Poprzednie częściRozdział 3

Rozdział 15

Wyłączony silnik Forda stygł z cichym, metalicznym trzaskiem. W kabinie szybko zrobiło się zimno, a szyby zaszły gęstą parą, odcinając nas od żółtych świateł nabrzeża. Z „Patsy’s” wyszliśmy przed dwudziestą drugą, ale nie ruszyliśmy od razu. Przez ponad godzinę siedzieliśmy w ciemności pod ścianą starej chłodni, upewniając się, że żaden nieoznakowany sedan z WSW nie kręci się w okolicy. Lynch albo odpuścił, albo uznał, że po takiej reprymendzie grzecznie wrócę do mieszkania łykać prochy i lizać rany.

Zerknąłem na Miller. Wyciągnęła z kabury swojego Glocka 19, wysunęła magazynek, sprawdziła stan sprężyny i wbiła go z powrotem nasadą dłoni. Krótkie, głuche klik rozeszło się w ciasnym wnętrzu wozu. Robiła to mechanicznie, żeby zająć czymś ręce. Jej twarz w blasku odległej latarni wydawała się nienaturalnie blada.

— Jeśli Owens albo jego ludzie tam są, nie będą pytać o odznaki, Adam — powiedziała cicho, nie patrząc na mnie. — Dla nich jesteśmy trupami, które po prostu jeszcze oddychają.

— Owens szuka dużych pieniędzy, nie faceta, który kradnie resztki z kutrów — odparłem, odpinając zatrzask własnej kabury. Ruch ramienia wywołał tępy, palący ból pod żebrami. Przekląłem pod nosem, masując bok. Dwa miesiące pod respiratorem zrobiły swoje; moje ciało stawiało opór przy każdym gwałtowniejszym ruchu. — Spooner to dla Owensa luźny koniec, który trzeba zabezpieczyć, ale nie sądzę, żeby sam przeczesywał te pordzewiałe krypy. Wyśle ludzi ze straży portowej, jeśli dostanie cynk. Dlatego musimy być szybcy. Zamknij oczy, niech wzrok się przyzwyczai.

Odczekaliśmy jeszcze pięć minut. W końcu otwarłem drzwi. Lodowaty, słony powiew wiatru uderzył mnie w twarz, natychmiast mrożąc pot na karku. Deszcz zamienił się w gęstą, przenikliwą mżawkę.

Dok numer cztery majaczył przed nami w mroku jako rządek czarnych, kołyszących się na fali kadłubów. Stare, drewniane pomosty trzeszczały pod naporem wody, a zapach zgnilizny, ropy i zdechłych ryb był tu tak intensywny, że aż dławił w gardle. Ruszyłem przodem, starając się nie utykać. Miller szła krok za mną, z dłonią na rękojeści broni pod kurtką.

Deski pomostu były śliskie od glonów. Każda fala uderzająca o pordzewiałe kadłuby unosiła i opuszczała pirs z niepokojącym jękiem. Z głębi jednej z prowizorycznych kabin mieszkalnych na starej barce dobiegł nas cichy, chrapliwy kaszel. Zwolniłem, dotykając ramienia Miller. Przez dziurę w brezencie widziałem mdłe, pomarańczowe światło palnika. Dwóch facetów w uwalonych smarem kurtkach i dziewczyna o szklanym wzroku. Byli zbyt zaorani towarem, by reagować na naszą obecność.

Na końcu pomostu, przy przechylonej łodzi, lśnił świeży ślad stopy. Pokład skrzypnął pod naszym ciężarem. Ruszyłem prosto do wąskiego zejścia pod pokład. Tonęło w absolutnym mroku, w którym nawet latarka byłaby jak flara sygnałowa.

— Spooner — rzuciłem w mrok, zniżając głos. — To ja. Harrison. Sheppard nie żyje, a ja mam na sobie WSW. Jeśli nie chcesz, żeby Owens znalazł cię jako następnego, rusz tyłek.

W odpowiedzi z głębi luku dobiegł gwałtowny, spanikowany szelest. Ktoś cofał się na oślep, uderzając plecami o wręgi kadłuba. Zszedłem dwa stopnie niżej. Moje oczy przyzwyczaiły się do nikłego blasku sączącego się przez brudny bulaj. Spooner siedział w kącie, trzęsąc się tak mocno, że zardzewiały klucz francuski wypadł mu z dłoni.

— O Jezu... Harrison, oni go zabili. Marka zabili. Ja nic nie powiedziałem! Owens wie wszystko! — Spooner zaczął dławić się powietrzem, na granicy hiperwentylacji.

Doskoczyłem do niego, chwytając go za klapy brudnej kurtki i wbijając w burtę. — Zamknij się! Chcesz, żeby nas tu powystrzelali? Oddychaj.

Spooner zamarł. Wcisnąłem mu w dłonie swoją bejsbolówkę. — Naciągnij na oczy. Idziemy.

Wypchnęliśmy go na pokład i szybko dotarliśmy do ukrytego w mroku Forda. Ruszyłem wolno, gasząc światła mijania, dopóki nie wyjechaliśmy z sektora prywatnych pirsów.

W kabinie panowała ciężka, duszna cisza. Słychać było tylko miarowy szum wycieraczek i rzężący oddech Spoonera. Kulił się na tylnym siedzeniu, wzdrygając nerwowo za każdym razem, gdy światła wymijanych samochodów omiatały wnętrze wozu. Miller nawet na moment nie zdjęła dłoni z kabury, obserwując go bacznie w lusterku.

— Gdzie go wieziemy? — spytała w końcu Miller, zniżając głos. — Powinniśmy go zgłosić. Bezpieczna kwatera, oficjalny protokół...

— Żadnych protokołów, Miller — uciąłem, nie odrywając wzroku od drogi. — Owens ma ludzi na komendzie. Zanim skończyłabyś pisać pierwszą stronę raportu, Spooner wisiałby w celi na własnych prześcieradłach. Zabieramy go na Czwartą Aleję.

Miller zmrużyła oczy. — Do ciebie? Adam, to szaleństwo. Jeśli Owens wie, że mam go w swoich rękach, pierwszą rzeczą, którą zrobi, będzie sprawdzenie twojego adresu.

— Wiem — odparłem, czując, jak ból w żebrach pulsuje w rytm pracy silnika. — Ale nigdzie indziej nie mam kontroli. I posłuchaj mnie uważnie. Z informatorami nie wolno się spoufalać. Jeśli zaczynasz przejmować się ich strachem, to znaczy, że masz „szczeniaczka”. A posiadanie szczeniaczka w tym świecie kończy się kulką w łeb. Spooner to nie piesek do uratowania. To materiał dowodowy. Traktuj go zimno.

Czwarta Aleja to nie była dzielnica, to był stan umysłu. Wprowadzenie Spoonera na górę przypominało prowadzenie skazańca na szafot. Każdy stopień skrzypiał, a powietrze miało ten specyficzny zapach stęchlizny wżarty w ściany. Wepchnąłem go do środka. Miller zamknęła drzwi na trzy spusty i sprawdziła zabezpieczenia.

— Jest czysto — szepnęła, stając pod ścianą, wciąż gotowa do sięgnięcia po broń.

Nie czekałem na uprzejmości. Doskoczyłem do Spoonera, uderzając otwartą dłonią w stół, aż facet podskoczył. W mieszkaniu uderzał sterylny odór Domestosu.

— Spooner, czas na fakty! — warknąłem, pochylając się nad nim tak, że czuł mój oddech. — Kto odbiera ten towar z Terminal Island? Mów, albo wyprowadzę cię na korytarz i niech Owens sam wyciągnie z ciebie prawdę.

Spooner wpatrywał się w ścianę, a jego brudne palce bielały na krawędzi blatu. Z oczu popłynęły mu łzy, znacząc jasne ścieżki na usmarowanej twarzy.

— Ty nie rozumiesz... oni nie przyjeżdżają ciężarówkami — wybełkotał, trzęsąc się jak w febrze. — Oni mają kogoś wewnątrz. Straż portowa nie tylko przymyka oko. Oni otwierają bramy, a towar wyjeżdża w wozach z logiem miejskiej oczyszczalni. Nikt ich nie zatrzymuje... nikt nie sprawdza śmieciarek.

Spojrzałem na Miller. Jej twarz stężała. Oczyszczalnia. Przykrywka tak genialna w swoim brudzie, że aż idealna dla Owensa. Wyciągnąłem telefon, wcisnąłem nagrywanie i kazałem mu powtórzyć wszystko jeszcze raz, ze szczegółami.

Kiedy skończył, wcisnąłem stop. Ekran telefonu zgasł, a w mieszkaniu zapadła głucha cisza. I wtedy to poczułem.

Adrenalina, która trzymała mnie w pionie od wyjścia z „Patsy's”, wyparowała w ułamku sekundy, zostawiając po sobie lodowatą pustkę. Odwróciłem się od stołu.

— Muszę się napić — rzuciłem chrapliwie.

Zrobiłem krok w stronę zlewu i nogi ugięły się pode mną jak z waty. Oparłem się ciężko obiema dłońmi o metalowy brzeg. Świat zawirował. Sięgnąłem po szklankę, ale moje palce były całkowicie zdrętwiałe. Szkło wyślizgnęło się z dłoni i roztrzaskało o dno zlewu z ogłuszającym brzękiem.

Zacisnąłem zęby, próbując wciągnąć powietrze, ale płuca paliły żywym ogniem.

— Adam? — Głos Miller stracił policyjny chłód.

Usłyszałem jej szybkie kroki. Stanęła obok mnie i natychmiast opuściła wzrok. Przez jasny materiał mojej koszuli, tuż nad paskiem, przesiąkała świeża, ciemna plama krwi. Szwy nie wytrzymały szarpaniny w dokach.

— Harrison, do cholery, ty krwawisz.

Spróbowałem się wyprostować. — Nic mi nie jest. Zabezpiecz go w łazience, musimy jechać pod dyspozytornię...

— Zamknij się i siadaj! — warknęła, popychając mnie na wolne krzesło z siłą, o którą bym jej nie podejrzewał.

Złapała mnie za ramiona, zmuszając, bym opadł na oparcie. Spojrzała mi prosto w oczy, a w jej spojrzeniu nie było już ani odrobiny zawahania.

— Myślisz, że kogo ty oszukasz? Wyglądasz jak trup, Adam. Jeśli teraz wyjdziesz z tego mieszkania, Owens nie będzie musiał marnować na ciebie kuli. Sam się wykrwawisz na tapicerkę w Fordzie. Prowadzimy śledztwo, czy to jest jakaś twoja prywatna misja samobójcza?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, podeszła do szafki w przedpokoju, z której wyciągnęła apteczkę. Wróciła, rozdarła moją koszulę jednym zdecydowanym ruchem i spojrzała na prowizoryczny opatrunek, który właśnie przesiąkł na wylot.

— Będzie boleć — uprzedziła tylko, po czym wylała środek odkażający bezpośrednio na ranę.

Syknąłem przez zaciśnięte zęby, wbijając palce w krawędź krzesła tak mocno, że aż zatrzeszczało drewno. Zamknąłem oczy. Czułem jej chłodne, pewne palce, gdy dociskała nową gazę. W tej sterylnej ciszy, przerywanej tylko moim świszczącym oddechem, pękła kolejna tafla mojego lustra.

— Wiesz, dlaczego on zginął, Miller? — wykrztusiłem, nie otwierając oczu. Mój głos był cichy, ale ostry jak szkło, o którym właśnie rozmawialiśmy.

Zatrzymała rękę na moment, ale zaraz wróciła do owijania mnie bandażem. Słuchała.

— Mój stary całe życie patrzył na mnie jak na wybrakowany model. Błąd w systemie, który zabił mu żonę przy porodzie. Nauczyłem się nie istnieć. Dopiero kiedy trafiłem do wydziału... — Przełknąłem ślinę, czując krew w ustach. — Mark był pierwszym człowiekiem, który nie patrzył przez mnie. Zobaczył we mnie gliniarza, kiedy wszyscy inni widzieli tylko milczącego dziwaka z dobrym dyplomem. Był jedynym fundamentem w moim zasranym życiu, który się nie sypał.

Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią. Kończyła zapinać bandaż. Jej dłonie były umazane moją krwią.

— Owens go zabił, bo Mark ufał, że noszenie tej samej odznaki coś jeszcze w tym mieście znaczy. Poszedł na ten pirs, bo wierzył, że grają do jednej bramki. Więc nie, Miller... — Wziąłem głęboki, rwący oddech. — To nie jest śledztwo. To jest egzekucja.

Miller milczała przez długą chwilę. Wytarła zakrwawione ręce w ręcznik, rzuciła go do zlewu na rozbite szkło, po czym spojrzała na mnie. W jej oczach nie było litości. Było zrozumienie.

— W takim razie, Harrison... — powiedziała cicho, podnosząc z blatu kluczyki do Forda. — ...następnym razem ja prowadzę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore godzinę temu

    /że żaden nieoznakowany sedan z WSW nie kręci/ – /z/ chyba zbędne

    E! publikujesz coś z wydawcą czy tylko amatorsko bazgrzesz?
    Dlaczego nie w tutejszych realiach; tylko gdzieś za wielką wodą?
    Dobry tekst NO!🤕

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania