Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Tiago (6)

Tiago

Mój pomysł był szalony i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Mimo wszystko całym sercem wierzyłem, że nam się uda, że jej się uda. Musiałem jeszcze tylko wymyślić, jak ukryć jej tożsamość na czas przejścia na plac i krótkiego występu z jej udziałem. Była zbyt charakterystyczna, żeby mogła założyć tylko zwykłe dresy. Potrzebowaliśmy czegoś lepszego, czegoś, co ukryje jej włosy, a najlepiej to jeszcze większą część twarzy.

Teraz miałem inny pomysł. Stanąłem przy oknie w salonie. Ostrożnie popatrzyłem na ulicę. Nie zauważyłem żadnych podejrzanych motocykli ani dziwnie zachowujących się ludzi.

– Gringa, chodź. – Machnąłem ręką.

Dziewczyna odsunęła talerz i stanęła przy mnie. Przez wąską szczelinę w rolecie roztaczał się widok na pulsującą życiem, nieco zakurzoną uliczkę São Paulo. Z tej perspektywy widziała świat na zewnątrz, ale ludzie na pewno nie widzieli jej.

Wyciągnąłem z kieszeni telefon i postukałem w ekran.

„Patrz uważnie. To jest prawdziwe miasto, nie to z pocztówek”, odczytała angielskie tłumaczenie.

Wskazałem palcem na dół, tuż pod moim budynkiem. Na rogu ulicy, w cieniu rosnącej na krawężniku palmy, wylegiwały się dwa obudzone ze snu, kundlowate psy. Obok wejścia do małej sali restauracyjnej stała plastikowa, czerwona miska wypełniona świeżą wodą.

Przesunąłem palcem po telefonie, pisząc kolejną wiadomość, a telefon wibrował przy każdym słowie.

„Nikt tu ich nie przegania. Przed salą zawsze stoi miska z wodą. Nawet jak ludzie nie mają pieniędzy dla siebie, dzielą się z psami. Słońce tu zabija, jak nie piją.”

Sophia patrzyła, jak jeden z psów powoli podnosi się, podchodzi do miski i łapczywie chlipie wodę, podczas gdy przechodzący obok mężczyzna w roboczym stroju klepie go lekko po grzbiecie, jakby znali się od lat.

Lekko pociągnąłem ją za rękaw, nakazując przenieść wzrok kawałek dalej, na środek skrzyżowania. Stał tam mężczyzna w pogniecionej, żółtej koszulce, pchający drewniany wózek przeładowany soczystymi mango, papajami i pękami dojrzałych bananów. Głośno nawoływał mieszkańców, machając rękami do ludzi w oknach.

Ekran telefonu znów się podświetlił, gdy pokazał tłumaczenie moich słów:

„To Sr. Pedro. Co rano przyjeżdża z targu. Jeśli nie sprzeda wszystkiego do wieczora, daje owoce dzieciom podwórka za rogiem. Tutaj każdy kombinuje, żeby przeżyć, ale nikt nie zostawia sąsiada bez niczego.”

Sophia patrzyła na ten chaotyczny, hałaśliwy, pełen zapachów spalin i dojrzałych owoców świat, a jednocześnie na swój sposób niezwykle ludzki. Nie mówiłem nic więcej, ale chciałem, żeby czuła, jak bardzo zależy mi, by pokazać jej mój świat. Nie mogła wychodzić, więc chociaż w ten sposób mogłem daj jej namiastkę życia. Schowanego, ukrytego za murem i roletą, ale jednak życia. Gdy odchyliłem roletę ciut szerzej, promień popołudniowego słońca padł prosto na jej twarz, wyrywając ją z dotychczasowego, sterylnego świata. Podeszła odrobinę bliżej przyglądając się pobazgranych sprejem blachach garaży, biegających za piłką dzieciakach i koślawo jeżdżących motocyklach.

Wzięła telefon i wystukała wiadomość:

„Tu jest zupełnie inaczej niż u mnie. Bardziej chaotycznie, ale wszystko ma więcej ciepła i kolorów. Gdyby nie moja sytuacja, mogłoby mi się tu spodobać.”

Uśmiechnęła się blado. Odwzajemniłem uśmiech i pozwoliłem, by jeszcze przez chwilę przyglądała się okolicy, a sam rozsiadłem się na kanapie.

Z kostką jednej nogi zarzuconą na kolano drugiej bezwiednie szkicowałem pojedyncze ruchy taneczne. Nie byłem mistrzem rysunku, ale pomagało mi to planować choreografię. Dzisiaj miałem jeszcze zajęcia z dwiema dziewczynami, którym marzyło się dołączenie do mojej galera i wystąpienie na corocznym konkursie.

Zawsze do mojej konkursowej paczki najlepszych uczniów dobierałem dwie, czasami trzy dobrze rokujące osoby, które uczyłem w innych grupach lub indywidualnie, żeby dać im szansę na lepsze życie. Robiłem, co mogłem, by przygotować świetną choreografię i później nauczyć jej moich podopiecznych, ale bywało różnie. Raz wygrywaliśmy, raz przegrywaliśmy. Jednak muszę przyznać, że kilka osób wyfrunęło spod moich skrzydeł i dzięki konkursowi teraz mieszkało w mieście wiodąc spokojne życie z dala od faweli. Byłem z nich bardzo dumny, a przy okazji pozwalało mi to cieszyć się szacunkiem wśród mieszkańców. Nawet gang dawał mi względny spokój i nie przeszkadzał w prowadzeniu działalności. A to już było coś.

Uniosłem głowę znad szkicownika i zawiesiłem wzrok na długich nogach Sophie. W moich szerokich spodenkach wydawały się jeszcze bardziej smukłe i pociągające. Była piękną młodą kobietą. Podejrzewałem, że mogła być młodsza ode mnie o jakieś trzy, maksymalnie pięć lat. Pewnie niedawno skończyła studia, a w Miami czeka na nią duży dom z ogrodem, może nawet z basenem. Po jej ruchach, delikatności i wrodzonej gracji poznałem, że musiała pochodzić z dobrze sytuowanej rodziny. Nie powiedziała złego słowa na moje mieszkanie, czy okolicę, ale widziałem jej rzucane ukradkiem spojrzenia na ściany pomalowane zbyt dawno temu. Momentami nie wiedziała, czy może coś wziąć lub powiedzieć. Nawet kubek z kawą trzymała ostrożniej niż powinna, jakby bała się, że pęknie i rozpadnie się w drobny mak.

Stała teraz przy zlewie i z wręcz najwyższym pietyzmem myła naczynia po obiedzie. Równie ostrożnie wszystko wycierała i odkładała. Sama uparła się, że posprząta i choć nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby tego oczekiwać, uznałem, że tego potrzebuje. Nie do końca rozumiałem, co się z nią działo i dlaczego tak bardzo prosiła, bym dał jej tę możliwość, ale skoro chciała, to proszę bardzo.

Odwróciła się w moją stronę i ponownie dzisiejszego popołudnia przyłapała mnie na gapieniu się. Musiałem przyznać, że była naprawdę ładną dziewczyną. Zupełnie inną niż te, które spotykałem na co dzień. Nie tylko ze względu na wygląd, ale też zachowanie. Brałem pod uwagę, że to może być spowodowane ostatnimi wydarzeniami, ale wśród krzyków ludzi na ulicy, trąbienia samochodów i motocykli, szczekania psów oraz głośnego dudnienia basów, cichość, delikatność i sporadyczny spokój tej dziewczyny dawał przyjemne wytchnienie.

Pomachała do mnie kolorowymi kubkami.

– Gdzie? – zapytała.

Wstałem i podszedłem do niej. Minąłem ją zaledwie o kilka centymetrów. Obserwowała mnie bacznym wzrokiem. Otworzyłem ostatnią szafkę. Podała mi kubki, rozumiejąc, że sama mogła mieć problem, by dosięgnąć do górnej półki. Przejmując od niej naczynia, przypadkiem musnąłem jej palce. To był zupełnie niewinny dotyk, a jednak sprawił, że na plecach poczułem drobne dreszcze.

Zauważyłem, że Sophia delikatnie napięła mięśnie, jakby i ona to odczuła. Zdziwiło mnie to, bo gdy przedtem dotykałem jej twarzy wydawała się całkowicie spokojna, rozluźniona. Może wówczas dokładnie widziała, co robię i muśnięcie policzka nie było dla niej zaskoczeniem w przeciwieństwie do tej sytuacji.

Odstawiłem kubki do szafki. Musiałem jeszcze przygotować salę na zajęcia, a jednocześnie nie chciałem znowu zostawiać dziewczyny samej. Jeśli faktycznie miała tu zostać jeszcze kilka dni, musiała się czymś zająć. Jakbym ja był zostawiony samotnie w obcym miejscu, zamknięty na cztery spusty i z groźbą śmierci wiszącą nad głową, bardzo szybko bym oszalał. Spojrzałem na nią. Stała z lekko skulonymi ramionami.

– Ty, ja. – Pokazałem palcem na nas, a potem na drzwi.

– Na zewnątrz? – Zmarszczyła brwi.

– Nie. – Pokręciłem głową, przeczesując dłonią przydługie włosy.

Ponownie pokazałem na nas i drzwi. Ruszałem palcami jakbyśmy schodzili po schodach. Następnie zanuciłem melodię, robiąc kilka kroków. Po chwili zastanowienia udawałem, że pryskam sprejem powietrze, które potem wycieram szmatką, by na koniec symulować zamiatanie podłogi.

Z każdym kolejnym gestem na ustach Sophii pojawiał się coraz większy uśmiech. Rozluźniła ramiona, które lekko drżały od powstrzymanego rozbawienia. Sam też zacząłem się śmiać, uświadamiając sobie, jak te kalambury musiały wyglądać z boku. W końcu dziewczyna kiwnęła ochoczo głową. Machnięciem ręki zaprosiłem do pójścia przodem.

Zeszliśmy wąskimi schodami, ja po drodze przekręciłem klucz w drzwiach zewnętrznych, żeby przypadkiem nikt nas tu nie nakrył i weszliśmy do sali tanecznej. Nie było tu dużo rzeczy. Lustra na dwóch ścianach odbijały każdy nasz ruch. Na ich brzegach moi kursanci przykleili kilka kolorowych naklejek. Większość z nich przedstawiała zwierzątka lub postacie z bajek, czyli ulubieńców dzieciaków, które przychodziły tańczyć w poniedziałkowe popołudnie. Gdzieś pomiędzy naklejkami ze słoniem, koniem i królikiem znajdowały się te „bardziej dorosłe” z czaszką, butelką alkoholu, nie do końca cenzuralnymi hasłami, czy żółtym logiem mojego TiagoClubu. Dziewczynki nie oszczędziły nawet głośników stojących w kątach. Czarny sprzęt odznaczał się różowym brokatem sypiącym się z przyklejonych jednorożców. Może nie wyglądało to zbyt profesjonalnie, ale na pewno było w stylu tego miejsca, które z założenia miało przyciągać wszystkich zarówno małych jak i dużych.

Sophia rozglądała do dookoła, a jej mina wskazywała, że bardzo jej się tu podoba, chociaż nie uważałem, żeby salka wyglądała jakoś wybitnie. Musiałem kiedyś odmalować jasne ściany, które gdzieniegdzie naznaczone były odbitymi ciemniejszymi plamami, czy zadrapaniami, a i parkiet też już prosił się o porządne odświeżenie. Jednak zawsze było coś ważniejszego do zrobienia oraz kupienia. Ostatnio sporo zainwestowałem w nowy sprzęt nagłaśniający, więc kolejne spore wydatki musiały zaczekać.

– Tiago? – Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która przyglądała mi się z zainteresowaniem już dłuższy czas. – What do we do?11

Spojrzałem na nią marszcząc brwi. Teraz to ona udawała, że pryska powietrze i wyciera w ten sam sposób jak ja przed kilkoma minutami. Tak, zdecydowanie zabawnie to wyglądało z perspektywy odbiorcy. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Podszedłem do lustra i je przesunąłem. Za jedną z lustrzanych ścian ukryta była wąska szafka na kilka potrzebnych rzeczy: środki czystości, kilka strojów tanecznych, czapki z daszkiem, butelki z wodą do picia, apteczka i pudło na przedmioty znalezione, a przez kilka lat trochę tego było. Właściciele czasami się znajdowali, a czasami nie.

Wyciągnąłem płyn do szyb oraz dwie ściereczki. Wszystko podałem Sophie. Dziewczyna szybko zabrała się do pracy, zaczynając od lustra umieszczonego najdalej od wejścia.

Sam sięgnąłem po telefon. Włączyłem playlistę z hip hopową muzyką i wziąłem się za zamiatanie podłogi. Doczyszczenie się czarnych smug po podeszwach butów nie było prostą sprawą. Nie obeszło się bez szorowania i drapania pozostałości ostatnich treningów. Z tył głowy miałem choreografię do piosenki, która akurat leciała z głośników. To było tylko kilka prostych kroków dla najmłodszej grupy moich uczniów. Nic specjalnego, jednak chciałem, by i te dzieciaki kiedyś miały szansę na coś więcej niż fawela.

Z miotłą w dłoni zrobiłem krok, potem drugi i trzeci. Stwierdziłem, że kolejne kilka będzie w sam raz pasować do rytmu, a następnie obrót. W wykonaniu kilkulatków mogło to naprawdę dobrze wyglądać. Oni przynajmniej nie będą mieć kija w rękach.

Kątem oka zauważyłem, że Sophia też udzielił się muzyczny nastrój. Kiwała delikatnie biodrami, trochę za wolno, ale obstawiałem, że to przez skrępowanie, a nie brak poczucia rytmu. Uśmiechnąłem się do niej robiąc obrót na palcach, a ona odwzajemniła to śmiejąc się cicho do mojego odbicia w świeżo umytym lustrze.

– Tańczysz? – zapytałem, podchodząc bliżej.

– Nie. Śpiewam. – Jej uśmiech stał się jeszcze większy.

Wziąłem do ręki telefon i wyłączyłem na chwilę muzykę.

– Śpiewaj. – Podałem jej miotłę.

Zmarszczyła brwi, a ja wybuchnąłem śmiechem. Chwyciłem drążek w dwie ręce i udając, że to profesjonalny statyw z mikrofonem zacząłem się bujać i śpiewać półgłosem:

– She got a vibe, mi chico. Dance all night, mi chico. Eyes on me, mi chico. Midnight heat, we go deeper12.

Bujałem się w rytm słów piosenki, która od kilku dni nie dawała mi spokoju. Mój głos nie był najlepszy, ale sądząc po śmiechu dziewczyny, nie kaleczył uszów. Ponownie podałem jej miotłę, a mimo to Sophia tylko pokręciła głową. Może się bała? A może wstydziła? Nie zrażony podśpiewywałem dalej, stawiając kolejne kroki. Gringa wróciła do mycia luster, trochę odważniej ruszając smukłym ciałem. Ponownie włączyłem muzykę z telefonu i kolejne piosenki zaczęły sączyć się z głośników. Złapałem za ściereczkę. W dobrym humorze, ciągle nucąc pod nosem, zabrałem się za próbę doczyszczenia kilku plam na ścianie. Zdecydowanie prościej byłoby je zamalować, ale było jak było. Kiedyś zrobię tu porządny remont.

Gdy w końcu uporaliśmy się ze sprzątaniem, chciałem przećwiczyć choreografię przed konkursem. Powtarzałem ją codziennie razem z grupą lub sam, lub i z grupą i sam, dzień po dniu, ciągle uznając, że można byłoby coś poprawić, ulepszyć, dopracować. Problem był w tym, że już sam nie wiedziałem, co. Byłem pewny, że wygraną mieliśmy w kieszeni, a jednak czegoś mi brakowało. Zawsze miałem takie przeczucie, a im bliżej konkursu, tym bardziej się ono nasilało.

Włączyłem odpowiednią piosenkę, zapętliłem ją, by nieprzerwanie wdzierała się do mojej głowy, żył i gestów. Lubiłem czuć, jak kolejne nuty przepływały przez mnie i wypełniały całe ciało kawałek po kawałku. Zrobiłem krok w bok, potem do przodu, przeskok i obrót na pięcie. Pozwoliłem sobie czuć każdy pojedynczy bit i zatracić się w muzyce.

Kątem oka widziałem, jak Sophia kończyła myć ostatnie lustro. Schyliła się, by wytrzeć dolną część, jednocześnie wypinając w moją stronę swoje krągłości. Nawet spodenki, które jej pożyczyłem, nie mogły zakryć tych kształtów. Przełknąłem ciężko ślinę, patrząc jak się wyprostowała i próbowała dosięgnąć górną część lustra. Brakowała jej dobre trzydzieści centymetrów. Rozejrzała się, a zauważając stojący w kącie taboret, wzięła go i podstawiła pod pierwsze z brzegu lustro. Krok po kroku przestawiała mebel wzdłuż ściany wspinając się na niego, by umyć kolejny górny fragment tafli. Starałem się skupić na krokach podczas następnych powtórzeń, ale jej smukłe nogi i wąska talia ewidentnie mi to utrudniały.

– Tome cuidado – powiedziałem po portugalsku.

– Co? – Odwróciła się lekko w moją stronę.

Zawahałem się, szybko szukając w głowie angielskiego odpowiednika:

– Uważaj? – Spojrzałem na nią z nadzieją, że dobrze trafiłem. Przysiągłem sobie, że przyłożę się do nauki języków obcych.

Sophia obdarowała mnie uroczym uśmiechem i chyba nawet lekkimi rumieńcami.

– Okej. – Kiwnęła głową.

Wziąłem głęboki wdech, unikając patrzenia na jej ciało.

Gdy piosenka znowu dobiegła końca, pochyliłem się i oparłem dłonie o kolana. Musiałem wyrównać trochę rytm serca i uspokoić oddech. Między spadającymi mi na twarz lekko spoconymi oczami, widziałem jak Sophia ponownie wspinała się na taboret, by umyć ostatnie lustro. W tym miejscu musiała być lekko krzywa podłoga, bo krzesło zaczęło się delikatnie chwiać. Profilaktycznie podszedłem ciut bliżej i szybko okazało się, że była to dobra decyzja.

Gringa stanęła na palcach, wyciągając się, by domyć plamę, która przyschła do szkła już dawno temu. Zachwiała się, zapiszczała i już miała obić tyłek razem z głową o parkiet, ale w ostatniej chwili udało mi się do niej doskoczyć. Usłyszałem trzask przewracanego taboretu. Mocno złapałem ją w pasie i przycisnąłem do swojej klatki piersiowej. Jeszcze przez kilka sekund dziewczyna miała zaciśnięte powieki i spięte ciało przygotowane do upadku. W dłoniach ściskała moją koszulkę na klatce, jakby właśnie to miało ją uchronić przed wywrotką. Pochyliłem się delikatnie, zbliżając do niej swoją twarz.

– Okej, gringa? – szepnąłem przy jej uchu.

Wzdrygnęła się, więc minimalnie zwiększyłem dystans, podnosząc głowę.

– Yyy… – Rozejrzała się pospiesznie. – Tak, tak, jest ok, dzięki.

Uśmiechnęła się niepewnie. Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy tak chwilę po prostu patrząc na siebie nawzajem. Bez słów, ale za to z cienką nicią porozumienia. Nie wypuszczałem z objęć delikatnego, lekko drżącego ciała. Nie sprawiała wrażenia, jakby jej to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Stała spokojnie, a jej ciepły oddech muskał moją szyję. Bez problemu mogłem policzyć drobne piegi na jej jasnej cerze. Patrzyła na mnie zielonymi oczami, otoczonymi długimi, jasnymi rzęsami. Wyglądała uroczo, przygryzając różową wargę.

Musiałem to przerwać, bo jeszcze chwila i mógłbym zrobić coś, co nie byłoby odpowiednie dla naszej relacji, na przykład postawić dwa kroki do przodu, oprzeć ją o lustro i mocno pocałować. Zerknąłem na swoją koszulkę i cicho chrząknąłem. Dopiero teraz zorientowała się, że mnie przez cały ten czas trzymała.

– Oj, przepraszam, nie chciałam. – Zaczęła nerwowo wygładzać lekko zagnieciony materiał.

– Gringa… – westchnąłem.

– Ja… Ja zaraz… Przepraszam… – jąkała się, jeszcze staranniej przesuwając dłońmi po mojej klatce.

Cofnęła się, wystraszona i wpadła na leżący taboret. Mebel miał złamaną jedną nogę, ale dla mnie nie miało to większego znaczenia. I tak był już kilka razy zbijany gwoździami. Jedna naprawa w tę, czy we w tę, co za różnica? Jednak odniosłem wrażenie, że dla dziewczyny skończył się świat. Przestępowała z nogi na nogę. Ruszała ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale wszystkie słowa utknęły jej w gardle. W oczach pojawiły się łzy, a broda zaczęła drżeć.

Spojrzałem na nią z ukosa, próbując rozszyfrować jej zachowanie. Dlaczego tak bardzo stresowała się wymiętą koszulką i zepsutym taboretem? Przecież to nic nieznacząca głupota. Może w dalszym ciągu czuła na sobie oddech porwania?

– Sophia. – Przesunąłem dłońmi po jej ramionach, skupiając na sobie wzrok dziewczyny. – Okej. Jest okej.

W dalszym ciągu lekko drżała i napinała mięśnie, czekając w sumie nie wiedziałem na co. Bardzo chciałem powiedzieć, że nie jestem zły, nie mam do niej pretensji i nie musi się tym przejmować, ale brakowało mi słów. Trudno mi było sklecić jakiekolwiek zdanie, które mogłaby w pełni zrozumieć, a telefon leżał na drugim końcu sali. Bałem się, że jeżeli teraz wypuszczę dziewczynę z objęć, ona całkiem się rozpadnie. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przyciągnąć ją do siebie i mocno przytulić. Objęła mnie ramionami, pozwalając bym nas lekko kołysał.

– Ciii… Sophia, ciii… Jest okej – Gładziłem jej plecy, czując, że powoli wraca do normy.

Wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić nerwy. Sam też odetchnąłem z ulgą. Kryzys zażegnany, ale mimo wszystko czułem potrzebę zrobienia czegoś, dla rozluźnienia nerwowej atmosfery.

Muzyka ciągle sączyła się z głośnika, więc postanowiłem to wykorzystać. Wyciągnąłem w stronę Sophii rękę, a gdy ostrożnie ją złapała, pociągnąłem na środek parkietu.

– Tiago? – Spojrzała na mnie niepewnie, gdy puściłem jej dłoń.

– Calma13 gringa, calma. – Uśmiechnąłem się z podekscytowania.

 

11 What do we do? (z ang.) – Co robimy?

12 DJ Goja, Jason Derulo x Melody – Mi Chico

13 Calma (z portugalskiego) – Spokojnie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania