Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę. Czereśnie
Mieszkałem w Racławicach, pięknie położonych na Płaskowyżu Głubczyckim. Najbardziej pamiętam pagórki, falujące pola i stare drogi obsadzone czereśniami, których nikt nie pilnował. Latem jedliśmy owoce garściami, aż sok ściekał po dłoniach.
– Spójrz, jaka bomba! – zawołał Boguś, zrywając największą czereśnię.
– I jaka czarna – odpowiedziałem. – Takiej jeszcze nie widziałem.
Ale to nie od Bogusia dowiedziałem się o najważniejszej drodze w okolicy.
Powiedział mi o niej Adaś, starszy ode mnie o kilka lat.
– Jest taka jedna droga – oznajmił pewnego dnia. – Rosną przy niej czereśnie. Zawsze.
– Zawsze? Nawet jesienią?
– Nawet.
– A zimą?
Spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem.
– Mówię przecież: zawsze.
Uwierzyłem bez cienia wątpliwości. Czułem, że magia istnieje. Adaś był starszy, więc wiedział więcej. Ja byłem jeszcze dzieckiem i świat nie zdążył mnie przekonać, że nie wszystko jest możliwe.
Przez wiele tygodni wyobrażałem sobie tę drogę. Musiała wyglądać inaczej niż wszystkie. Może drzewa nigdy nie gubiły liści. Może śnieg omijał je z daleka. A może zwyczajnie rosły tam czereśnie, bo takie było odwieczne prawo tego miejsca.
Którejś zimy zdobyłem się na odwagę.
– Adaś...
– No?
– To może pójdziemy na te czereśnie?
Uśmiechnął się.
– Możemy.
Serce zabiło mi mocniej.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Ale najpierw do kościoła.
Tak już było w Racławii. Kościół wyznaczał rytm tygodnia, a Adaś służył do mszy i traktował to niemal jak obowiązek zawodowy.
– To po mszy?
– Po mszy.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
Patrzyłem na niego z taką ufnością, z jaką tylko dziecko potrafi patrzeć na starszego chłopaka.
Nigdy tam nie poszliśmy.
Nie wiem, czy zapomniał, czy tylko się ze mną droczył. Nie zapytałem już drugi raz. Widocznie nie nadszedł właściwy dzień.
Dlatego wierzę, że ta droga istnieje do dziś.
Jest gdzieś w Racławii.
Czereśnie dojrzewają tam także zimą.
Po prostu nikt jeszcze jej nie odczarował.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania