Poprzednie części:  Przystanek autobusowy

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Przystanek autobusowy cz.6

Szelest liści wybrzmiewał falami, kroki, które sprawiały, że las wydawał się być bardziej żywy, nasilały się i słabły. Powtarzało się to raz za razem. Z początku był to przyjemny dźwięk , jednak szybko przestał taki być, aby już za chwilę zacząć irytować. Chwilę po dźwiękach zaczął docierać obraz, powieki były ciężkie, jednak Paulina zaczęła dostrzegać przytłumione kolory, obraz stał się coraz wyraźniejszy. Zaczęło świtać, panował półmrok. Leżała na ziemi, pod głową miała zwiniętą bluzę. Obok leżała butelka z wodą. Podniosła się do pozycji siedzącej na tyle na ile pozwalały na to liny i sięgnęła po butelkę, wypiła resztę wody. Czuła, że jej głowa jest ciężka. Pomyślała, że musiała stracić przytomność z wycieńczenia.

Spojrzała przed siebie i zobaczyła Marka. Chodził szybkim krokiem, w zasadzie zakreślał okręgi, w ręce trzymał nóż, zdawał się mówić coś pod nosem. Paulina patrzyła się na niego próbując zrozumieć co się dzieje. Nie wiedziała jak długo była nie przytomna, wiedziała natomiast, że pod głową miała ułożoną bluzę a obok leżała butelka z wodą. Gdyby Marek był pewny odebrania jej życia, nie kłopotał by się z tym. Teraz wyglądał jednak niespokojnie, ewidentnie bił się z myślami, jakby był w trakcie podejmowania ostatecznej decyzji od której nie będzie odwrotu. Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo, nie miała już siły, była wyczerpana. Położyła na chwilę głowę i nawet nie zorientowała się kiedy zasnęła.

- Długo byłam nie przytomna? - Zapytała spokojnie - chyba nie kolejny dzień?

Marek stanął, odwrócił się szybko, wyglądał na zaskoczonego. Musiał rzeczywiście nie zorientować się że się ocknęła.

- Nie. Nie długo. - Spojrzał na zegarek - Jakąś godzinę, może trochę ponad.

Opuścił wzrok, patrzył przez chwilę na ziemie. Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze nosem, po czym ruszył szybkim krokiem w jej kierunku. W ręce nadal trzymał nóż. Paulinie szybciej zabiło serce, chciała się zapytać co się dzieje, ale nie zdążyła się odezwać. Marek był już przy niej.

- Mówiłaś, że to już czas. O co Ci chodziło? - kucnął przy niej, prawą rękę, w której trzymał nóż miał opartą o kolano, w taki sposób, że ostrze noża znajdowało się kilka centymetrów pod jej klatką piersiową.

- Co?

- Przed tym jak zemdlałaś. Mówiłaś o księżycu, że wygląda pięknie i że daje znać, że to już czas. Coś takiego.

- Nie pamiętam, żebym cokolwiek mówiła - spojrzała się na nóż.

Poczuła jak po jej czole spływa kropla potu. Miała ochotę ją wytrzeć, ale bała się wykonać jakikolwiek ruch. W tym momencie przed oczami miała rzeczywistą wizję śmierci. Zaczęła się zastanawiać jakie to będzie uczucie. Czy to będzie bardzo bolesne ukłucie po czym przyjdzie ulga? Miała taką nadzieje, jednak liczyła się z tym, że te dwa stany prawdopodobnie będzie jeszcze rozdzielał wydłużający się ból, a dopiero po długim czasie przejdzie on w błogi stan. Marek wydawał się trzymać nóż na wysokości serca. Pomyślała, że zapewne w ten sposób chce to zrobić.

- Heh, tak też myślałem. - położył lewą rękę na jej barku - trochę to brzmiało jakbyś bełkotała.

- Pewnie tak - odpowiedziała zamyślona.

- Dobra - powiedział po czym przybliżył się do Pauliny - nie ważne. To już bez znaczenia.

Marek podniósł nóż i sięgnął za plecy Pauliny. Chwycił linę przy jej rękach i zaczął przecinać.

- Tak chyba będzie szybciej niż się teraz bawić w rozwiązywanie...związałem Cię dosyć porządnie - uśmiechnął się delikatnie.

Jego głos wydawał się być teraz spokojny, rozluźniony bez napięcia. Brzmiał teraz tak jak wtedy kiedy pierwszy raz się spotkali, jeszcze przed wypadkiem.

Paulina nie mogła uwierzyć w to co się dzieje. Była przygotowana na coś zupełnie innego. Była wolna a przynajmniej za chwilę powinna być. Nagle odczuła ulgę, lina opadła z jej tułowia, nie ciążyła jej zbytnio do tej pory, ale gdy jej zabrakło odczuła to i było to przyjemne. Paulina podparła się rękom ziemi i wstała, zachwiała się na tyle, że musiała się podeprzeć drzewa, które do tej pory było częścią jej więzienia. Dopiero teraz je zobaczyła w całej okazałości, było to zwykłe drzewo, jak setki w tym lesie. Chwilę jeszcze była kołowata. Jednak uczucie to było przytłumione przez znacznie silniejsze emocje. Emocje, których nie potrafiła nazwać. Było to coś w rodzaju zawodu, rozczarowania, ale jednak na znacznie głębszym poziomie. Kiedy już się pogodziła z tym co ma się stać, to okazało się, że nastąpiła zmiana planów. Czuła zawód, chichot losu - pomyślała.

- Jesteś wolna - oznajmił Marek - podwiózł bym Cię, ale sama wiesz...a w zasadzie chyba nie wiesz. Mówiłem Ci, że samochód jest totalnie rozwalony?

- Nie nie mówiłeś. Przykro mi - odpowiedziała jakby automatycznie.

- Dzięki? - powiedział zdziwiony

Marek zbierał swoje rzeczy, bluzę, która robiła chwilowo za poduszkę dla Pauliny, puste butelki po wodzie, linę, lornetkę. Powsadzał wszystko do plecaka, rozejrzał się jeszcze czy nic nie zostawił, dotknął wszystkich kieszeni kontrolnie sprawdzając czy wszystko co powinien mięć rzeczywiście ma.

Po upewnieniu się, że wszystko zabrał przystanął i spojrzał na Paulinę, stała dokładnie w tym samym miejscu i tej samej pozycji odkąd wstała z ziemi.

- Wszystko ok? - pomyślał, że to dziwne pytać o to w tej chwili, ale nic innego mu nie przyszło do głowy, a Paulina wydawała się zachowywać dziwnie.

- Tak, ok - w zasadzie nie miała pojęcia jak się czuje.

- Jak pójdziesz w tamtym kierunku - wskazał ręką na wschód - to dojdziesz do drogi. Stąd masz najbliżej do domu, przystanek jest parę kilometrów dalej. Ale to i tak spory kawałek. W końcu tak jak mówiłaś, to niezłe zadupie.

Marek jeszcze raz rozejrzał się po tym miejscu, zdawać by się mogło, że niemal z sentymentem. Wziął głęboki oddech.

- No dobra...

- Dlaczego? - zapytała nagle

- Dlaczego... ?

- Tak, dlaczego?

- Chyba po prostu Cię polubiłem. Chyba nie mogę tego zrobić.. Tobie.

Nastała cisza. Słychać było tylko szelest liści, pół mrok już co raz bardziej przestawał zawierać w sobie mrok.

- Dlatego, że mnie polubiłeś? - Paulina czuła się zawiedziona

Marek był zbity z tropu, nie spodziewał się takiej reakcji. Poprawił plecak, wziął głęboki oddech i spojrzał na dziewczynę.

- Spodziewałaś się czegoś innego? -zamilkł na chwilę, w jego postawie dało się zauważyć poirytowanie - Momentami wydaje mi się, że pogodziłaś się już z tym co tu się miało stać a teraz jesteś rozczarowana - powiedział rozgoryczony.

- Nie o to chodzi. Myślałam..nie wiem. Chyba spodziewałam się jakiegoś głębszego...powodu? - powiedziała pytając się samej siebie czy dobrze to ujęła.

- Może po tak ‘emocjonującej’ - niemalże teatralnie to zaakcentował - przygodzie spodziewałaś się nad wyraz zaskakującego zakończenia? A to po prostu życie..ktoś podjął taką a nie inną decyzje i zmierza ono w takim a nie innym kierunku. Brak fajerwerków i wielkich zwrotów akcji. Nie do zobaczenia, mam nadzieje.

Odprowadziła wzrokiem Marka znikającego pośród drzew i stała tam jeszcze dobrych parę chwil zanim zrobiła choć krok.

 

#

 

Jest ciepły pogodny dzień chwilę po południu, początek lipca. Paulina szykuje się do wyjścia od rana. Zaraz ma podjechać po nią koleżanka, jadą razem na wakacje do Włoch. Paulina długo czekała na ten dzień. W końcu odpocznie po ciężkim roku szkolnym.

- Gdzie jest ten cholerny telefon

Paulina przekłada stertę ubrań na łóżku. Trzeci raz.

- MAMO!!

- Słuuucham!? - odpowiada mama z piętra niżej, parodiując córkę.

- Zadzwoń do mnie! Nie mogę znaleźć telefonu!

Paulina czeka zniecierpliwiona.

- Jezu - mówi do siebie poirytowana. Denerwuje ją fakt, że mama nic nie odpowiedziała i teraz nie wie czy dzwoni i ma czekać czy nie słyszała co powiedziała. Nagle dociera do niej stłumiony dźwięk wibracji telefonu. Paulina obraca się po pokoju próbując namierzyć skąd dobiega. W końcu udało jej się zlokalizować dźwięk.

- Kurwa, gdzie to jest? - powiedziała pod nosem podchodząc do biurka.

Wtedy zorientowała się, że dźwięk dobiega bardziej z lewej strony. Otworzyła szafę z ubraniami i podążając za dźwiękiem zobaczyła telefon na górnej półce. W tym momencie przypomniała sobie, że właśnie tam go położyła przebierając się.

- Dobra mam! - krzyknęła dając znak mamie, że znalazła telefon.

- Doooobrze!

Rozejrzała się jeszcze po pokoju, sprawdzając czy ma wszystko czego potrzebuje. Walizka, w którą się spakowała była już na parterze spakowana od wczoraj. Wolała to zrobić dnia poprzedniego, aby być spokojną. Na dziś zostawiła tylko to w co ubierze się na podróż i spakowanie plecaka.

- Dobra, to chyba wszystko.

Schodzi na dół. Ojciec siedzi w fotelu i ogląda wiadomości. Mama krząta się po kuchni. Paulina usłyszała jak mama przerywa to co robiła, musiała usłyszeć jak schodzi po schodach. Wyszła z kuchni do przedpokoju, stanęła na przeciw zdejmując z ręki rękawice kuchenną.

- To co, zbierasz się? Marta chyba za chwilę powinna być. Która jest? No, za dziesięć trzecia, to już musisz wychodzić - Mama Pauliny nie potrzebowała jej odpowiedzi do tej rozmowy - wszystko masz? Telefon wzięłaś? Ooo Portfel, najważniejszy portfel, pilnuj go.

- Daj jej odetchnąć - nagle w przedpokoju pojawił się ojciec.

Paulina spojrzała na niego wzrokiem mówiącym ‘ach ta mama’. Ojciec odwzajemnił spojrzenie.

- No dobrze już, nie chce żeby czegoś zapomniała - uśmiechnęła się do Pauliny i chwyciła ją za ramiona po czym przyciągnęła do siebie - Baw się dobrze.

- Dobrze mamo, dziękuje.

Paulina przekierowała wzrok na ojca ten wyciągnął rękę w jej kierunku a ona podeszła się przytulić. Ojciec mocną ją uścisnął, ale nie za mocno, dobrze wiedział na ile może sobie pozwolić.

- Uważaj na siebie

- Dobrze tato, będę.

W tym momencie zadzwonił telefon Ojca, który zostawił przy fotelu, w którym oglądał telewizje.

- O! - powiedział po czym szybkim krokiem poszedł po telefon.

- Cały ojciec - powiedziała mama

- Oj daj spokój. Dobra zbieram się - chwyciła za walizkę po czym otworzyła drzwi wyjściowe.

- Pomóc Ci z walizką? Ojciec by Ci pomógł, ale o..

-Daj spokój! Poradzę sobie z walizką.

-Dzień dobry! - krzyknęła Marta z ulicy. Stała przy samochodzie, chwilę wcześniej musiała podjechać pod dom.

- Dzień dobry. - odpowiedziała mama Pauliny.

Paulina podbiegła w kierunku koleżanki.

- Heeej - wykrzyczały dziwnie piskliwym głosem praktycznie w tym samym momencie po czym przytuliły się i zaczęły się chichrać.

- Walizka! - krzyknęła mama.

- Tak wiem! - Paulina odwróciła się w jej kierunku tylko na moment po czym powróciła do piskliwego chichotu.

- To zamknij drzwi za sobą, ja muszę iść, bo mi się obiad spali. Paa!

- Dobrze mamo! Pa!

Paulina z Martą chichotały jeszcze dobre pięć minut przed domem, po czym Marta stwierdziła, że muszą już się zbierać bo nie zdążą na samolot.

Paulina podbiegła po walizkę która była zaraz przy drzwiach. Zaczęła szukać klucza aby zamknąć drzwi jak prosiła mama. Nie mogła go znaleźć, zaczęła przeszukiwać kieszenie. Zdjęła z siebie plecak i rozpięła małą kieszeń w nadziei, że tam go znajdzie, jednak nie było go tam. Zaczęła się denerwować..

- Na komodzie! - rozległ się głos mamy, w tonie takim, który znają tylko dzieci, których mama musi/po raz kolejny przypominać im gdzie leży coś co sami tam zostawili.

- Dzięki - Powiedziała, będąc wdzięczną ale jednocześnie już zmęczoną tym tonem.

Podeszła do komody w przedpokoju. Klucze rzeczywiście tam były, w co nie wątpiła ani chwili, jej mama powiedziała to ze zbyt dużą pewnością w głosie. Paulina podeszła jeszcze do salonu aby pożegnać się z ojcem. Z telewizora w salonie dobiegały odgłosy wiadomości.

*...A teraz przenosimy się do małej miejscowości Borki, gdzie tragedia wstrząsnęła tutejszymi mieszkańcami...*

Spojrzała jeszcze na Ojca, który z wielkim zaangażowaniem rozmawiał przez telefon. Machnął jej ręką z uśmiechem. Paulina odwzajemniła jedno i drugie.

*...Znaleziono zwłoki 18 letniej Alicji W. i 27 letniego Marka K.*

Paulina od razu przeniosła wzrok na telewizor.

*Alicja była mieszkanką Borek i była dobrze znana miejscowej społeczności, jako sympatyczna i uśmiechnięta dziewczyna. Adres zamieszkania mężczyzny do tej pory nie został jeszcze ustalony. Jak wynika ze wstępnych ustaleń śledczych Marek K zabił 18 letnią dziewczynę po czym popełnił samobójstwo...*

Od tamtej nocy w lesie minęło półtora roku. W tym momencie Paulinie wydawało się jakby to było wczoraj. Powróciły uczucia i emocje jakie wtedy jej towarzyszyły. Przypomniał jej się uścisk lin na nadgarstkach, do tego stopnia że chwyciła się za nie odruchowo . Przypomniała sobie księżyc, i jego blade światło, migoczące ostrze noża. Uczucie pragnienia i głodu oraz ból głowy i potworne zmęczenie, ale przede wszystkim Marka. Walczącego ze skrajnymi emocjami, który toczył tego dnia bitwę, którą wydawać się mogło, że wtedy wygrał, ale jak się okazało koniec końców przegrał.

Na telewizorze widniała właśnie twarz młodej dziewczyny, dziewczyny, która miała przed sobą całe życie, ale zostało ono jej odebrane. Paulina jednak miała teraz przed oczami postać jego. Swojego niedoszłego oprawcy, którego nie udało jej się uratować. Wszystko co teraz do niej powróciło nie wywoływało w niej lęku. Wywołało uczucie porażki, smutku i zawiedzenia, że Markowi się nie udało... nie udało się żyć.

- Hej!! - dotarł do niej znikąd krzyk ojca. Oszołomiona spojrzała na niego.

- No ile można do Ciebie mówić? Idź bo nie zdążycie. - ręką wskazał w kierunku drzwi

- A tak , już lecę - Paulina odwróciła się i szybkim krokiem poszła w stronę wyjścia, gdzie w drzwiach stała Marta.

- Dawaj! Nie ma czasu! - powiedziała koleżanka - Wszystko ok? Wyglądasz jakoś.. dziwnie?

- Tak wszystko ok, chodźmy już, nie mamy czasu.

Paulina chwyciła za walizkę. Podbiegły do samochodu, spakowały walizkę i wsiadły.

- Gotowa na najzajebistsze wakacje ? - powiedziała koleżanka w pośpiechu odpalając samochód.

- Tak. - odpowiedziała zamyślona

- Łał, co za optymizm. Mam nadzieje że na miejscu będziesz miała więcej energii.

- Tak.. sorry, muszę tylko coś sprawdzić na telefonie.

- Ok, to Ty sobie sprawdzaj a ja zapierdalam na lotnisko - powiedziała wyraźnie podekscytowana.

Paulina wyjęła telefon i trzymała w ręce przed sobą nawet go nie włączając. Zaczęła się zastanawiać co by było gdyby...Nie, nie to nie ma sensu - pomyślała. Wyglądała przez okno, była piękna, słoneczna pogoda, jednak na skórze czuła krople wody i słyszała szum lasu.

Marek jak i nikt inny nie dowiedzą się już, że w tamtym czasie Paulina planowała samobójstwo.

- Włooochy!! - Krzyknęła Marta zatrzymując się przed lotniskiem - Dawaj, dawaj nie ma czasu, zapieprzamy!!

Paulina ślamazarnie wysiadła z samochodu. Była pozytywnie nastawiona na wyjazd, ale wiedziała, że jeszcze przez jakiś czas będzie się biła z myślami.

 

KONIEC

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania