Poprzednie częściRozdział I Rozdział II Rozdział III

Rozdział VII

Wszebor przedzierał się przez las. Wiedział, że pozostało mu już niewiele czasu. Ojciec czuł, że oto nadeszła pora odejść z tego świata i posłał po rodzinę, aby się z nimi pożegnać. Od dłuższego czasu dokuczały mu coraz bardziej rany, nabyte w młodości. Szczególnie jedna mocno się dawała we znaki, była to rana sięgająca od prawej piersi po pachę – szeroka, głęboka i długo się nie goiła. Wszebor spodziewał się, że ojcowska męka długo nie potrwa.

Obejrzał się na swoich towarzyszy. Wyruszył ze swojego Głogowa ledwo o zmierzchu ubiegłego dnia, zebrawszy naprędce ludzi do orszaku. Jechali całą noc i niemal cały dzień, pragnąc stanąć we Wrocławiu przed zmierzchem.

Gdy oto późne popołudnie jęło się szarzeć, a na niebo wychodził księżyc, pochód przystanął. Wszebor stwierdził, że niepodobna nocą jeździć po lesie z tyloma ludźmi. Bardzo zależało mu na pożegnaniu się z ojcem przed śmiercią, ale cenił życie własnych ludzi, tak jak wiedział o zajadłości tutejszych bandytów, którzy podróżników na zmęczonych koniach mogli ograbić z łatwością. Nie mógł pozwolić sobie na stratę ludzi.

– Zanocujemy tutaj. – zarządził.

Zmęczeni długą jazdą szybko zsiedli z koni i przeszli się dookoła, rozprostowując kości. Kilku pachołków nazbierało chrustu i rozpalili ognisko pośrodku polany. Spętano konie i niemal wszyscy pokładli się, czekając świtu.

Wszebor objął pierwszą straż, nie mogąc zasnąć. Poganiał w myślach księżyc, by zszedł na spoczynek jak najszybciej. Pilno mu było ojca ujrzeć. Powstał i obszedł polanę naokoło. Miejsce, gdzie nocowali, znajdowało się w niewielkiej kotlinie, porośniętej na brzegach krzakami i niewielkimi drzewkami. Nie spodziewał się zasadzki, ale te rośliny stanowiły dobrą osłonę dla wroga.

Na szczęście nie było tam nikogo. Całkowita cisza. Zawrócił i spojrzał na swoich śpiących towarzyszy. Na samym brzegu spał Wojciech, jego wieloletnia prawa ręka. Wszebor nie miał odeń wierniejszego przyjaciela. Odkąd pamiętał, zawsze byli razem. Ciężko mu było przypomnieć sobie, kiedy się poznali, wiele lat temu. Żył jeszcze wtedy poprzedni książę, Kazimierz, a jego syn Bolesław był jeszcze pacholęciem. Ojciec Wszebora, stary Włost, pomagał księciu w zaprowadzeniu porządku na swoich ziemiach po powrocie z wygnania. Ciężkie to były czasy, kiedy chrześcijańskie kościoły zostały obalone, a miast nich panował Światowid o wielu twarzach. W dawnej gnieźnieńskiej katedrze zagnieździła się cała wataha wilków, które to przetrzebiła Włostowa armia. Chłopi do lasów pouciekali, czując się tam bezpieczniejszym niźli we własnych domach. Część z nich pobrała ze sobą posążki starych bogów, by im w spokojnej leśnej kniei oddawać pokłony.

Księciu Kazimierzowi niewielu chciało pomóc w zaprowadzeniu na nowo porządku. Sam początkowo bał się o swoje życie. Jedynie Awdańce pozostali mu wierni i pomogli mu Kraków odzyskać, nieomal niezniszczony, z rąk Starżów, starego wiślańskiego rodu. Włost zdołał utrzymać jako taki porządek na swoich najbliższych ziemiach a potem dopomógł również księciu, posyłając mu oddziały na wojnę ze zbuntowanym, pogańskim Mazowszem, które do końca trzymało się przy starej wierze. Były to siły niewystarczające i książę poprosił jeszcze o pomoc ruskiego księcia Jarosława, pobrawszy jego siostrę, Marię Dobroniegę, za żonę. W końcu udało się pokonać wroga i wdzięczny Kazimierz zezwolił Włostowi, by zostawił przy sobie zniszczone ziemie, które odzyskał z rąk wrogów, a było jej sporo. Prócz Wrocławia, Włost zdobył także Opole i większość grodów wzdłuż Odry, aż do czeskiej puszczy dochodząc. Swoim wiernym wojom wsie porozdawał, gdzie indziej starych władyków przy władzy zostawił i życie znowuż zaczęło biec spokojnym torem.

Kiedy tylko Wszebor dorósł do lat męskich, ojciec dał mu Głogów i odtąd syn tam siedział, rozważnie władając swoim grodem, zyskując uznanie w oczach poddanych. Tam też poznał Wojciecha i dostrzegłszy jego umiejętności, mianował go swoim doradcą i powiernikiem. Przede wszystkim jednak był mu przyjacielem.

Obok Wojciecha leżał Suł, łowczy. Był wysoki i chudy, a szary, powoli siwiejący zarost dodawał mu powagi. Wyłysiał dość wcześnie i została mu jeno broda, długa na dłoń, po której rozpoznawały go wszystkie psy. Jako jego ojciec był łowczym, tak i on przyuczył się do tego zawodu i szybko prześcignął wszystkich. Psy jadły mu z ręki, a on je wszystkie ubóstwiał. Znał każdego z imienia, wiedział, co każdemu z nich dolega i co lubi. Kiedy Wszebor wyjeżdżał z nim na polowanie, psy reagowały na każde skinienie Suła. Dziwowali się temu wszyscy i skrycie go podziwiali. Chodziły po grodzie plotki, iż ze zwierzętami rozmawiać potrafi i dlatego go tak słuchają. Suł nic sobie z tego nie robił. Wszebor wziął go ze sobą po jego usilnych prośbach, że chce zobaczyć starego Włosta przed śmiercią.

Dalej leżał dowódca oddziału wraz ze swoimi wojami i kilku mnichów. Po drodze do podróżujących przyłączyło się także kilku kupców i oddział drużyny książęcej, zdążający do Krakowa. Wszebor dowiedział się od nich, że wracali z granicznej potyczki z Pomorzanami.

– Niepokój, panie. – narzekał jeden z wojów. – Niepokój. Poganie byli cicho parę lat, teraz znów podnieśli łby i napadają na grody po naszej stronie Noteci.

Wszebor przytakiwał ze zrozumieniem, sam pogrążony w rozmyślaniach o swoim ojcu i swojej rodzinie. Czy zjawią się wszyscy? Bądź co bądź, na pewno zjawi się stryj Wojan, tego Wszebor był pewny. Staruszek nie odpuściłby okazji, żeby się dowiedzieć, co też po starszym bracie odziedziczy. Na pewno też chciał się z nim zobaczyć i porozmawiać, bardzo szanował Włosta i słuchał jego rad. Razem przetrwali bunt pogański i zżyli się przez ten czas. Wszebor miał wrażenie, że chociaż Wojan poważał swojego brata, nie przepada za jego młodszym synem. Ilekroć spotkali się we Wrocławiu, zawsze omijał go wzrokiem i nie rozmawiał z nim. Jeśli jednak do tego doszło, zbywał go kilkoma słówkami.

To nie był jedyny powód do niepokoju. Po owej bitwie, stoczonej przed kilku tygodniami, nadal się nie otrząsnął. Wciąż to pamiętał. W pamięci przeskakiwały mu kolejne wydarzenia tamtego popołudnia.

Książę Bolesław zorganizował wtedy polowanie. Ciężkimi krokami zbliżała się zima i był to ostatni czas, by zebrać zapasy. Zebrano ludzi, wyciągnięto psy i konie i zabrzmiały trąbki. Wszebor znajdował się w Krakowie, więc z chęcią przyłączył się do polowania. Prócz niego był tam też Wojciech i niewielki oddział głogowski. Nie miało to większego znaczenia, nie obawiano się niczego, była to puszcza pod samym Krakowem, w każdej chwili z grodu mogły nadejść posiłki.

Martwe liście tworzyły różnokolorowe wzory, zmieniając las w naturalny dywan. Wszebor widział kiedyś taki u księcia w jednej z komnat. Piękna rzecz, ale zbyt droga. Można ją było sprowadzić jedynie poprzez greckich kupców z Bizancjum, lub liczyć na szczęście, że zrabowali to Wikingowie i gdzieś sprzedają.

Pierwszego dnia upolowano dorodnego dzika. Była to naprawdę udana zdobycz, zabita przez jednego z gości. Bolesław żałował, że to nie był on. Część dzika upieczono na kolację, a resztę posłano do grodu, do kuchni. Drugi i trzeci dzień nie był już taki owocny. Kiedy ludzie byli już zniechęceni, Wszebor wypatrzył i ubił dużego jelenia. Wkrótce potem książę znalazł następnego, o wiele większego. Pachołkowie roznieśli plotkę, że miał złote poroża i był większy od dużego dzika. Krew zawrzała w Bolesławie pomimo dotkliwego chłodu. Natychmiast ruszył za jeleniem samotnie, po chwili przyłączyli się do niego Wszebor i jego oddział. Razem ganiali za zwierzyną po całej kniei, gubiąc trop co chwila i żałując, że nie wzięli więcej psów..

Kiedy nastał wieczór i koniom leciała już piana z pyska z wycieńczenia, książę zarządził postój, ku radości całego oddziału, który miał już serdecznie dość długiej pogoni. Nie wiedzieli kompletnie, do jakiej części puszczy zawędrowali, rozpalili więc ogniska, by reszta polujących szybko ich odnalazła. Powoli czekali świtu, rozstawiwszy dookoła czaty.

Rano wciąż nie było widać nikogo, nadal byli sami. Chcąc nie chcąc, powstali ze swoich miejsc i ruszyli dalej. Książę pieklił się nad utratą zdobyczy, ale gdy nastało południe, zaniepokoił się brakiem ludzkich śladów. Wtedy to ujrzał jelenia ponownie. Wielki i majestatyczny, ze spokojem wpatrywał się w grupę ludzi, żując trawę. Bolesław chwycił łuk od Wojciecha i wycelował. Dłoń mu zadrżała i strzała trafiła w krzak opodal głowy zwierzęcia. Nie minęła chwila, a jelenia już nie było.

Zaklęli i rzucili się w pogoń. Krzaki, pokrzywy, i ciernie. Nim Bolesław wyprzedził swoich, nogi jego konia były poorane i zakrwawione. To jednak nie było najgorsze, bo nagle zza krzaków wystrzeliła obca strzała i chybiła o włos szyję konia. Ranne zwierzę zarżało i gwałtownie się zatrzymało, niemal zrzucając jeźdźca. Ze dwudziestu zbójów wyskoczyło zza zwalonych pni i natarło na niewielki oddział.

Wszebor wdał się w walkę z dwoma naraz. Jednego przebiwszy ostrzem, drugiego chwycił za bary i uderzył jego głową o kłodę na ziemi. Trzeci właśnie szykował się na zdradziecki atak zza pleców, ale wtem strzała przeszyła mu rękę. Wszebor usłyszał świst i szybko odwrócił się. Zbój upadł na kolana, usiłując wyciągnąć strzałę z ręki. Jego twarz wyglądała żałośnie, kiedy zapomniał o całym świecie i usiłował usunąć grot. Wszebor zauważył, ze był dosyć młody, żadna blizna nie ozdobiła jego twarzy. Nie miał jednak dla niego litości, tu chodziło o życie jego, jego ludzi i księcia. Ciął młodzieńca po piersi, a ten upadł, nie usiłując się już podnieść.

Rozejrzał się. Potyczka trwała w najlepsze, walczono wszędzie o życie w kilkuosobowych pojedynkach. Bolesław wściekle wymachiwał mieczem, a sterta wrogów leżących opodal kopyt jego konia rosła. Nie schodził z niego, łatwiej walczyło mu się wierzchem. Nagle koń zachwiał się, a w jego boku utkwiła strzała, a po chwili druga. Rumak oszalał i biegał wokoło, a książę usiłował nad nim zapanować. Nie bacząc gdzie biegnie, zadeptał kopytami kilka osób, po czym stanął dęba i zrzucił jeźdźca. Bolesław poczuł oszałamiający ból w nogach, kiedy lądował obok trupów. Po chwili opadło na niego ciało dogorywającego konia.

Wszebor zauważył to w ostatniej chwili. Nawet nie wiedział, kiedy podbiegł do niego i ściągnął z księcia drgające jeszcze ciało masywnego zwierzęcia. Widząc pianę toczoną z pyska, dobił zwierzę, żeby dłużej nie cierpiało. Przerzucił kilka kolejnych ciał, chcąc odkryć wreszcie twarz władcy, aż w końcu ujrzał jego blade, nieprzytomne oblicze. Wyciągnął go ostrożnie, a książę zamknął oczy. Odbiegł kawałek od miejsca walki i położył go pod drzewem.

– Ludzie! – zaczął krzyczeć. – Ludzie!

Na polu walki pozostało już niewielu przeciwników. Z lewej strony biegł właśnie na niego jakiś tarczownik, który uderzył go mocno tarczą w głowę i wbił swe ostrze pod jego pachą. Wszebor upadając na kolana, zauważył kolejny zbliżający się cios, lecz w tym momencie wróg zachwiał się i upadł. Zza jego upadających na ziemię pleców wychynęła rozradowana twarz Wojciecha z zakrwawionym toporem w dłoni.

Wszebor otrząsnął się i przyłożył dłoń do rany. Bolało straszliwie. Jęknął, po czym przypomniał sobie o księciu.

– Tam, za drzewami… – powiedział z trudem – leży książę… ranny… biegnij…– po czym upadł, nie mogąc się ruszyć ze zmęczenia.

Zamglonym wzrokiem dojrzał jeszcze biegnącego woja.

Kiedy się ocknął, było już po wszystkim. Zjawiła się reszta polujących i szybko zajęto się księciem, wysyłając go do grodu, gdzie zajął się nim medyk. Kiedy Wszebor wracał do swojego Głogowa, książę nadal był nieprzytomny. Biskup Lambert odprawiał cały dniami mszę za mszą w intencji jego zdrowia, a wierni poddani wciąż się modlili.

Teraz zaś ojciec umiera, pomyślał Wszebor. Musi to kara Boska być.

Otrząsnął się odruchowo z rozmyślania o przeszłości. Obudził Wojciecha, który stanął na następnej warcie, a sam położył się spać. Pomimo obaw, nic się tej nocy nie zdarzyło.

Następne częściRozdział VIII Rozdział IX

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Rozdział jest ok, tylko zaczyna mi zgrzytać kompozycja całości. Najpierw był długi fragment o Strzałku - ok, potem zmieniłeś na dwór księcia Bolesława - też ok. Ale ten rozdział jest jakby trzecim wątkiem. Jeśli mają być trzy wątki (lub więcej) to raczej należałoby je przeplatać w równych proporcjach.
  • Mateusz0090 2 miesiące temu
    Masz rację, jest tu kilka wątków, całość mam w większości już zapisaną. Wątki Wszebora i Bolesława toczą się dalej i przeplatają się wzajemnie, a dalsze rozdziały Strzałki planuje napisać w następnym tomie (jego wątek był takim jakby prologiem do całości). Co o tym sądzisz?
    Dzięki za komentarz :)
  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    Nie, to nie najlepszy pomysł. Prolog, który ma pięć rozdziałów? Za dużo. Od długiego czasu głównym bohaterem jest Strzałek, który nagle nam znika. To powoduje zamieszanie i trochę chaos, powiem szczerze spodziewałem się, że w tym rozdziale Wszebor Strzałka gdzieś w lesie spotka. Sam sobie utrudniasz robotę, żeby teraz przekonać czytelnika, ze Bolesław i Wszebor też są głównymi postaciami. To nie wyjdzie naturalnie, to jakbym zaczynał czytać nową powieść z nowymi bohaterami głównymi.

    Jeśli nie zrobiłeś sobie konspektu wcześniej, to już trudno, pisz dalej jak leci, ale końcowy efekt będzie wymagał ułożenia od nowa, tak żeby zachować proporcje. To już tylko przeplatanie rozdziałów, więc nic skomplikowanego. Czytając Twój komentarz już się nie zgubię, ale musisz liczyć na to że inni też doczytają uwagi.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania