Przestrzeń której nie potrafię nazwać, niespodziewane spotkanie cd 4
Dalszy ciąg 4
To, co po przekroczeniu mostu wydawało się trwać tylko chwilę, nie opuszczało nas już do końca wędrówki. Zatarcie granicy między tym, co widzialne, i tym, czego nie można nazwać, stopniowo się pogłębiało.
Do schroniska wstąpiliśmy tylko na chwilę. Pijąc kawę, zauważyłem, że jej spojrzenie znowu nabrało głębi i uspokoiło się. Często patrzyła mi prosto w oczy, nic nie mówiąc.
Rozmowy prowadzone podczas drogi znacznie opóźniły nasz powrót. Mimo późnej pory postanowiliśmy jednak wracać do auta inną drogą.
Ze schroniska wyszliśmy na rozległą polanę porośniętą rzadką, wysychającą trawą.
W oddali, przytulone do siebie grupami, majaczyły niskie, ciemnozielone krzewy.
Polana łagodnie wznosiła się ku horyzontowi, odciętemu od nieba grzbietami szarych skał.
Niebo wciąż było niebieskie, ale powoli przechodziło w jasny granat. Słońce zachodziło, ledwie oświetlając krajobraz. Kiedy byliśmy pośrodku polany, dobiegł do nas blask ostatnich promieni odbitych od tafli małych jeziorek.
Spojrzała na nie.
— Słońce otula nas do snu.
Po chwili jeziorka zamknęły granatowe powieki.
— Pewnie obudzą się z nadejściem blasku księżyca — powiedziałem.
Poczuliśmy narastający chłód wieczoru. Nadchodził długimi falami, a powietrze stawało się coraz bardziej krystaliczne.
Poprosiła, żebyśmy zatrzymali się na chwilę na skraju polany, którą za moment mieliśmy opuścić.
Staliśmy obok siebie i patrzyliśmy w niebo. Powoli zmieniało odcienie błękitu. Poniżej, wraz z jego światłem, gasły kolory ziemi, przechodząc w brązy i ciemne zielenie. W wygasającym krajobrazie coraz trudniej było ustalić punkt odniesienia.
— Fascynuje mnie napływający mrok — powiedziała — ale bardzo niepokoi mnie pozbawienie światła.
Milczała przez chwilę.
— Mroczna mgławica odbiera sercu nadzieję. Tworzy przestrzeń, w której wszystko może się pojawić i nic nie musi pozostać. A kiedy z mroku wyłaniają się gwiazdy, uświadamiam sobie obecność czegoś, co nie znika. Nie jest konkretną myślą ani obrazem. Jest raczej spokojnym tłem, które nie zmienia się razem z nimi.
Spojrzała na gasnący horyzont.
— Nie odczuwam wdzięczności. Raczej zgodę na to, że jesteśmy, choć nie musielibyśmy być.
Patrząc na jasną, zanikającą linię horyzontu, pomyślałem o górskim źródle pulsującym czystą wodą, ograniczonym jednak chłodem kamieni. Pojawił się we mnie obraz ukrytego źródła życia i jego widocznego, bijącego krystaliczną wodą serca.
Konieczność wejścia do ciemnego lasu nagle postawiła całą naszą rozmowę w innym świetle.
Filozoficzne dociekania ustąpiły trosce o nasze bezpieczeństwo.
Spojrzała na mnie i podała mi rękę.
Dopiero wtedy, czując uścisk jej dłoni, zrozumiałem, że cała nasza wcześniejsza rozmowa prowadziła właśnie tutaj.
Nie do odpowiedzi.
Nie do wyjaśnienia.
Do obecności drugiego człowieka.
Ruszyliśmy w stronę lasu.
Ciemność przyjęła nas niemal natychmiast. Drzewa zbliżyły się do siebie, a ich sylwetki zaczęły zlewać się w jedną, głęboką przestrzeń. Nie widzieliśmy już dalekiego horyzontu ani ścieżki przed nami. Pozostawał tylko wąski pas drogi pod stopami, oddech, rytm kroków i ciepło dłoni.
Szliśmy powoli, rozmawiając o zwyczajnych rzeczach.
O pracy.
O domu.
O Yukim.
O tym, co wydarzyło się tego dnia.
I właśnie wtedy zrozumiałem, że bliskość nie potrzebuje już żadnej filozofii.
Nie musi niczego udowadniać ani nazywać.
Wystarczy, że trwa.
Las milczał.
Nad nami, niewidoczne między koronami drzew, pojawiały się pierwsze gwiazdy.
Szliśmy dalej.
Obok siebie.
A jednak coraz bardziej — razem.
Piotr Sobański
redakcja AI
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania