Poprzednie częściRozdział I Rozdział II Rozdział III

Rozdział VIII

Gród był trochę opustoszały, przynajmniej za taki mógł uchodzić. Zabudowania miejskie, pokryte poranną mgłą, były prawie niewidoczne; jeno dachy wystawały, górując nad gęstniejącym powietrzem, sprawiając posępne wrażenie. Kiedy Wszebor wraz ze swoimi ludźmi wjechał do środka i przystanęli przed stajniami, stajenny wyszedł im naprzeciw z goryczą na twarzy. Cały gród martwił się o Włosta. Wszebor poczuł ukłucie zazdrości, kiedy to zrozumiał.

Obym kiedyś również wywoływał rozpacz całego grodu, gdy będę umierał. Śmierć nie była dla niego niczym nowym, ocierał się o nią niemal codziennie. Jednak własny ojciec to co innego. Nie zawsze się zdarza że chłopi tak szczerze ronią łzy po swoim panu. Tak bardzo się w to zapatrzył, że niemal zapomniał, że Włost jest jego ojcem. Przez chwilę był dlań dobrym panem, za którym ludzie będą jeszcze długo tęsknić i wspominać jego władającą rękę.

W kompletnej ciszy Wszebor skinął ręką na Wojciecha i pozostałych, po czym weszli do środka budynku. Mroczna izba wydawała się być przepełniona ludźmi. Wezgłowie łoża było oświetlone kilkoma świecami, trzymanymi przez pogrążone w rozpaczy postacie.

Wszebor rozpoznał wśród nich swojego brata Radosława, jego żonę, a także siostrę Annę i

stryja, pana na gródku nad Odrą, którego ledwo co pamiętał. Podobno miał niegdyś dużo grodów, tylko były bardziej ku północy. Niestety, wszystko potracił w trakcie Brzetysławowej wyprawy, która to poniszczyła i popaliła mu wszystkie wioski i grody, a ludność pouciekała. Ostał mu zatem ten jeden gród, na którym siedział, przeżuwając pamięć o dawnym bogactwie. Był wraz z nim jego syn, Wyszesław.

Stary Włost leżał na łożu i ciężko oddychał; snadź było, że niewiele mu brakuje, by przekroczyć wrota śmierci i udać się do nieznanego. Nerwowo rozglądał się po wszystkich obecnych, co jakiś czas chwytając się z bólem wypisanym na twarzy w okolice prawej piersi.

Wreszcie dojrzał on Wszebora i przywołał go gestem.

– Witaj, synu. – wydusił z siebie staruszek.

Powitany nie odrzekł nic, jeno klęknął przy łożu, trzymając ojcowską rękę i szepcząc modlitwy.

– Nie mamy wiele czasu, Wszeborze. Niezadługo pozostanę jeszcze na tym świecie, a ta rana wciąż boli. Śpieszyć się nam trzeba.

Obecnym zdało się, że stryj Wszebora, a brat Włosta, Wojan postąpił krok naprzód, jakby nie chcąc uronić ani jednego słowa.

– Moje życie dobiega końca. Zdaję się całkowicie na Bożą łaskę. Nim jednak odejdę, najpierw trzeba uporządkować ziemskie sprawy. Wszesławie, zanotujcie ostatnią część testamentu. – mnich, który siedział dotychczas w kącie Sali z pergaminem w dłoni, zbliżył się do umierającego. – Oto Radosław, syn mój pierworodny, posiada Opole i wszystkie ziemie wokół, do których można zajechać w półtora dnia jazdy. Wszebor, drugi mój syn, który posiada gród Głogowski, z chwilą mej śmierci stanie się posiadaczem wszelkich moich ziem, to jest przede wszystkim Wrocławia i wszelkich ziem na południe aż do Radosławowych granic. Na zachodzie jego granica będzie opierać się na Bobrze, a na północy na Prośnie.

Wszebor spodziewał się tejże ojcowskiej decyzji, jednak i tak serce zakołatało mu mocniej w piersi i schylił głowę, słysząc szmer za plecami. Radosław pozwolił sobie na lekki uśmiech, a Wojan przysunął się jeszcze bliżej.

Włost leżał chwilę, oddychając ciężko, po czym podniósł głowę i mówił dalej:

– Zaś brat mój, Wojan, otrzyma przyobiecane mu worki złota i może sobie wybrać dowolnych dziesięcioro ludzi z mojego dworu dla siebie.

Wojan skłonił się pokornie i powoli wycofał się. Twarz jego przez krótką chwilę wyrażała niezadowolenie, jednak szybko zamaskował to, przybierając na niej żal i smutek.

¬– Tak powiedziałem i tak będzie. Amen. – dodał staruszek na sam koniec, po czym opadł na poduszkę.

Nad pogrążoną w mroku izbą zapanowała cisza, przerywana już tylko wielogodzinnymi szeptami żarliwych modlitw i łkaniem.

 

***

 

Bolesław ocknął się. Bolało go całe ciało. Zupełnie, jakby przechodziło przezeń setki sztyletów. Powoli spojrzał w górę. Widząc znajomy sufit, westchnął lekko, czując ból.

Zaczął z trudem przypominać sobie ostatnie wydarzenia, jakie pamiętał. Był na polowaniu i dojrzał wielkiego, ciemnego jelenia z olbrzymim porożem. Taka sztuka może szybko uciec, ścigał go więc długo – pamiętał mijane w szaleńczym pędzie olbrzymie dęby, znaną sobie alejkę, a także sięgające do pasa zaspy śniegu. Tak… tam było mnóstwo śniegu. Upolowałem tego jelenia? Czy uciekł?

Książę usilnie starał się przypomnieć coś jeszcze. Zrezygnował w końcu i postanowił powstać z posłania. Uniósł ostrożnie głowę i próbował przekręcić się na prawy bok. Próba spełzła na niczym – ledwo uniósł brzuch i opadł z powrotem na dół, sięgając po swoje nogi i starając się nie krzyczeć. Boli… Obejrzał prawą nogę – od uda po rzepkę wąskie, acz długie cięcie. Brzuch miał cały posiniaczony i niemal fioletowy, zabarwienie sięgało aż do piersi. Teraz w całości zdał sobie sprawę, jak bardzo był ranny i bliski śmierci zarazem. Czuł ból, jakby go torturowano. Nie był to ból starości – wszak kości miał młode, a żony jeszcze nie pojął. Silny i krzepki, nieraz dowodził swych wojennych wartości, jeszcze za życia ojca. Teraz czuł się, jakby niedźwiedź szarpał mu ciało na strzępy. W środku nadal tliło się życie, nieprzyzwyczajone do takich ograniczeń, gotowe wyskoczyć z łoża i działać.

Przez zmęczony umysł przebiła się wreszcie wizja bandyckiego napadu. Zza ośnieżonych drzew krakowskiej puszczy wyłonili się zbóje. Banda nieokrzesanych i brudnych mężczyzn, niewahających się zaatakować dla łupów swojego prawowitego pana i opiekuna. Nie musieli wiedzieć, że sam Bolesław będzie tędy przejeżdżał, ale ktoś mógł im powiedzieć. Wszystko było możliwe i książę to wiedział.

Podnosząc rękę na pomazańca, sami się na śmierć skazali. Gdy książę upadł, biegnące niedaleko psy zawyły, a las zaszeleścił setkami trzepoczących skrzydeł w odpowiedzi. Niczym wiślana fala z górskich stoków, pojawili się w ślad za psami najpierw ich opiekun, a potem wojowie i inni towarzysze polowania. Cięli, pchali i dobijali, żadnego zbója przy życiu nie ostawiając. Myśleli, ze już za późno, książę bowiem leżał już na ziemi, przygnieciony własnym koniem, trafionym ze zdradzieckiej strzały. Koń zabijał swojego pana, samemu z wolna konając. Bolesław poczuł olbrzymi ciężar na brzuchu i omdlewającymi rękami usiłował zepchnąć z siebie rżącego i zdezorientowanego wierzchowca. Jego ręce ześliznęły się jednak po sierści zwierzęcia, gdy z wolna tracił przytomność.

Tyle Bolesław zdołał sobie przypomnieć. Jak wyszedł z tego żywy – nie miał pojęcia. Któż to zrobił, był to zapewne jeden z tych, co tam byli…

Rozmyślania księcia przerwały otwierane drzwi i jedna z dworzanek patrząca na niego troskliwie.

– Obudziliście się, panie! – zawołała z radością.

– Wezwijcie medyka – wychrypiał książę, odkrywając, że ledwo może mówić – i Przecława, ale prędko! – i odprawił ją gestem dłoni. Ta natychmiast przywołała inną dworzankę do niego i opuściła komnatę. Gdy tylko zniknęła, przez chwilę zastanawiał się, jak długo leżał? Czy były to dni, niedziele, całe księżyce? Czy polowanie trwało dalej? Lud nie mógł głodować w zimie tylko dlatego, że książę w łożu słabował.

Komes przybył szybko, prowadząc za sobą Dziwigora, Lamberta i kilku innych. Spojrzeli na niego, uradowani, że udało mu się ocknąć.

– Witajcie z powrotem wśród żywych, panie! – powiedział radośnie Przecław. – zamartwialiśmy się iście nad waszym losem, biskup wciąż odprawiał msze w kaplicy i wszyscy modlili się o wasze ozdrowienie!

–Powiedzcie, co tam się działo? – zapytał słabo książę, mając na myśli polowanie.

–Zbóje już nic nie powiedzą – stwierdził cicho Dziwigor – chyba że zmarli gadać potrafią, ale nic mi o tym nie wiadomo. Strzała jednego z nich przeszyła waszego konia. Wy, panie, spadliście najpierw, a koń na was.

Zniecierpliwiony książę żachnął się:

– To pamiętam! Pytam, kto mnie ocalił?

– Wszebor, syn wrocławskiego Włosta, siedzi w Głogowie. – pośpieszył z odpowiedzią Lambert.

Bolesław zmrużył oczy, próbując go sobie przypomnieć. Wszebor, który to? W Sandomierzu siedzi stary Gniewomir, na Mazowszu mój brat Władysław, w Gnieźnie biskup, w Lubuszy Więcesław, i zostaje Śląsk ze starym Włostem. Więc to był jego syn? Prawda, teraz pamiętam, prowadził ojcowskie wojska w wyprawie na Węgry, będzie już trzy wiosny temu. Wziął nawet w niewolę kilka wiosek… Tak, to musi być on.

Uspokojony, zapytał z wątłym uśmiechem:

– Jak polowanie potoczyło się dalej?

Dziwigor uśmiechnął się.

– Zależy, jak to rozumieć, panie. – zaczął. – Rabusie są równie zdatni do złowienia jak zwierzyna, głośniej jednak cierpią.

–Powieście zwłoki dla postrachu, przed palatium. Jeśli ktoś przeżył, wypytajcie go, a potem powieście koło jego kompanów

–Niestety, panie. Żaden z tych łotrów nie doznał tej łaski. Nasi wojowie widząc, że z konia spadliście, zaatakowali wroga z waszym imieniem na ustach. Śmierć nie ominęła nikogo, zebrała straszliwe żniwo.

– Któryś zbiegł w las?

– Nie wiadomo, panie. Potyczka skończyła się bardzo szybko. Zapewniam, że wszyscy, których widzieliśmy, czy to chowających się w zaroślach, czy za drzewami, rozstali się z własnymi gardłami.

– Dobrze… Czy oni nadal polują? – to było ważne, ludzie nie mogli głodować zimą.

– Odniesiono cię, panie, na noszach, a łowczy z psami i reszta ludzi podążyli dalej. – odparł Dziwigor, kiwając głową.

– Cóż, niestety nie schwytaliście żadnego zbója. Lochy są niemal puste, ale jest tam i tak sporo osób do osądzenia. – stwierdził gorączkowo Bolesław i ponownie usiłował się podnieść z łoża. – Muszę…wstać i… tam… iść. – wysapał, czerwieniąc się z wysiłku. Łokieć opadł na dół, a wykrzywione dłonie usiłowały złapać któregoś ze stojących za rękę.

– Panie, musicie leżeć. Rany jeszcze się nie zrosły, medyk nie każe ci się ruszać. – zwrócił uwagę Lambert.

Bolesław spojrzał na niego ze złością i opadł na posłanie.

Następne częściRozdział IX

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „świecami, które trzymały pogrążone w rozpaczy postacie”
    Świecami, trzymanymi przez – inaczej wychodzi na to, ze to świece trzymały kogoś
    „powoli wycofał do tyłu.”
    Masło maślane, nie można się wycofać do przodu
    „się – ledwo uniósł trzęsący się brzuch, opadł z powrotem na dół, chwytając się za nogi i starając się nie krzyczeć. Co się”
    5 x się
    „Jego ręce ześliznęły się jednak po jego”
    2 x jego oba zbędne

    Nadal ignorujesz zasady pisania dialogów.

    W treści jest ok., pojawiają się nowe konflikty i sojusze, więc można z tego utkać zgrabną sieć intryg.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania