Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Rajstopy”
Od dziecka wierzę, że słowo „rajstopy” narodziło się w konkursie ogłoszonym w peerelu przez „Przekrój”, „Szpilki” albo nawet „Trybunę Ludu”. Nie wiem, które z tych pism było pierwsze. W mojej mitologii wszystkie były.
Konkurs miał jedno zadanie: wymyślić polską nazwę dla nowej części garderoby. Do redakcji napłynęły tysiące propozycji. „Rozciągawka”, „nylonówka”, „podspódnica”, „stopotulka”… Jedne praktyczne, inne poetyckie, wszystkie śmiertelnie poważne.
– „Raj dla stóp” – przeczytał przewodniczący jury.
– Za długie.
– To skróćmy.
– Raj… stopy…
– Rajstopy!
– Obywatelu przewodniczący, mamy zwyciężczynię!
Tak właśnie – jestem o tym przekonany – pani Ania z Wrocławia wygrała konkurs. Otrzymała dyplom, kopertę z nagrodą i dożywotnią satysfakcję, że wymyśliła słowo, które wejdzie do języka.
Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że „rajstopy” nie mają nic wspólnego z rajem dla stóp, za to całkiem sporo z rajtuzami. Nie uwierzyłem. Do dziś nie wierzę.
Bo znacznie bardziej podoba mi się świat, w którym gdzieś w szufladzie pani Ani leży pożółkły dyplom za uratowanie polszczyzny jednym słowem. I w którym, obok Leśmiana, Schulza i Tuwima, istnieje jeszcze jedna cicha bohaterka języka – kobieta, dzięki której „raj dla stóp” stał się „rajstopami”.
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Jak działa pogoda?”
W dzieciństwie byłem przekonany, że deszcz pada tylko w nocy. Za dnia świeci słońce. A może wcale nie byłem o tym przekonany – może po prostu bardzo chciałem, żeby świat właśnie tak działał.
Pamiętam pewien poranek.
– Dziadku, spójrz! Ziemia jest cała mokra.
Dziadek wyjrzał przez okno.
– W nocy porządnie lało. Do południa wszystko wyschnie i będziesz mógł spokojnie iść do Łotockich.
Patrzyłem na kałuże, próbując zrozumieć, jak to wszystko jest urządzone.
– To deszcz zawsze pada w nocy?
Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
– Bo rano zawsze jest mokro, a potem słońce wszystko wysusza.
– Czasem pada w nocy, czasem w dzień. Pogoda nie patrzy na zegarek.
– Ale to bez sensu.
– Dlaczego?
– Bo jak pada w dzień, to nie można się normalnie bawić.
Dziadek zaśmiał się cicho.
– Deszczowi chyba nikt tego nie powiedział.
Nie uwierzyłem mu. A przynajmniej nie od razu.
Może nie chodziło nawet o deszcz. Może po prostu chciałem wierzyć, że wszystkie przykre rzeczy dzieją się wtedy, gdy śpimy. Że noc bierze je na siebie, a dzień zostawia ludziom słońce, suche ścieżki i czas na wszystkie ważne sprawy.
Do dziś nie wiem, skąd dzieci biorą takie teorie. Wiem tylko, że przez chwilę naprawdę mieszkają w świecie, który działa dokładnie tak, jak powinien.
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Księży to nie dotyczy”
Młody ksiądz spojrzał na mnie. Potem na moją komeżkę. Na końcu na krótkie spodenki wystające spod niej.
– Dzisiaj nie będziesz służył. Wyglądasz niegodnie.
– Niegodnie?
– Spójrz na siebie. Nie możesz służyć do mszy w krótkich spodenkach.
Nie było o czym dyskutować. Nie dlatego, że ksiądz był młody i uparty, ale dlatego, że rzeczywiście trochę odstawałem od reszty. Wszyscy wyglądali poważnie. Odświętnie. Ja wyglądałem jak chłopak, który wpadł do kościoła prosto z podwórka.
To był pierwszy raz, kiedy na moim wyobrażeniu księdza pojawiła się rysa. Do tej pory każdy duchowny wydawał mi się kimś doskonałym. Kimś stojącym odrobinę ponad zwykłym światem. A skoro był trochę ponad nim, to dziecięca wyobraźnia bez trudu dopowiadała resztę.
– Dziadku?
– Tak?
– Dlaczego księża są inni niż my?
– Inni? Co masz na myśli?
– Adaś powiedział, że księża nie robią siku.
– Ach, o to chodzi... – Dziadek zamyślił się na dobrą chwilę. – Wiesz, ja też kiedyś tak myślałem.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Myślałem też, że deszcz pada tylko w nocy. Poważnie. Tylko w nocy.
– I co?
– Myliłem się.
– Co do księży czy co do deszczu?
Dziadek się uśmiechnął.
– Co do jednego i drugiego.
– A skąd się dowiedziałeś?
– A skąd ty wiesz, że księża nie chodzą do toalety? Przecież to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy na świecie.
Skąd ja wiem? Nie pamiętam. Nie pamiętam, kiedy i dlaczego uwierzyłem, że księża nie korzystają z toalety. Nikt mnie tego nie uczył. Po prostu wiedziałem.
– Dzisiaj nie będziesz służył. Wyglądasz niegodnie.
– Niegodnie?
– Spójrz na siebie. Nie możesz służyć do mszy w krótkich spodenkach.
I wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może księża jednak też się mylą.
Że może nie stoją aż tak wysoko nad światem, skoro potrafią zobaczyć we mnie tylko krótkie spodenki.
A potem pomyślałem jeszcze coś.
Że skoro ksiądz może się mylić, to może jednak...
Może jednak też chodzi do WC.
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Dorośli też kiedyś byli mali”
Przez bardzo długi czas byłem przekonany, że dorośli nie mają dzieciństwa.
Nie chodziło o to, że nigdy nie byli młodzi. Wiedziałem, że mama chodziła kiedyś do szkoły, bo czasami opowiadała historie z podstawówki. Ale w mojej głowie była to raczej szkoła dla dorosłych. Taka, do której chodzą ludzie, zanim zostaną rodzicami.
Nie wyobrażałem sobie mamy z plecakiem. Nie widziałem taty biegającego po podwórku.
Rodzice po prostu pewnego dnia pojawiali się na świecie.
Gotowi.
Mama od razu umiała gotować, robić pranie i znajdować rzeczy, których ja nie mogłem znaleźć, mimo że leżały dokładnie przede mną.
Tata od zawsze wiedział, jak działa samochód, gdzie jest bezpiecznik i dlaczego telewizor czasami trzeba uderzyć, żeby zaczął działać.
Dorośli mieli specjalną wiedzę.
Pewnego dnia zobaczyłem stare zdjęcie mamy.
Miała może siedem lat.
Stała w sukience, z krzywo związanymi włosami i miną osoby, która właśnie została niesłusznie oskarżona o coś bardzo poważnego.
– To ty? – zapytałem.
– No przecież.
– Ale taka mała?
Mama się zaśmiała.
– Też kiedyś byłam dzieckiem.
Nie spodobała mi się ta informacja.
Bo jeśli mama kiedyś była dzieckiem, to znaczyło, że kiedyś nie wiedziała wszystkiego.
A skoro nie wiedziała wszystkiego, to kto wtedy wiedział?
Do dziś nie wiem, kiedy dokładnie zrozumiałem, że dorośli nie przychodzą na świat gotowi.
Może wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tatę, który nie wiedział, jak coś naprawić.
A może wtedy, kiedy mama pomyliła drogę.
To były małe odkrycia.
Ale dla dziecka małe odkrycia potrafią burzyć całe światy.
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Sklep idzie spać”
Byłem przekonany, że sklepy zamykają się na noc, bo są zmęczone.
Nie widziałem innego powodu.
Przecież jeśli w sklepie nadal świeciło światło, to znaczyło, że wszystko działało. Towary stały na półkach, lodówki buczały, kasa była na miejscu.
Ale o pewnej godzinie ktoś przekręcał klucz w drzwiach i sklep przestawał istnieć.
A przynajmniej przestawał istnieć dla ludzi.
– Dlaczego zamykają? – zapytałem kiedyś dziadka.
– Bo sprzedawczyni kończy pracę.
To wyjaśnienie było dla mnie niewystarczające.
– Ale sklep też kończy?
Dziadek spojrzał na mnie.
– Sklep?
– No. Też jest otwarty cały dzień.
Pomyślał chwilę.
– Może trochę odpoczywa.
I to miało sens.
Przecież dom odpoczywał. Samochód odpoczywał. Nawet ja odpoczywałem.
Dlaczego sklep miałby być wyjątkiem?
Przez kilka lat, przechodząc obok zamkniętych sklepów, wyobrażałem sobie, że nocą wszystko tam trochę żyje.
Półki prostują plecy.
Lodówki przestają buczeć.
A ekspedientka następnego ranka nie otwiera sklepu, tylko go budzi.
Dzisiaj wiem, że sklepy nie śpią.
Ale czasami, kiedy mijam zamknięty lokal z opuszczonymi roletami, nadal mam wrażenie, że nie jest pusty.
Może po prostu jeszcze nie wstał.
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Księżyc jedzie z nami”
Jako dziecko byłem przekonany, że księżyc nas śledzi.
Nie w złym sensie.
Po prostu jechał z nami.
Najbardziej było to widać podczas podróży samochodem.
Siedziałem z tyłu, patrzyłem przez szybę i obserwowałem, jak księżyc przesuwa się razem z nami.
Minęliśmy jedno drzewo.
On też.
Minęliśmy drugi zakręt.
On również.
Nie rozumiałem tylko jednej rzeczy.
Dlaczego robił to wszystkim?
– Tato?
– Tak?
– Dlaczego księżyc jedzie za nami?
Tata spojrzał w lusterko.
– Nie jedzie.
– Jedzie.
– Nie.
– To dlaczego cały czas jest w tym samym miejscu?
Nie miałem wtedy pojęcia, że właśnie zadaję pytanie, na które ludzie potrzebowali tysięcy lat, żeby odpowiedzieć.
Dla mnie odpowiedź była prosta.
Księżyc jechał.
Może dlatego, że nas lubił.
Może dlatego, że nocą ktoś musiał pilnować drogi.
A może dlatego, że księżyc też czasami chciał mieć z kim podróżować.
Dzisiaj wiem, że to tylko odległość.
Perspektywa.
Złudzenie.
Ale nadal trochę podoba mi się myśl, że gdzieś wysoko coś przez całe życie patrzy i mówi:
"Nie martw się. Jadę z tobą."
„Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Lustro nie kłamie”
Przez kilka lat uważałem, że lustro pokazuje prawdziwego człowieka.
Nie zdjęcia.
Nie obrazy.
Nie to, co widzą inni.
Lustro.
Bo lustro było uczciwe.
Stało nieruchomo i nie miało powodu, żeby mnie oszukiwać.
Pewnego dnia pokazałem dziadkowi minę przed lustrem.
– Wyglądam głupio?
Dziadek wzruszył ramionami.
– Trochę.
– Ale lustro też tak uważa?
– Lustro nic nie uważa.
Nie zgadzałem się z tym.
Lustro przecież wiedziało.
Widziało wszystko.
Każdego ranka pokazywało włosy, które nie chciały się ułożyć, brudną twarz po jedzeniu i ubrania, które nagle wyglądały gorzej niż pięć minut wcześniej.
Było bezlitosne.
Ale uczciwe.
Dopiero później zrozumiałem, że lustro pokazuje tylko jedną wersję człowieka.
Tę zewnętrzną.
Nie pokazuje, że ktoś był dla kogoś miły.
Nie pokazuje, że ktoś się bał.
Nie pokazuje, że ktoś próbował.
Może dlatego dzieci tak często lubią lustra.
Bo wierzą, że świat jest prosty.
Że prawda mieści się w odbiciu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania