Moja prywatna Maćkowa mitologia, czyli zabobony, w które od dziecka wierzę
Od dziecka wierzę, że słowo „rajstopy” narodziło się w konkursie ogłoszonym w peerelu przez „Przekrój”, „Szpilki” albo nawet „Trybunę Ludu”. Nie wiem, które z tych pism było pierwsze. W mojej mitologii wszystkie były.
Konkurs miał jedno zadanie: wymyślić polską nazwę dla nowej części garderoby. Do redakcji napłynęły tysiące propozycji. „Rozciągawka”, „nylonówka”, „podspódnica”, „stopotulka”… Jedne praktyczne, inne poetyckie, wszystkie śmiertelnie poważne.
– „Raj dla stóp” – przeczytał przewodniczący jury.
– Za długie.
– To skróćmy.
– Raj… stopy…
– Rajstopy!
– Obywatelu przewodniczący, mamy zwyciężczynię!
Tak właśnie – jestem o tym przekonany – pani Ania z Wrocławia wygrała konkurs. Otrzymała dyplom, kopertę z nagrodą i dożywotnią satysfakcję, że wymyśliła słowo, które wejdzie do języka.
Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że „rajstopy” nie mają nic wspólnego z rajem dla stóp, za to całkiem sporo z rajtuzami. Nie uwierzyłem. Do dziś nie wierzę.
Bo znacznie bardziej podoba mi się świat, w którym gdzieś w szufladzie pani Ani leży pożółkły dyplom za uratowanie polszczyzny jednym słowem. I w którym, obok Leśmiana, Schulza i Tuwima, istnieje jeszcze jedna cicha bohaterka języka – kobieta, dzięki której „raj dla stóp” stał się „rajstopami”.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania