

1 Oi, bonita (z portugalskiego) – Cześć, piękna.

2 Eu vou te matar! Você vai morrer como um cachorro! (z portugalskiego) – Zabiję cię! Zdechniesz jak pies!

3 Não se preocupe, eu não vou fazer nada com você, gringa (z portugalskiego) – Nie martw się, nic ci nie zrobię, cudzoziemko.

4 Está com fome? (z portugalskiego) – Jesteś głodna?

5 Feijoada – gulasz z czarnej, czerwonej lub brązowej fasoli, wędzonego mięsa, cebuli, czosnku, pieprzu, goździków i liści laurowych.

6 Não tenha medo, gringa (z portugalskiego) – Nie bój się, cudzoziemko. Gringa jest neutralnym lub sympatycznym określeniem na osoby z zagranicy.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania