Między rytmem a ciszą - Dzień 1 - Tiago (4)

Tiago

 

Było już lekko po południu i po kilku godzinach tańca powoli zaczynało brakować mi sił. Ćwiczyliśmy ten układ długie tygodnie. Za trzy dni mieliśmy wystąpić na placu obok studia. Raz w roku organizowany był konkurs grup tanecznych z faweli, na który przyjeżdżali różni wpływowi ludzie. Była to świetna okazja do spotkania z władzami i pokazania dzielnicy w dobrym świetle, a dla mojej grupy szansa na wyrwanie się z tego miejsca. Wygrana drużyna występowała w specjalnym pokazie podczas karnawału. Zdarzało się, że po takim pokazie ktoś dostawał dobrze płatną pracę w mieście i z czasem tam się przeprowadzał. Wielu młodych ludzi widziało w tym ratunek dla siebie. My, ludzie z faweli, chcieliśmy dla siebie lepszego życia, a taniec, czy piłka nożna były nielicznymi szansami na spełnienie naszych marzeń.

Byłem chyba jedynym wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Kochałem to miejsce całym sercem. Żyliśmy biedniej, ostrożniej i pod ryzykiem zamieszek związanych z gangiem, ale takiej więzi międzyludzkiej nie znalazłoby się w żadnym mieście. Pomagaliśmy sobie nawzajem i każdy mógł liczyć na każdego. Choć wygrałem już z galerą1 dwa konkursy i miałem propozycję otworzenia szkoły tańca w centrum São Paulo, nie mogłem zostawić moich ludzi. Potrzebowali mnie, a ja potrzebowałem ich.

Spojrzałem na kolegów. Skończyliśmy tańczyć układ, który wyssał z nas wszystkie siły. Leżeliśmy na parkiecie, śmiejąc się z nie wiadomo czego. Przybiliśmy ze sobą piątki i wgapiłem się w biały sufit. Krople potu spłynęły mi po czole. To był kawał dobrej roboty.

– Dobra, galera, koniec na dziś – zawołałem ciągle leżąc na podłodze.

Odpowiedziało mi kilka niezadowolonych pomruków, ale sala powoli zaczęła pustoszeć. Śmiechy ucichły, a ich miejsce zajął uliczny gwar przedostający się do pomieszczenia przez szpary w ramach okiennych i otwarte drzwi.

– Tiago? – Kumpel podał mi dłoń i pomógł wstać. – Słyszałeś, że znowu kierowcy strajkują?

– Znowu bez uprzedzenia? – Otrzepałem spodnie.

– No, nie da się nigdzie przejechać. Może darujemy sobie dzisiejsze piwo?

Byłem umówiony z Mateo w jednym z naszych ulubionych barów, ale w przypadku strajku, który mógł trwać całymi dniami, dotarcie do niego graniczyłoby z cudem i zajęłoby długie godziny. Takie sytuacje nie były nowością, wręcz co chwilę ktoś strajkował lub doprowadzał do zamieszek, które paraliżowały ruch uliczny. Taki kraj.

– Spoko, napijemy się innym razem.

Przybiliśmy sobie piętkę i Mateo zniknął za drzwiami.

Spojrzałem na okno umieszczone pod sufitem. Kilka metrów ode mnie został mój spory problem. Musiałem coś z nią zrobić i to raczej wcześniej niż później. Gdy wczoraj zobaczyłem jej zielone, nieskończenie przerażone oczy, wiedziałem, że nie mogę zostawić jej na środku ulicy na pastwę gangu.

Nigdy nie mieszałem w sprawy, które mnie nie dotyczyły. Gang nie krzywdzi ludzi z faweli, chyba, że ktoś ewidentnie zajdzie mu za skórę. Traktowali nas jako „swoje” społeczeństwo, bo z nas się wywodzili i dzięki nam funkcjonowali. Trudno zliczyć, ilu nastoletnich chłopaków tak „pracowało”. Szybka kasa, znajomości, kontakty i szacunek dzielnicy mogły skusić każdego dzieciaka. Przez część z nas gang był lepiej postrzegany niż policja. Dopóki funkcjonariusze nie wchodzą na nasze tereny, uliczna strzelanina jest rzadkością, a cywile mogą dość spokojnie poruszać się po ulicach. „Swoi” cywile. Gringa nie była nasza. Cudzoziemka nie powinna się tu znaleźć. Za bardzo rzucała się w oczy przez swoje długie blond włosy, które tutaj były mało spotykane. Widać ją było z daleka, a to tylko komplikowało sprawę.

Rozciągnąłem zmęczone kilkugodzinnym wysiłkiem mięśnie i poszedłem zamknąć drzwi. Dochodziło południe i słońce prażyło prosto w nie. Wyjrzałem na ulicę. Ruch dzisiaj był wyjątkowo wzmożony, część dzieciaków jeździło na motocyklach jednocześnie dokładnie skanując okolicę, a część kręciło się pieszo. Zatrzymywali co po niektórych przechodniów żywo o coś wypytując. A ja niestety podejrzewałem co, a raczej kto jest powodem tego zamieszania. Teraz doszedł jeszcze ten strajk i moje szczere chęci pomocy coraz bardziej komplikowały mi życie.

Poszedłem na piętro. W mieszkaniu było zbyt cicho jak na to, że nie byłem już w nim sam. Czyżby jeszcze spała? W kuchni przygotowałem całą górę pão de queijo, czyli puszystych i ciągnących się bułeczek serowych, które kupiłem z samego rana. Pokroiłem dojrzałe mango, nalałem kawy do dwóch kubków i z tak zapakowaną tacą poszedłem do pokoju. Popchnąłem lekko uchylone drzwi i zamarłem.

Sophia miała na sobie moje ubrania, które mimo że były na nią o wiele za duże, nie odbierały jej kobiecości. Na nadgarstkach odznaczały się ciemnofioletowe ślady. Na łokciu też miała zadrapanie. Zarzuciła na plecy długie, jasne włosy. Wyglądała przez otwarte okno prosto na ulicę, stojąc boso na palcach, żeby lepiej widzieć, a dłoń z pomalowanymi na delikatny róż paznokciami, z których jeden był złamany, oparła o ścianę.

– Nie, nie, nie. – Szybko odstawiłem tacę na półkę. Złapałem dziewczynę za ramię i odciągnąłem od okna. – Co ty wyprawiasz? Nie możesz tak po prostu stać tak po prostu przy oknie. Szukają cię i zabiją jak znajdą. Nie możesz się pokazywać i odsłaniać. Zwariowałaś? Co ci strzeliło do głowy, dziewczyno? Co ty sobie… – Urwałem, uświadamiając sobie, że ona nic nie rozumie z mojej gatki.

Otulała się ramionami z niezrozumieniem i zakłopotaniem w oczach. Kręciła delikatnie głową, tylko potwierdzając, że po portugalsku daleko nie zabrniemy. No i jak ja miałem teraz do niej dotrzeć? Jak jej to wszystko wytłumaczyć? Ani ona po portugalsku, ani ja za bardzo po angielsku.

– Bezpiecznie? – szepnęła drżącym głosem, wskazując za okno.

Podszedłem bliżej i wyjrzałem za okno. Po ulicy w dalszym ciągu kręciło się sporo nieprzyjaznych ludzi. Zamknąłem okno i opuściłem roletę. Odwróciłem się do niej i pokręciłem głową.

– Nie. Tu? Bezpiecznie – wydukałem po angielsku. Przystanąłem bliżej niej, ale nie za blisko, żeby znowu jej nie wystraszyć. Wskazałem na siebie palcem. – Tu, ze mną bezpiecznie. Tam? – Machnąłem w stronę okna. – Niebezpieczeństwo.

– Niebezpieczeństwo – powtórzyła pod nosem, jakby chciała się upewnić, że dobrze mnie zrozumiała. – Who are they2, Tiago?

Moje imię w jej ustach wybrzmiało w bardzo przyjemny sposób, ale i tak zmarszczyłem brwi próbując wyczytać z niej ruchów sens wypowiedzianych słów.

– Oni – wskazała okno. – Źli ludzie? Szukają mnie? – pokazała na siebie.

– Tak, gang. – Zacisnąłem pięść, na myśl, że była w ich łapskach.

– Policja?

Przeczesałem palcami czarne włosy. Coraz częściej wchodziły mi do oczu, co było trochę denerwujące, ale i tak nie planowałem ich skracać. Dziewczyna śledziła wzrokiem ten ruch, jakby oczekiwała, że znajdzie w nim odpowiedź. A ta była znacznie bardziej skomplikowana. Westchnąłem.

– Policja, gang. – Zacząłem kręcić dłońmi i łączyć palce, chcąc pokazać jakąś współzależność.

Po minie dziewczyny widziałem, że nawet nie jest blisko zrozumienia moich dziwnych ruchów. Opuściłem ręce, bo to nie miało prawa się udać. Zrezygnowany usiadłem na kanapie. Sophia przycupnęła na krawędzi drugiego końca.

– Tiago? Policja jest zła? – szepnęła niepewnie.

Kiwnąłem głową. Moja znajomość języka angielskiego nie wykraczała poza kilka sów, których nauczyłem się internecie, więc wytłumaczenie jej pewnych zależności było niemożliwe. Ale czy było w ogóle potrzebne? Najważniejsze było, żeby wiedziała, że nie może im ufać. Niejednokrotnie widziałem, jak policja wystawiała gangowi ludzi, których powinna chronić. Lokalne media były pełne takich doniesień.

Oparłem się o złożoną kanapę i poczułem wbijający mi się w tyłek telefon. Telefon! No przecież! Byłem debilem, skoro wcześniej nie przeszło mi to przez myśl. Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodenek i wyciągnąłem wysłużoną już komórkę z pękniętą szybką. Może i fawele nie słynęły z nowinek technicznych, ale kablówka i wi-fi były w każdym domu. Fakt, czasami podpinaliśmy się nielegalnie do słupów, co groziło pożarem, ale póki wszystko działało, to nikt nie narzekał.

Wstukałem najważniejsze informacje w aplikację tłumaczącą i podstawiłem komórkę pod nos dziewczyny. Prosty, mechaniczny głos przetłumaczył mój tekst:

„W policji pracują osoby blisko związane z gangiem. Nie możemy im ufać. Gdy cię znajdą, oddadzą prosto w ręce mafii. Muszę odwieść cię do konsulatu USA, ale w mieście jest strajk. Teraz się tam nie dostaniemy. Przez kilka dni musimy zostać tutaj.”

Gringa kiwała głową. Uf, dobrze przetłumaczyło, a to nie było takie oczywiste. Wyciągnęła rękę po telefon. Oddałem jej go. Wpisała jedno zdanie i przetłumaczyła:

„Mogę zadzwonić do mamy? Musi się o mnie bardzo martwić.”

Spojrzała na mnie błagalnie. Uśmiechnąłem się. Uruchomiłem kontakty i podałem dziewczynie komórkę z wyświetloną klawiaturą numeryczną. Szczęście błysnęło w jej zielonych oczach. Jej kciuki zawisły nad cyframi, a z rozchylonych ust wydobyło się ciche westchnienie. Zacisnęła wargi w wąską kreskę. Dłonie zaczęły jej drżeć, a wpadające do pokoju światło odbiło się w małej łzie spływającej po zaczerwienionym policzku. Ktoś musiał ją uderzyć. Zacisnąłem zęby.

– Sophia. – Przysunąłem się bliżej. Ciągle wpatrywała się w ekran. – Co?

– Numer – wydusiła przez zaciśnięte gardło. – Nie pamiętam.

– Tata? Siostra? Brat? Koleżanka? – wyliczałem kolejno znane mi po angielsku osoby z rodziny, bo może pamiętała do kogoś innego?

Pokręciła tylko głową, coraz bardziej załamana.

– Instagram? – zapytała.

Wziąłem od niej telefon i ponownie użyłem tłumacza:

„Jeśli gang ma twój telefon, mogą śledzić twoją aktywność. Jak cię znajdą, będziesz w niebezpieczeństwie.”

To ją tylko jeszcze bardziej podłamało. Kolejna łza spłynęła po zaróżowionym policzku. Było mi jej żal. Utknęła w obcym kraju bez możliwości kontaktu z bliskimi i nie mogła liczyć na nikogo oprócz mnie. A przecież byłem dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Czysty przypadek sprawił, że wczorajszego wieczoru wracałem z meczu lokalnej drużyny i się na nią natknąłem.

Dziewczynę chyba to wszystko przerosło, bo nagle wstała i wyszła z pokoju.

– Sophia! – zawołałem.

Poszedłem za nią. Bałem się, że zrobi coś głupiego i na przykład będzie chciała wyjść z mieszkania. Dla niej było to jednoznaczne ze śmiercią. Na szczęście schowała się w łazience. Najwidoczniej potrzebowała chwili dla siebie.

 

7 Galera (z portugalskiego) – ekipa, paczka znajomych

8 Who are they? (z ang.) – Kim oni są?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania