Poprzednie części:  Romans w blasku przepychu (fragment)

Romans w blasku przepychu (fragment - cz. 3)

Po upływie niespełna kwadransa usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Nareszcie mogłam odetchnąć z ulgą. Wstałam z kanapy, aby otworzyć - zupełnie jakbym była u siebie.

 

Moim oczom ukazał się Cedric, ubrany w marynarkę i spodnie od garnituru. Dwa górne guziki jasnej koszuli pozostawił rozpięte. Obok niego stała Madeleine. Miała na sobie elegancką, czerwoną, idealnie skrojoną sukienkę, do której dobrała tonę biżuterii.

 

"Czy oni przyszli tu na jakiś bal?" - przemknęło mi przez myśl.

 

- A gdzie pozostali? - spytałam.

 

- Spokojnie, młoda. Niedługo będą - odparł brat.

 

K...wa, czy on musiał mnie tak nazywać nawet przy swojej dziewczynie? Dzieliły nas tylko dwa lata, a czasem traktował mnie, jakbym była jakąś gówniarą.

 

Odsunęłam się bez słowa, aby zrobić im przejście. Wkroczyli do środka niczym gwiazdy Hollywood, lansujące się na czerwonym dywanie. Pewna postawa, wysoko uniesione podbródki, szerokie uśmiechy obnażające zęby. Nie poznawałam własnego brata. Na co dzień zachowywał się zupełnie inaczej – w zdecydowanie mniej zmanierowany sposób.

 

- Wybacz, siostra. Zapomniałem cię uprzedzić, że dziś obowiązuje określony dress code.

 

Wzruszyłam lekko ramionami. W gruncie rzeczy miałam gdzieś, co pomyślą o mnie pozostali. To byli jego znajomi, nie moi, więc dlaczego miałabym się nimi przejmować?

 

Musiałam jednak przyznać, że nie mylił się w ocenie mojej "stylizacji". Tego dnia miałam na sobie obcisły top, a na ramiona zarzuciłam luźną, rozpiętą bluzę z kapturem. Do tego nieco sprane dżinsy, pamiętające lepsze czasy. Nie pasowałam do tego miejsca. Może po wyjściu z łazienki Alderic postanowi wyrzucić mnie za drzwi, mimo protestów mojego brata? Paradoksalnie to byłaby chyba pierwsza rzecz, za którą byłabym mu naprawdę wdzięczna.

 

- Alderic nie miał żadnych zastrzeżeń do twojego stroju? - dopytał brat.

 

- Nie - burknęłam krótko pod nosem. Nie miałam najmniejszej ochoty drążyć tego tematu.

 

"W dupie mam opinię twojego kumpla" - prychnęłam w myślach.

 

- Cedric, daj jej spokój - wtrąciła się Madeleine. - Pamiętaj, że to nie szata zdobi człowieka - dodała, puszczając do mnie oczko.

 

Lubiłam tę dziewczynę. Chodziła z moim bratem od kilku miesięcy i przez ten czas zdążyłyśmy złapać wspólny język. Często stawała po mojej stronie, chyba w ramach czegoś na kształt kobiecej solidarności.

 

Cedric najwyraźniej uznał, że w starciu z Madeleine nie ma najmniejszych szans. Machnął tylko ręką i po chwili przeszliśmy we trójkę do salonu.

 

- A gdzie Alderic? - zainteresował się chłopak.

 

- Poszedł się odświeżyć - wyjaśniłam.

 

- No tak, cały on - parsknął Cedric. - Jak zwykle każe na siebie czekać.

 

- Po prostu dba o swój wizerunek - stwierdziła Madeleine, sadowiąc się w jednym z foteli. - Sam wiesz, że rodzice nie darowaliby mu, gdyby zszargał dobre imię rodu de La Fayette.

 

W pierwszym odruchu słowa dziewczyny nieco mnie zaskoczyły, lecz po chwili doszłam do wniosku, że to całkiem logiczny układ. Skoro rodzice sponsorowali wszystkie jego zachcianki, musiał im się jakoś odwdzięczyć.

 

Mój brat skinął lekko głową i odchylił się wygodniej na oparciu fotela.

 

Po chwili przystąpiliśmy do rozmowy o wszystkim i o niczym. Madeleine stwierdziła, że ostatni rok liceum zapowiada się interesująco pod kątem wyboru kierunku studiów. Cedric miał nieco inne zdanie na ten temat. Nie spieszyło mu się aż tak do rozpoczęcia w pełni dorosłego życia.

 

W końcu skupili uwagę na mnie, chcąc dowiedzieć się, jak oceniam ich liceum po pierwszych kilku tygodniach nauki.

 

- Szkoła jak szkoła – odparłam obojętnie.

 

- No tak. Zélie jak zwykle wylewna – rzucił ironicznie mój brat.

 

- A co mam więcej powiedzieć? – ponownie wzruszyłam ramionami. – Wiesz doskonale, że najbardziej nienawidzę przerw. Nic tak mnie nie męczy, jak tłum rozwrzeszczanych bachorów. Kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, próbuję zaszyć się w jakimś przytulnym kącie.

 

- Bachorów? W takim razie ty też jesteś…

 

- Nie kończ tego zdania! – przerwałam mu natychmiast, celując w niego palcem z wyrazem wściekłości wypisanym na twarzy. – Ani mi się, k…wa, waż! Inaczej jeszcze dziś czeka cię niezapowiedziana wizyta u dentysty!

 

- Ech, czasem mam naprawdę dość tych waszych przepychanek – przewróciła oczami Madeleine.

 

Mój brat chciał jeszcze coś dodać, lecz w tym momencie do salonu wkroczył chłopak, którego wciąż miałam ochotę udusić gołymi rękami.

 

„No to teraz się zacznie” – westchnęłam w duchu.

 

C.d.n.

 

L. A. T,/Raven Bunny

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania