Poprzednie częściRozdział 3

Rozdział 17

W mieszkaniu na Czwartej Alei Żółte światło jedynej odpalonej lampy biurkowej rzuca na ściany długie, drżące cienie. Zaparzyłem dzbanek, smolistej kawy, ale jej zapach i tak przegrywa z kwaśnym odorem potu Spoonera, który kuli się na krześle w kącie kuchni, trzęsąc się z zimna i strachu.

Stoję przed ścianą, na której kiedyś wisiał stary zegar mojego ojca. Teraz nie ma tam miejsca na czas. Jest tylko przestrzeń na winę. Ściana jest gęsto wyklejona mapami San Pedro, wydrukami z bazy danych, zrzutami z monitoringu i zdjęciami z pendrive'a Marka. Kawałki czerwonej włóczki łączą poszczególne nazwiska, tworząc krwiobieg potwora, który pożarł to miasto.

Opieram się zdrowym bokiem o blat, czując rwący ból pod lewym żebrem, tam, gdzie wciąż goi się tkanka po nożu z doków. Miller siedzi przy stole, pochylona nad otwartym laptopem. Światło matrycy odbija się w jej zmęczonych oczach. Stuka w klawiaturę z szybkością maszyny, ignorując ból pleców.

Trzy krótkie, twarde uderzenia w drzwi. Po nich jedno długie.

Miller natychmiast kładzie dłoń na kolbie swojego Glocka, wstając bezszelestnie.

Kiwam głową. Podchodzę do drzwi, przekręcam trzy zamki i uchylam je na szerokość łańcucha.

W półmroku korytarza stoi Komendant Montgomery Gray. Ma na sobie długi, cywilny płaszcz z podniesionym kołnierzem, a na głowie ciemną bejsbolówkę. Wygląda potężnie, ale i obco – człowiek na samym szczycie łańcucha pokarmowego, który musiał zejść do rynsztoka. Wpuszczam go do środka i natychmiast rygluję drzwi.

Gray zdejmuje czapkę. Jego wzrok omiata zasłonięte rolety, spoconą twarz Spoonera, aż w końcu zatrzymuje się na mojej ścianie dowodów. W jego oczach widzę mieszankę podziwu i czystego przerażenia.

— Jeśli ktokolwiek z Wewnętrznego wie, że tu jestem, jutro obaj wisimy, Harrison — mówi cicho komendant, nie zdejmując płaszcza. — Co masz? Obiecałeś mi głowę.

— Mam coś więcej. Mam cały korpus — charczę, podchodząc do tablicy. Biorę czarny marker. — Owens i Varga kontrolowali komendę, to już wiemy. Pendrive Marka to udowodnił. Kody autoryzacji 88-Alpha, ustawianie patroli tak, żeby Terminal 4 był pusty w nocy. Ale to tylko połowa równania, komendancie. Policja może przymknąć oko, ale żeby wywieźć tony Szkła z portu, musisz minąć straż celną, bramki wagowe i kamery logistyczne. Owens nie miał tam władzy. Potrzebowali kogoś, kto otworzy im bramy miasta.

Odwracam się do kąta.

— Spooner. Powtórz komendantowi to, co powiedziałeś nam w samochodzie. Słowo w słowo.

Spooner wzdryga się, jakby uderzono go prądem. Obejmuje się chudymi ramionami, nie mogąc oderwać wzroku od postury Graya. — Ja... ja widziałem transporty — jąka się, a jego głos drży tak bardzo, że ledwo można go zrozumieć. — To nie szło w ciężarówkach z logo firm przewozowych. Towar wyjeżdżał w wozach z logiem miejskiej oczyszczalni. Straż portowa sama podnosiła im szlabany. Żadnego sprawdzania dokumentów przewozowych. Byli nietykalni.

Gray marszczy brwi, podchodząc bliżej ściany.

— Śmieciarki? — pyta powoli. — Harrison, wydział oczyszczania miasta podlega bezpośrednio pod ratusz. Mają własne kody dostępu do stref zamkniętych, bo wywożą odpady przemysłowe. Nikt ich nie waży przy wyjeździe. To genialne w swojej prostocie.

— I całkowicie poza naszą jurysdykcją — wtrąca Miller, nie odrywając wzroku od ekranu. — Włamałam się na serwery miejskie, używając starego loginu z sekcji gospodarczej. Sprawdziłam harmonogramy nocnych wywozów z ostatnich trzech miesięcy. Zgadnijcie co? Zawsze, kiedy u nas na komendzie Owens wpisywał kod 88-Alpha na brak ochrony, wozy oczyszczalni numer 14 i 17 miały zgłaszaną „awarię GPS". Ich sygnał na dwie godziny całkowicie skakał między wieżami, a potem znikał z sieci. Czarna dziura.

Biorę ze stołu jedno ze zdjęć, które wydrukowałem z pendrive'a Marka. Ziarniste, zrobione z dużej odległości. Przedstawia czarną limuzynę rządową, zaparkowaną na obrzeżach portu, z dala od latarni. Przybijam je pinezką na samym środku tablicy, powyżej zdjęcia Owensa.

— Owens i Varga to były mięśnie. Ale to jest nasz mózg — mówię z naciskiem, stukając palcem w rozmazaną sylwetkę faceta opierającego się o maskę limuzyny. — Spooner rozpoznał go dzisiaj rano, kiedy pokazałem mu twarze lokalnych polityków. Zastępca burmistrza. Richard Dixon.

Z ust Graya wyrywa się ciche, twarde przekleństwo. Komendant opiera obie dłonie o kuchenny blat i opuszcza głowę. Powietrze w kuchni zamarza. Zastępca burmistrza to nie jest płotka. To filar miasta. To facet, który ustala budżety dla policji.

— Dixon — szepcze Gray, a jego głos jest napięty jak stalowa lina. — Dixon zatwierdzał restrukturyzację portu pół roku temu. Zmienił procedury celne pod pretekstem oszczędności... i oddał kontrolę nad bramami służbom miejskim. W tym oczyszczalni. Jezu Chryste, oni zbudowali autostradę dla Szkła za pieniądze podatników.

— Musimy wejść do Ratusza, komendancie — mówi Miller, wstając. — Nakaz na serwery oczyszczalni, zajęcie dysków twardych z gabinetu Dixona. WSW z asystą federalnych. Zanim zdążą wyczyścić logi...

— Nie! — ucina gwałtownie Gray, prostując się. Jego twarz jest teraz maską z lodu. — Miller, jesteś w wydziale za krótko. Jeśli ja jutro rano wystąpię o nakaz przeszukania gabinetu zastępcy burmistrza, sędzia, z którym Dixon gra w golfa, najpierw do niego zadzwoni. Mamy na niego tylko słowo ukrywającego się informatora i zamazane zdjęcie z portu. Dixon ma pod sobą infrastrukturę IT całego miasta. Jeśli uderzymy oficjalnie, wykasuje te serwery w dziesięć minut. Zostaniemy z niczym, a rano prokuratura oskarży nas o polityczną nagonkę. Wykończą nas w mediach do południa. Myślicie, że Owens zapadł się pod ziemię bez powodu? On wie, że system chroni Dixona.

Opieram się plecami o chłodną ścianę. Oddycham z trudem, ale mój umysł jest wyostrzony do granic możliwości. — Gray ma rację — mówię, patrząc na zaskoczoną Miller. — Mark zginął, bo wierzył, że procedury działają. Zabili go własni przełożeni. Z Vargą w marinie też nie dyskutowałem przy włączonym dyktafonie. Dixon jest zbyt potężny, żeby uderzyć w niego z blachą na wierzchu.

Gray patrzy na mnie mrocznym, ciężkim wzrokiem.

— Więc co mi oferujesz, Harrison? Czego ode mnie chcesz?

— Paktu z diabłem, komendancie — odpowiadam bez mrugnięcia okiem. — WSW oficjalnie trzyma mnie na smyczy. Mam zakaz zbliżania się do doków, jestem zawieszonym, niestabilnym gliniarzem. Niech tak zostanie. Dajcie mi i Miller działać w cieniu. Bez raportów, bez radia, bez wsparcia. Będziemy waszą jednostką widmo.

Gray mruży oczy.

— Chcesz wyciągnąć zastępcę burmistrza z ratusza bez nakazu? Jak?

— Wyciągniemy go na otwarty teren — tłumaczę, a adrenalina zaczyna tłumić ból w żebrach. — System Dixona polega na absolutnej kontroli. Jeśli pojawia się w nim błąd, którego nie mogą naprawić zdalnie, muszą ubrudzić sobie ręce. Zrobimy im awarię, której nie będą mogli zignorować.

Wskazuję markerem na Spoonera, który kuli się pod naszymi spojrzeniami.

— Spooner. Znasz ludzi Vargi. Wiesz, z kim ubijali interesy na ulicy, prawda?

— T-tak... znam kilku dilerów. Chłopaków od rozprowadzania... — duka informator.

— Pójdziesz jutro do jednego z nich. Powiesz, że byłeś w dokach, że widziałeś ciężarówkę oczyszczalni, która złapała gumę i kierowca porzucił ją w starym magazynie na obrzeżach strefy przemysłowej. Powiesz, że w środku jest tona Szkła, a ty szukasz kupca na ten towar.

Miller łapie w lot moją myśl. Jej oczy błyszczą drapieżnie.

— Puszczą farbę wyżej — mówi szybko. — Kiedy Dixon dowie się, że w mieście stoi porzucony, pełny po brzegi wóz z jego logo, a na ulicy jakiś ćpun próbuje opchnąć ich towar, wpadnie w panikę. Nie wyśle tam policji, bo nie może ryzykować, że oficjalny patrol zajrzy do śmieciarki pełnej narkotyków. Będzie musiał wysłać swoich zaufanych czyścicieli. Albo pojawi się tam sam, z resztkami ludzi Owensa, żeby zabezpieczyć towar, zanim dotrze tam ktokolwiek inny.

— A kiedy wejdą do tego magazynu... — kończę, patrząc prosto na Graya — ...zamkniemy za nimi drzwi. Pokażemy panu, gdzie jest ten magazyn. Pan zbierze zaufanych ludzi taktycznych, tych z zewnątrz, bez układów w naszym wydziale. Złapiemy ich z towarem w rękach, bez nakazu na komputery, bez biurokracji. Gorący uczynek, komendancie.

Gray milczy przez długą minutę. Słyszę tylko ciche uderzenia deszczu o szyby mojego poddasza. To człowiek, który całe życie wierzył w regulaminy, ale wie, że ten regulamin właśnie go zawiódł. Patrzy na mnie, na poturbowanego faceta, który przeżył sepsę, i na młodą dziewczynę, która dopiero uczy się pociągać za spust.

A potem powoli kiwa głową.

— Jeśli coś pójdzie nie tak, wypieram się wszystkiego. Powiem, że działaliście na własną rękę i że postradałeś zmysły po śmierci partnera.

— Nie oczekuję niczego innego, komendancie.

Gray zakłada czapkę i kieruje się do wyjścia. Zanim łapie za klamkę, odwraca się przez ramię.

— Zróbcie to szybko, Harrison. Zanim ten skurwysyn zniszczy dowody, które pogrążą Owensa.

Drzwi zamykają się z cichym klikiem. Zostajemy sami. Ja, Miller, przerażony informator i ściana, która w końcu przestaje być tylko teorią. Pętla wokół szyi miasta właśnie zaczęła się zaciskać.

Biorę głęboki wdech, ignorując rwanie w boku, i zdejmuję pistolet z blatu stołu.

— Miller — mówię zimnym głosem. — Znajdź nam stary, pusty magazyn z dala od kamer miejskich. Jutro w nocy zaczynamy łowy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania