Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Zawsze pierwsi
Jako dziecko wierzyłem, że niektórzy ludzie rodzą się pierwsi.
Nie dlatego, że są szybsi. Nie dlatego, że są sprytniejsi, mądrzejsi albo mają lepszy samochód. Po prostu ich miejsce było z przodu. Świat od początku ustawiał ich na początku kolejki.
Nie rozumiałem tylko, kto ustalał tę kolejność.
Raz wydawało mi się, że jestem blisko poznania odpowiedzi.
Miałem może pięć lat. Wracaliśmy z domu dziadków w Murckach do naszego domu w Racławicach. Trasa była prosta: z Katowic na Opolszczyznę. Mieliśmy samochód, więc nic nie zapowiadało niespodzianki.
Na pożegnanie dziadek odprowadził mnie, mamę i tatę do auta. Jak zawsze spokojny, jakby znał jakieś zasady świata, których reszta z nas jeszcze nie odkryła.
Dziadek nigdy się nie spieszył.
To było chyba najbardziej podejrzane.
Wrócił do domu w kapciach, bo miał jeszcze coś do zrobienia.
– Jak skończę, też przyjadę.
Nie zabrzmiało to jak obietnica. Bardziej jak informacja o czymś, co i tak musiało się wydarzyć.
Od czego były autobusy, pociągi albo autostop? A jednak miałem wrażenie, że nawet gdyby szedł pieszo, i tak by nas wyprzedził.
Przez chwilę podejrzewałem nawet, że dziadek ma własne drogi, których nie ma na żadnej mapie.
Kiedy dotarliśmy do Racławic, stał już na progu naszego domu.
W kapciach.
Nie wiedziałem, jak to możliwe. Nie biegł. Nie miał tajnego samochodu. Nie znał skrótów, których my nie znaliśmy.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Po prostu wyruszał później i zawsze był wcześniej.
Tak było za każdym razem. Nieważne, czy jechał do Racławic, do wuja spod Skierniewic czy wracał do Katowic.
Wyjeżdżał ostatni.
Docierał pierwszy.
Najbardziej podejrzane były jednak wesela.
Para młoda mogła ruszać jako druga, piąta albo dziesiąta. Ktoś zatrzymywał się po kwiaty, ktoś szukał drogi, ktoś gubił miejsce parkingowe.
Cały świat próbował ich opóźnić.
Bezskutecznie.
A potem otwierały się drzwi kościoła i oni już tam byli.
Pierwsi.
W kościele. W domu weselnym. U fotografa.
Nie wytrzymałem.
– Jak to działa?
– Co takiego? – zapytał jeden z gości.
– No oni. Oni zawsze są pierwsi.
– Kto?
– No oni! Jadą później, a przyjeżdżają wcześniej.
Roześmiał się.
– Może mają swoje sposoby.
To nie była odpowiedź, której szukałem.
– Jakie sposoby? Ktoś ich przepuszcza? Mają jakieś specjalne auto? Wiedzą coś, czego inni nie wiedzą?
Pokręcił głową z uśmiechem.
– Dowiesz się kiedyś, mały.
To mnie tylko rozzłościło.
– Dowiem się kiedyś… Dowiem się kiedyś…
A przecież chciałem wiedzieć teraz.
Popatrzył na mnie i się uśmiechnął.
Jakby znał odpowiedź, ale wiedział też, że nie mogę jej jeszcze usłyszeć.
Nigdy się nie ożeniłem.
Nie zostałem też dziadkiem mieszkającym w Murckach.
I do dziś nie wiem, jak zostaje się jednym z tych, którzy zawsze są pierwsi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania