Poprzednie częściRozdział I Rozdział II Rozdział III

Rozdział IX

Kilka niedziel później Bolesław mógł już o własnych siłach chodzić swobodnie po palatium. Cały czas nurtowały go wątpliwości o wiedźmie, których nie mógł zignorować. Tego wieczora skierował się do podziemnych części Wawelu. Stanął na szczycie schodów. Widział tonące w oddali w ciemnościach ściany lochów. Skinął głową stojącemu obok strażnikowi, a ten chwycił pochodnię i ruszył przodem, idąc na tyle powoli, żeby książę nadążył.

Idąc przez kolejne schody i mijając ciemne korytarze, przywoływał sobie z pamięci twarze kolejnych więźniów, siedzących w jego lochach. Obecnie w wawelskich podziemiach gniło sześciu więźniów. Dwóch gwałcicieli, którzy lada dzień mieli zostać powieszeni, jeden morderca bednarza, który nie oddał mu beczki w terminie. Karczmarz, który zatruł swoich gości, i jeszcze jeden chłop, który zabił krowę sąsiada. Na samym końcu ciemnego, wilgotnego korytarza, gdzie ciemność rozjaśniały tylko dwie pochodnie tkwiące w ścianie, każda na jednym końcu przejścia, siedziała ostatnia więźniarka – wiedźma Mołka.

Bolesław przystanął przed każdym z tych zatęchłych pomieszczeń, by przyjrzeć się jeszcze raz każdemu zbrodniarzowi. Stara siedziała na końcu, tam też książę zatrzymał się na dłużej. Siedziała na tyle głęboko, że nie było jej widać. Ludziom tak niskim nie trzeba było przypinać łańcucha, ale książę nie chciał ryzykować, starucha mogła być niebezpieczna. Łańcuch długości kilku łokci łączył jej nogę ze ścianą i nie pozwalał się ruszyć. Siedziała więc, patrząc tępo naprzód. Gdy tylko pojawił się przed nią książę, ożywiła się.

– Panie, to wy? Żyjecie? – zapytała zachrypniętym od kurzu i brudu głosem.

– Przeproś księcia! – zawołał strażnik.

Mołka schyliła głowę i coś wymamrotała, ale Bolesław zbliżył się o jeszcze jeden krok i odpowiedział:

– Żyję, a jakże. Czemuż miałbym nie żyć? – i czekał z bijącym sercem na odpowiedź.

– Już zapomnieliście? Wraz ze zdrajcą mieliście odejść do Welesa, raz na zawsze.

Książę odwrócił się do strażnika:

– Dobrze tu pilnujecie? Nikogo tu nie było, nikt z nią nie gadał?

Zapytany zaczerwienił się, zmieszał na chwilę, po czym odrzekł:

– Nie, panie. Nikt nie przychodził ani nie wychodził poza mną i drugim strażnikiem!

Bolesław zbliżył się do niego i zapytał jeszcze raz, dla pewności:

– Na pewno? Żadnych rozmów?

– Żadnych, panie. Nie śmiałbym do tego dopuścić.

Zwrócił się z powrotem do wiedźmy. Pochylił się lekko, żeby widzieć jej twarz.

– Więc miałem umrzeć, wiedźmo? – syknął.

– Mieliście zginąć, tak powiedzieli mi bogowie, kiedy ich widziałam.

– Co ci powiedzieli?

– To samo, co mówiłam – okrutna, powolna śmierć, ciebie i twojego towarzysza. Nie mogliście tego przeżyć.

Uderzył ją i pytał dalej:

– Któż był tym moim towarzyszem? Gadaj!

– Nie widziałam tego wyraźnie… – jęknęła.

– Łżesz! – krzyknął. – Wiesz za dużo, ktoś ci coś powiedział!

– Wiem tyle, że przeżyliście. Jak to się stało, to już nie zostało mi powiedziane. Wiem natomiast, co stanie się dalej.

Chwycił ją za gardło.

– Czyli dopiero umrę? Twoje kłamstwa jeszcze się nie stały? Łżesz! – powtórzył.

– Gh… puśćcie…. Panie… nie…. mogę….

Zwolnił uścisk i starucha opadła, oddychając ciężko, trzymając się za szyję.

– Ktoś… – wycharczała z trudem, kaszląc – ktoś cię… uratował…To był…twój władyka? On… zmienił… to, co się miało stać…

– Mów dalej!

– Będzie... wielka wojna… w której… wszystkie plemiona… staną przeciw sobie… a wy… dacie głowę…

–Cóż więc zrobić, żebym żył? –i znów chwycił ją za gardło, a ona chwyciła go za rękę i patrzyła mu prosto w oczy. Władza dawała mu silę i pewność. Musiał ją chwycić, by mu wszystko powiedziała.

– Ph… Panie… musicie… zaprzestać….wojen… – puścił ją, zdziwiony, a ona mówiła dalej, gardło sobie pocierając –dopóty nie urodzi wam się syn… Inaczej wojna zakończy się twoją klęską i śmiercią kogoś, kto jest ci bliski. Twój ród wymrze, gdy wielka gwiazda przetnie niebo.

Bolesław strząsnął ją ze swojej ręki. Opadła na ziemię. Spojrzał na nią wytrzeszczonymi oczyma pełnymi grozy i zwątpienia.

– Ale to jeszcze nie wszystko. – jęknęła wiedźma z podłogi.

– Mówże! –już sięgał ręką ponownie po jej szyję.

– Musicie mnie pierwej uwolnić, panie. Bogowie się nie zgodzą….

Książę podszedł do strażnika, wyszarpnął zdziwionemu z pochwy miecz i przyłożył go jej do gardła.

– Co teraz mówią twoi bogowie? Tfu! – Splunął.

– Mówią, że jeżeli teraz zginę, to niczego się nie dowiesz! – utkwiła wzrok w mieczu i cofała się powoli od zimnego ostrza, niemal dotykającego jej skóry.

W odpowiedzi miecz przysunął się jeszcze bliżej.

– Kłamiesz, jędzo! Wszystko, co powiadasz, jest kłamstwem! Zabiję cię tu i teraz i skończą się twoje brednie! Może zginę na polu bitwy, ale nie przez twoich bogów!

– Zapomniałeś… już panie… jak leżałeś… ranny w łożu? Bogowie... mogą mi zesłać… więcej takich widzeń… ale muszę… być wolna…– odpowiadała pomimo ostrza na szyi, z której powoli zaczęła kapać krew.

– Do tej pory lochy nie przeszkadzały twoim bogom przemawiać do ciebie!

– W takich miejscach szybko tracę władzę nad tym darem, panie. Światło pozwala przegnać lęki. Rozprasza ciemności i wtedy mogę coś widzieć. Jestem też głodna i spragniona, a doradcy takiego księcia jak wy jadają i sypiają lepiej niźli ja.

Bolesław wstał i powiedział:

– Dostaniesz jedzenie, ktoś o to zadba. Ale nie mogę cię stąd wyciągnąć, jesteś wiedźmą, i taką pozostaniesz do końca marnych dni swego pogańskiego żywota.

Mołka spojrzała na niego żałośnie i wskazała ręką swój łańcuch. Książę roześmiał się w odpowiedzi i dodał:

– Głupia jesteś, jeśli myślisz, że cię z tego uwolnię. W każdej chwili możesz dostać sznur, więc zachowuj się, jeśli zależy ci na gardle czy na twoich oczach. Poczekam kilka dni, może twoi bogowie coś ci powiedzą.

Małe drzwi zatrzasnęły się za wychodzącym, zostawiając wiedźmę patrzącą przed siebie, jakby książę nadal tu stał.

– Ty niczego tu nie widziałeś! – warknął do strażnika, który natychmiast przytaknął i wrócił do swoich obowiązków.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania