Rebenyx - W kniei dzikich serc (rozdział piąty?)

rozdział piąty: krok naprzód

 

Prowizoryczne ubrania wstępnie zdały egzamin. To jest: zapewniały nieco ciepła w nocy, nie krępowały ruchów, a przede wszystkim nie przeszkadzały Kirze w załatwianiu podstawowych potrzeb. O ten ostatni punkt Rob bał się najbardziej, toteż z niemałą ulgą przyjął fakt, że nie przysporzył dzikiej towarzyszce zbędnego problemu. Sytuacja ta otworzyła mu jednak oczy na pewien drobny, teoretycznie nieważny mankament: „wilczyca” nadal poruszała się na czterech kończynach, co, odejmując już negliż, wyglądało nieco groteskowo. Rob zdawał sobie sprawę, że poprzez taką postawę zyskuje na szybkości, lecz w trosce o jej człowieczą edukację nie mógł już więcej przymykać na to oczu. Długa wędrówka zaś to świetna okazja do nauki, toteż bez zbędnego namysłu przeszedł do działania.

— Kira! — zawołał, dosłownie wywołując wilka z lasu.

Dziewczyna ochoczo podbiegła, usiadła przed nim jak pies czekający na łakocia.

— Podaj rękę.

Ćwiczył już z nią te polecenie, lecz tym razem nie za bardzo zrozumiała, o co mu chodzi, więc po chwili się schylił i złapał za obie jej dłonie, podnosząc ją w górę.

Nogi jej się chwiały, na twarz wleciało zdziwienie i niezrozumienie. Rozglądała się nerwowo na boki, próbując złapać równowagę, a przede wszystkim z narastającym niepokojem zauważyła, że patrzy na Roba z zupełnie innej, nieznanej wysokości.

„Hmmm, dziwne… Wydawało mi się, że parę razy już stała normalnie na nogach”.

Rob jednak nie myślał dalej i zaczął mówić, martwiąc się, że wobec ciszy Kira może się spłoszyć.

— Musisz nauczyć się chodzić i stać na dwóch nogach. Tak robią ludzie. Ludzie tacy, jak ty. Rozumiesz?

— Ludzie…? — zapytała niewyraźnie, patrząc na swoje chwiejące się łydki.

— Spokojnie. — Rob przezornie złapał ją mocniej. — Nie jesteś przyzwyczajona, ale to normalne. Zaraz puszczę i musisz tak zostać. Rozumiesz? Tak albo nie.

— T-tak… — W jej głosie nie było żadnej pewności.

— Dobra. Skup się. Puszczam!

I puścił. Nie trwało to nawet sekundy – Kira momentalnie się przechyliła, łapiąc się Roba. Zaskakująco mocno trzymała jego ubrania – miała tylko stanąć, a zachowała się tak, jakby upadek oznaczał śmierć.

— Jeszcze raz — złapał ją za dłonie, nieco odepchnął, pozwolił, by się wyprostowała. — Raz, dwa, trzy… Puszczam!

Tym razem szybko się odsunął. Dziewczyna machnęła rękoma, upadła na twarz.

— Auu…

— Akurat to cię boli? — powiedział, podnosząc ją z ziemi. — Kira! — podniósł głos — to bardzo ważne. Skup się. Albo będziesz chodzić jak człowiek, czyli jak ja, albo nie idziemy dalej. Kapujesz? Dasz radę lub koniec.

Dziewczyna bez przekonania przytaknęła głową.

Nastąpiła próba trzecia. Znów zaczęła wymachiwać rękoma, lecz po chwili, spostrzegając, że nic to nie daje, przestała. Rozglądała się na boki, przyśpieszyła oddech, lecz nadal stała. Powoli się uspokajała, jej nogi nieco się wyprostowały, nabrały pewności. Zdawało jej się, że ciągle się kołysze, lecz to wrażenie zaczęło ustępować. Odetchnęła, wyprostowała głowę. Nadal ją dziwił widok Roba spod takiego kąta. Nadal nie rozumiała, że utrzymują ją tylko dwie kończyny. Nie mogła wyjść z podziwu, że może być tak wysoka i Rob tak… podobny do niej.

Kira uśmiechnęła się, bez komendy wykonała krok naprzód, potem następny, jeszcze kolejny i… przewróciła się.

— Nieźle ci poszło, ale jeszcze trochę ćwiczeń przed tobą — Westchnął Rob, ponownie podnosząc ją z ziemi.

 

***

 

Prób było wiele, ale stało się: Kira chodziła jak zwykły, normalny człowiek. Z drobnym zastrzeżeniem – kroki były dość ostrożne, chód względnie wolny, a po drodze Rob stracił rachubę ile razy musiał ją dźwignąć z podłoża (dziwne, że sama się nie podnosiła…). Twarz miała zakurzoną, kolana obtarte, ale uśmiechała się jak dziecko, które przejechało pierwsze kilkanaście metrów na rowerku. Był to widok na tyle ciepły i sympatyczny, że Rob wybaczył sobie spowolnienie podróży w imię nauki chodzenia.

A propos wędrówki – zgodnie z zapowiedzią wyruszyli jeszcze przed południem, zabierając ze sobą dwa bukłaki z wodą, trochę jedzenia i rzecz jasna nieoceniony w przetrwaniu w dziczy scyzoryk. Zestaw niezbędny i poręczny, a w zasadzie wiele więcej wziąć nie mogli. Kira chciała jeszcze zabrać kości, ale oczywiście Rob na to nie pozwolił. Być może taki ruch był zbyt wczesny i ryzykowny, ale z drugiej strony ciągłe trzymanie się jaskini do niczego by ich nie zaprowadziło. Celem był powrót do cywilizacji, a żeby ten powrót stał się faktem trzeba zmieniać położenie, by w końcu odnaleźć drogę. Rob oczywiście sprawę przemyślał. Południe, jak sądził, było właściwym kierunkiem i właśnie w tę stronę się kierowali.

Przeszli już, według niespecjalnie wiarygodnych kalkulacji, niemalże dwie mile. Las trochę się zmienił. Mniej było drzew liściastych, napotykali coraz więcej świerków, sosen, a i mech jakby powoli zanikał w tych terenach. Zapachy, sądząc po reakcjach Kiry, również było nowe – nawet jeśli trudno uwierzyć, że faktycznie nigdy jej tu nie było. To, co zastanawiało Roba to wydeptane ścieżki, którymi się właśnie poruszali i ślady – wilków, niedźwiedzi, innych stworzeń. Już od początku samotne życie wilczej dziewczyny zdawało mu się podejrzane. Po cichu liczył, że któregoś dnia po prostu wpadną na watahę albo Kira sama go zaciągnie do swoich pobratymców. Nic takiego jednak się nie działo, więc oczywistym było, że coś się musiało stać. Wilki nie żyją w samotności. Zazwyczaj. Chyba że wilk jednak nie jest wilkiem… „To mogłoby tłumaczyć te wszystkie jej blizny. Choć nie – przecież takie coś to pewnie skalpy z polowań. Ech, to i tak nie jest teraz ważne. Naiwny jestem. Powinienem się cieszyć, że jednak nie wpadliśmy na żadnego wilka...”.

— Au…

— Znowu upadłaś? Boże…

Pomógł jej wstać, a ta w podzięce obdarzyła go uśmiechem.

— Więcej…! — powiedziała, chichocząc.

— Serio? Zabawę se wymyśliłaś.

Odszedł od niej. Jego wzrok przykuło coś dziwnego. Na ścieżce dostrzegł głęboko wydrążony odcisk buta. Tak, przykucnął, przyjrzał się i był już pewien. To był ludzki ślad.

„Nie, to nie może być mój. Podeszwa się nie zgadza i przecież jeszcze tu nie szedłem i ta głębokość. Jest stary. Odcisnął się, gdy było tu błoto. Ale kiedy ostatnio padało? Niech to… oby ten ktoś jeszcze żył”.

Podniósł głowę, spojrzał przed siebie. Dojrzał następne ślady.

— Kira! — Złapał ją za rękę. — Idziemy! Szybko!

Ruszyli wzdłuż ścieżki, podążając za odciskami podeszw.

 

***

 

Minęło kilkanaście minut. Drewniana chata pośrodku lasu. Pusta, ciemna, dawno opuszczona. Taka zdawała się na pierwszy rzut oka. Przy dokładniejszym oglądzie ślady ludzkiej egzystencji zdawały się być względnie świeże. Drewno solidne, szyby w oknach wciąż czyste, teren wokół zadbany, a więc niezarośnięty. Rob nie zastanawiał się długo. Wciąż trzymając Kirę za rękę, popchnął nieprzymknięte, skrzypiące drzwi.

Było południe, słońca nie brakowało, lecz w środku panował półmrok. Większość okien zasłaniały jakieś firany. Rob, poruszając się po omacku odsłonił dwa okna u frontu. Wtedy zrobiło się jaśniej i ujrzał wnętrze chaty. Oraz gospodarza, przy którym już węszyła ciekawska Kira.

„A jednak trup… Żywy człowiek to byłoby zbyt duże szczęście”.

— Kira! Zostaw to!

Siwy mężczyzna oparty o ramę łóżka. Przegryzione gardło, poszarpana ręka. Oczy wciąż otwarte – białe, zastygłe w przerażeniu. Rob podszedł, zasłonił mu powieki.

„Umarł niedawno. Może dwa, trzy dni temu. Kurwa. Gdybyśmy tylko wcześniej wyleźli z tej jaskini…”

Trzeba jednak przyznać, że niespecjalnie się tym przejął. Być może stracili szansę na natychmiastową ucieczkę, lecz zyskali całkiem wygodny zamiennik zimnej, skalistej groty. Z taką chatą możliwości stawały się wręcz nieograniczone. Kominek, łóżka, być może spiżarnia – idealne środowisko do nauki człowieczeństwa i niezwykle cenny punkt wypadowy, by zwiększyć szansę na przetrwanie. No a przede wszystkim dowód – to nie jest głucha dzicz, tu docierają ludzie.

Sądząc po wyposażeniu była to chata myśliwska. Trofea, pułapki, siatki. Brakowało jednak broni. W żadnym widocznym miejscu Rob nie mógł dojrzeć choćby kawałka jakiejś spluwy. Być może gdzieś pochowano noże, ale i tak – brak akurat takiego elementu w takim miejscu musiał być czymś niepokojącym. Myśli Roba jednak szybko skierowały się na inny aspekt.

„Mapy! Koleś musiał mieć tu jakieś mapy!”

Zaczął szukać jakichkolwiek papierów. Zakurzone biurko, regał, kufer, łóżko, a tymczasem Kira… Siedziała przed kominkiem coś żując…

— Aaaa! Zostaw! Zła Kira!

Wyrwał jej z ust obśliniony, porwany papier. Rzucił się na łóżko, szybko rozłożył wszystkie kartki obok siebie. To nie była mapa albo chociaż przewodnik turystyczny. Zwykłe notatki. Być może dziennik. Większość była czytelna.

— Uff… Kira, chodź. — Podeszła do niego. — Nie zrobiłaś nic złego. Ale i tak: nie jedz więcej papieru, ok?

— Ok — odpowiedziała, przytakując głową.

Wszystko tutaj było dla niej zupełnie nowe. Nigdy wcześniej nie widziała dzieła ludzkich rąk. Chata, meble, papier – rzeczy nieznane, dziwnie pachnące i prawie nie do pojęcia. Łatwo można było wyczytać z jej twarzy zdezorientowanie. Rob pogłaskał ją po głowie, zebrał kartki w końcu położył je na biurku.

— Tylko ich nie ruszaj, dobrze?

Raz jeszcze podszedł do trupa. Dźwignął go, położył na łóżku.

— Nawet niezłe te ubrania… Jemu już się nie przydadzą.

Rozbieranie martwego starca nie było szczególnie przyjemne. Ciało było ciężkie, śmierdziało, w dotyku zdawało się być szorstkie jak stara gąbka i zimne jak lód. Kira krążyła w tę i we w tę, starając się dokładnie przyjrzeć dziwnemu zachowaniu Roba. Dziwiło ją takie obchodzenie się z mięsem. Prawda – skojarzyła, że to mógł być człowiek, lecz zupełnie nie kolidowało to z postrzeganiem go jako dającej się jeszcze zjeść padliny. Po cichu liczyła, że Rob wyciągnie tę śmieszną rozkładaną rzecz i zacznie kroić trupa. To byłoby logiczne. Takie wielkie cielsko jedliby przez parę dni albo nawet tydzień. Jej towarzysz jednak tylko zdzierał z niego jakiś materiał, co wprawiało Kirę w zakłopotanie – czyli nie będziemy go jeść?

— Uff. — Rob westchnął, usiadł na łóżku. — Fajnie będzie w końcu ubrać się w coś normalnego. Co prawda śmierdzą te ciuchy i w paru miejscach są sztywne od zaschniętej krwi, ale… Kira, może ty coś chcesz? Zakrwawiona koszula albo taki szary sweter — powiedział, pokazując jej rzeczone ubrania. — Nie, pewnie nie… Gdyby nie ja, to byś z gołą dupą latała, haha…

W głosie i zachowaniu Roba było coś dziwnego. Schował głowę w dłonie i na chwilę umilkł. Kira trąciła go, lecz nie zareagował. Zastygł zupełnie tak jakby obcowanie z martwym jego samego pozbawiło życia.

— Kira, chodźmy — odezwał się w końcu. — Wyniesiemy go do lasu. Tylko będzie tu śmierdzieć i się rozkładać…

Zepchnął trupa z łóżka, zaczął go ciągnąć po podłodze w stronę wyjścia. Kira szła za nim, z dziwnym dla siebie przejęciem obserwując nieznane dotąd zachowanie Roba.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Ellie Victoriano 3 tygodnie temu
    "Odetchnęła, wyprostowała głowę" - nie jestem pewna, czy da się wyprostować głowę 😂
    "Rob podszedł, zasłonił mu powieki." - a nie zamknął?

    W sumie nawet nie wiem, jak to skomentować, ale to dobrze w tym przypadku 😅😂
  • Pan Buczybór 3 tygodnie temu
    Eeee, drobne błędy... Poprawi się.
    Dzięki za komentarz
  • TheRebelliousOne 3 tygodnie temu
    No, wreszcie kolejny rozdział mojego ulubionego fanfic'a! :D
    Nauka chodzenia całkiem urocza. Kira zaczyna coraz bardziej przypomina człowieka, choć ma jeszcze wilcze instynkty. Może się to przydać. No i ten człowiek. Kto to był? Czyżby Demokrata? (Biden, mam nadzieję... XD) Robi się coraz ciekawiej. Leci 5.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Pan Buczybór 3 tygodnie temu
    O martwym ludziu będzie w następnym rozdziale...
    Dzięki za komentarz. Pozdrawiam również :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania