Poprzednie częściRozdział I Rozdział II Rozdział III

Rozdział V

– Chodź ze mną, tylko cicho!

– Dobrze.

Strzałek i Cicha przedarli się przez swoją dzielnicę i skierowali się ku środkowi miasta. Oboje mieli już dość Brunona. Kiedy tylko doniósł biskupowi o kielichu, stał się nieomal jego pupilkiem. Wykorzystywał to jak tylko mógł, śledząc ich wszelakie poczynania godzinami i donosząc skwapliwie o tych najgorszych. Biskup wychwalał go pod niebiosa, a Strzałka zrównywał z ziemią. Wraz z dziewczyną doszli do wniosku, że tak dalej być nie może. Ona widziała, że niszczy mu powoli życie i nie mogła się z tym pogodzić. Pierwsza zaproponowała, że któregoś dnia skryje się na dnie jakiegoś wozu kupieckiego i wyjedzie stąd jak najdalej. Może gdzieś tam jej życie potoczy się lepiej. Wspominała, że najlepiej byłoby wrócić do domu, ale już go nie pamiętała. Odkąd sięgała pamięcią, znała tylko ulice Magdeburga, czasem jedynie przebija się w pamięci jakaś drewniana chata i to wszystko.

Tego wieczoru Strzałek podarował jej chleb i postanowił podprowadzić do domu kupca, o którym wiedzieli, że skoro świt wyjeżdża na wschód, do dalekiej Lubuszy. Mieszkał nieopodal placu targowego, więc mieli blisko ale śpieszyli się chcąc zdążyć przed zmierzchem, który niedługo już miał się pojawić.

Prowadziła Cicha. Znała wszelkie zakamarki miasta, w tym chyba wszystkie ulice, uliczki, zakamarki i kramy. Strzałek pomyślał, że to trochę dziwne – zna całe miasto, ale przez długi czas nie miała gdzie spać. Opowiadała mu, że bała się do kogokolwiek odezwać, od dawna nie mówiła więcej jak kilka słów. Obawiała się nawet, że zapomniała, jak się mówi. Teraz, po kilku ostatnich tygodniach zaczynała mówić coraz płynniej, a Strzałek coraz lepiej mówił po niemiecku.

Kiedy dotarli na plac targowy, słońce wydawało ostatnie błyski, ale było jeszcze na tyle widno, by dojść na miejsce i wrócić. Kramy były puste, ludzi także nie było. Gdzieś tam błąkał się pies i szczekał radośnie, znalazłszy jakąś kość. Wzdłuż ulicy rozłożyli się do spania żebracy, którzy nie mieli innego wyjścia. Po częstokroć pewnie budzili się w deszczu, pomyślał Strzałek. Minęli klasztor i właśnie wtedy wpadł mu do głowy pewien pomysł.

– Posłuchaj! Schowaj się w ogrodzie pod jakimś krzakiem, a gdy zacznie się robić widno, wskoczysz do tego wozu o tam! – wskazał palcem następną uliczkę. – To nie będzie trudne, a mniejsza szansa, że cię odkryją!

Cicha zastanowiła się chwilę, i pokręciła głową.

– Nie chcę. – odpowiedziała po prostu.

– Czemu?

– Nie chcę i już.

– Uparta jesteś. – westchnął. – Chodźmy.

Skierowali się wzdłuż dłuższej ściany klasztoru do celu. Nagle usłyszeli krzyki. O, nie, pomyślał Strzałek. Tylko nie oni.

– Tam są! – rozległ się głos od strony placu.

– Śledzili nas! – jęknął chłopiec i pociągnął ją za sobą. Byle dalej, byle szybciej.

– Rozdzielmy się! – krzyknęła. – Biegnij do klasztoru, a ja do tego wozu, ciężej będzie nas znaleźć!

Strzałek nie był pewien, czy to najlepszy pomysł, ale kiwnął głową.

Wyhamował i odwrócił się na pięcie, biegnąc w drugą stronę, wzdłuż ściany klasztoru. Kolejne okna, okna, kolumna, wreszcie drzwi! Pchnął prędko i znalazł się w środku. Teraz dopiero zorientował się, że wszedł do środka od strony kościoła. Szerokie ławki rozstawione były wzdłuż całej drogi aż do ołtarza. Patrzył przez chwilę z podziwem na rzeźbione postacie, i schował się pod ławką. Po chwili zmienił zdanie i pobiegł w kierunku ołtarza, sądząc że schowa się za nim. Wtedy nagle otworzyły się drzwi od zakrystii i wybiegły trzy osoby, w tym sam Brunon.

– Tu jest! Łapać go!

Strzałek dał susa nad stolikiem i pomknął w stronę wyjścia. Brunon chwycił kamień i rzucił w niego, trafiając go w łopatkę. Chłopiec przewrócił się, obijając kolana i macając plecy. Zerwał się szybko z sercem przy gardle. Już są blisko! Kolejny kamień trafił go w ramię, a trzeci prześliznął się po stopie. Dotarł z powrotem do wrót wyjściowych i szarpnął mocno. Okazały się zamknięte. Obejrzał się z rozpaczą, szukając innej drogi. Ach tak! Jest przecież zakrystia!

Popędził w ich stronę, nie dbając już o nic. Wyminął całą grupę za ławkami i pobiegł lewą nawą. Niestety, przy ołtarzu osaczyli go wszyscy trzej. Rąbnął Brunona w nos, jednak drugi z nich przewrócił go na plecy. Chłopiec był bezsilny, kiedy napastnicy zaczęli się śmiać i związali go. Poczuł mróz strachu na plecach. To już nie były dziecinne zabawy, oni go wiązali!

Po związaniu rąk, przywiązali go do kolumny i kazali patrzeć. Dwóch łotrów stało po obu jego dwóch stronach a Brunon poszedł do zakrystii po kielich.

– Widzisz to? To jest ten kielich, który zrobiłeś!

Strzałek spuścił oczy, nie chcąc na nic patrzeć.

Brunon pochylił lekko kielich, ukazując, że w środku jest komunia. Jego towarzysze cofnęli się nabożnie o krok.

– Wykradłem go z zakrystii. Często mnisi zasypiają w środku i zostawiają drzwi otwarte. Tym lepiej dla nas. – wyjaśnił, po czym bezceremonialnie zaczął rozrzucać komunię po całym ołtarzu.

Strzałek poczuł gęsią skórkę. Po co on to robił? Kto to będzie sprzątać?

Po chwili położył klucz i kielich na ołtarzu.

– Chodźcie, chłopaki. To wszystko. Żegnaj, poganinie! – prychnął Brunon i pozostawił Strzałkę związanego z rozsypaną komunią na ołtarzu.

Jeżeli jakikolwiek mnich tu wejdzie bądź sam biskup, obedrą mnie żywcem ze skóry i powieszą, przecież to jest ich świętość, zdał sobie sprawę Strzałek ze złością i usiłował rozplątać supeł. Niestety, nic z tego. Na szczęście jedno ramię nie było uszkodzone przez kamienie i swobodnie nim poruszał. Przysunął się trochę bliżej i przegryzł węzeł. Nie było to trudne, Brunon nie znał się zbytnio na wiązaniach. Szybko rozsupłał też więzy u nóg i odskoczył od kolumny. Teraz dopiero przyjrzał się owej tajemniczej komunii. Białawe płatki, przypominające cienki chleb, walały się dookoła. Nie wiedział do końca, o co w tym chodzi, ale bał się tu zostać choćby chwilę dłużej. Zrobił kilka kroków w stronę ławek i nogi poczęły mu się trząść. Uderzył kolanami o posadzkę.

Oni mnie tu zabiją. Te chrześcijany mnie tu zabiją, Światowidzie, pomóż mi! Coraz bardziej rozumiał, w co się wplątał. Pamiętał też, że drzwi zostały zamknięte. Zrobił to Brunon albo mnisi. Jeśli Brunon, to dobrze, bo on już wyszedł, ale jeżeli był to któryś zakonnik… Przełknął ślinę. To oznacza, że świątynia została zamknięta aż do rana.

W końcu powstał na nogi i z trudem dowlókł się z ołtarza do ławek, a potem ruszył wzdłuż nawy do drzwi, powziąwszy mocny zamiar skopania ich jak tylko będzie mógł, byle się stąd wydostać. Ciężkie dębowe drzwi ani myślały poddać się młodemu chłopcu, który robił co mógł. Bał się wszcząć większego hałasu, toteż usiadł na jednej z ławek i ciężko dyszał.

Strzałek z rozpaczą rozejrzał się bystro jeszcze raz po całym budynku i przypomniał sobie drzwi do zakrystii, może tamtędy da się jakoś wyjść, tamci przecież tak tu przyszli. Podszedł do ołtarza i znów zobaczył białe płatki na podłodze, co ponownie napełniło go nieopisanym strachem. To nie może tak tu leżeć! Jeśli nie uda mi się wyjść, a tej komunii tu nie będzie, to może wyjdę z tego żywy, co najwyżej chłostę dostanę… Odszukał wzrokiem kielich i postawił go na ziemi, po czym niezdarnie dotknął palcami pierwszego z brzegu płatka. Nic się nie stało, żaden diabeł nie spalił go, ani Bóg chrześcijański nie pokarał go w żaden inny sposób. To dodało mu otuchy i powoli zbierał płatki z powrotem do kielicha, śpiesząc się jak tylko mógł. Było ich dużo, poukrywane po całym ołtarzu, za nim i pod nim, przy świecach, na księdze i na całej podłodze. Strzałek zupełnie dziwował się Brunonowi – po co to zrobił? Nie bał się pomsty swojego Boga? Albo tak bardzo chciał mnie zniszczyć, że nie dbał o to? Nie, to niemożliwe.

Skołatane serce chłopca powoli się uspokajało, w miarę ciszy dookoła. Nie było słychać żywej duszy, a za oknami zrobiło się już niemal ciemno. W całym kościele także zapanowały ciemności, jedynie ołtarz był oświetlony jedną świecą i pochodnią, którą zostawił Brunon. Cień padał wprost na ołtarz, robiąc piorunujące wrażenie, ale Strzałek nie dbał o to. Zbierał płatki coraz szybciej. W pewnym momencie pomyślał, czy by nie przerwać tego i szukać wyjścia, ale wątpił, by jakiekolwiek drzwi były otwarte. Tak, trzeba to wszystko zebrać z podłogi.

Być może dlatego nie usłyszał szumu kroków za drzwiami, delikatnego hałasu, a potem otwieranych drzwi. Dopiero przy tym ostatnim podniósł głowę i spojrzał uważnie, zmrużonymi oczami.

W drzwiach stanął zakonnik w rozmymłanej białej koszuli i ze świecą w ręku. Wyglądał na świeżo obudzonego i tak się też zachowywał, ziewając szeroko. Kiedy jednak zobaczył na ziemi małego chłopca, obok niego kielich i komunię rozrzuconą po ołtarzu, otworzył szeroko oczy. To się nie mieściło w głowie, początkowo myślał, że nadal śpi.

Strzałek z kolei ze strachu nie mógł się ruszyć. Klęczał dalej na podłodze, uporczywie patrząc w biały płatek leżący w dłoni i czekając, co się stanie. Strach sparaliżował go całkowicie, nawet się nie odezwał. Zdążył tylko pomyśleć: już po mnie.

Zakonnik postanowił się upewnić, co się dzieje, i czy może sam szatan nie zesłał nań jakiś omamów. Musiał wiedzieć. Podszedł ostrożnie do sparaliżowanego chłopca, jeszcze z wolna przecierając dla pewności oczy. Pochylił się i delikatnie chwycił jeden płatek komunii. Wydawała się prawdziwa. Gniew wybuchnął z całą siłą i rósł nadal.

– Coś ty tu zrobił? – wrzasnął, jąkając się z wściekłości.

Strzałek nie odpowiedział.

– Czemu Komunia Święta leży na ziemi jak jakiś śmieć!? – te słowa dodały siły i pewności zakonnikowi. Chwycił jakiś kij spod ściany i zaczął go uderzać po plecach. Za trzecim razem chłopiec zwinnie wywinął się od ciosu i wstał, odsuwając się trochę.

– Przepraszam, panie, ja nie chciałem… – to były pierwsze słowa, jakie zdołały przejść mu przez gardło. Nie zdołał powiedzieć więcej, bo mnich natychmiast mu przerwał:

– Jak to nie chciałeś? Po co to zrobiłeś, skoro nie chciałeś? Ty poganinie! Pomiocie Szatana! Bluźnierco! Świętokradco! Ty..! Ty mały…! – Zakonnik chwycił go za koszulę i znów zaczął bić go po plecach, wyzywając go przy tym jak się dało, póki wyczerpanie nie zaczęło zastępować gniewu.

–Jesteś…. Jesteś samym Szatanem! Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego! – zaczął sapać z wysiłku. – Już teraz jesteś przeklęty na wieki! Pójdziesz wprost na dno piekła! Będziesz cierpiał wieczne męki!

Strzałek bał się coraz bardziej i ledwo wstrzymywał łzy. Bolało go całe ciało, choć przede wszystkim plecy.

– To nie ja… – zdołał zaprzeczyć słabym głosem.

– Kłamca! – uderzył go w głowę. – Któż by inny? Tylko ty tu jesteś!

Nagle zakonnik zmienił zdanie. Odrzucił kij i podniósł go.

– Zaprowadzę cię do biskupa. Niech cię od razu oskarży i powiesi! Tak będzie lepiej dla nas wszystkich, dla całego miasta! – wydyszał, chwytając go mocno za dłonie i szarpiąc bezceremonialnie w kierunku drzwi.

Nie, tylko nie do biskupa! Zdążył pomyśleć chłopiec i natychmiast wyrwał się ze spoconych dłoni rozeźlonego mnicha. Nie trzymał go mocno, nie spodziewając się oporu.

Przez chwilę oboje stali zdumieni. Oboje z tego samego powodu.

Strzałek pierwszy wykorzystał sytuację, ominął go dookoła i dał nura za drzwi zakrystii. Zamknął je szybko i przystawił do nich najbliższe krzesło. Dopiero wtedy rozejrzał się po pomieszczeniu.

Stała tam jedna skrzynia, pełna strojów kapłańskich i druga w której mieściły się kielichy, krzyże i świece. Obok stał też stół, na którym leżała jedna świeca oraz wielka książka – Strzałek domyślał się, że to mogła być ta słynna Biblia – i jakieś pergaminy z kleksami. Chwycił świecę i zapalił. Po drugiej stronie szafy znalazł kolejne drzwi, które, niewiele myśląc, od razu otworzył. Przebiegł jakiś pusty korytarz z kilkoma drzwiami po obu stronach i wybrał te na samym końcu. Znalazł się na zewnątrz, w zupełnych ciemnościach, rozświetlonych lichym światłem świecy.

Przystanął, żeby odpocząć. Plecy parzyły go żywym ogniem, ramiona miał obite przez kamienie, a nogi się chwiały. Wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Co robić? Bał się teraz wrócić do chaty kowala. Z nastaniem ranka Egbert zacznie go szukać i szybko dowie się od zakonników co zaszło. W południe pół miasta będzie o tym rozprawiać – wiedział, jak szybko roznoszą się tu plotki. Zaczną się poszukiwania, więc nawet gdyby ukrył się gdzieś na ulicach, jak Cicha, szybko by go znaleźli. Pozostało opuścić Magdeburg, i to jak najszybciej. Strzałek był przerażony samą tą myślą. Żył tu przez kilka miesięcy, zdążył się już zadomowić, poznać ulice i ludzi, a w ciągu jednej nocy został wyrzutkiem. Nie mógł tu jednak pozostać. Będą go szukali wszędzie.

Największym problemem było - jak wydostać się poza bramy miasta?

Była noc, a zatem bramy zamknięte. Z obolałym ciałem nie wespnie się po murze, to głupie. Strażnik by go zresztą zaraz odstrzelił z łuku. Zaraz! Przecież Cicha ucieka w wozie do jakiegoś miasta daleko stąd! Odjeżdża o świcie, zdążę tam przyjść i schować się wraz z nią!

Puścił się ściany, o którą dotąd się opierał. Ruszył biegiem, chwiejąc się i zataczając. Ominął klasztor i skierował się na plac targowy, a potem pod dom kupca. Po drodze wielokrotnie przystawał, dysząc ciężko, ale strach przed pogonią dodawał mu sił. Ten zakonnik pewnie już się stamtąd wydostał i powiadomił wszystkich. Lada moment zagrzmią głosy na ulicach i nie będzie ratunku. Gdzie ten przeklęty wóz?

Obiegł domostwo dookoła, aż go odnalazł. Drewniany, przykryty płachtą. Obok niego siedziała Cicha, skuliwszy nogi.

– Co ty tu robisz? – zapytała. – Już wszystko w porządku, oni pobiegli gdzie indziej.

Runął na trawę, uspokojony, czując się wreszcie bezpiecznie. Tu nikt go nie będzie szukał.

– Co ja robię? – odpowiedział pytaniem. – Uciekam wraz z tobą.

Wytrzeszczyła oczy.

– Mamy całą noc, zdążę ci wszystko opowiedzieć. – odparł, po czym wykrzywił się z bólu i sięgnął ręką do tyłu na oślep. – Moje plecy…

Kiedy Cicha zobaczyła jego plecy, powiedziała, że nie może w tym stanie jechać. Przez kilka tygodni będą musieli ukrywać się w wozie, bądź pod nim. Będą musieli martwić się o to, by ich nie wykryto, nie będzie nawet czasu na jedzenie. Jechać tak poranionym i wyczerpanym?

Stanęło na tym, że Strzałek obmył plecy w rzece i wyczyścił swoje rany. Zabrał także kilka jabłek i schował je za pazuchę. Miały starczyć na pierwszych kilka dni. Skradzioną świecę porzucił w trawie pod klasztorem.

Ranek zastał ich na bezkresnym gościńcu, prowadzącym na wschód. Tymczasem w mieście poszukiwania zaginionego chłopca trwały cały ranek. Biskup zgrzytał zębami nad grzesznymi poganami i wygłosił kazanie, w którym nakazał wszystkim zapamiętać tą nauczkę i każdego poganina trzymać krótko, a najlepiej ochrzcić i trzymać krótko.

Po kilku dniach Werner ogłosił poprzez herolda, że Strzałek został objęty ekskomuniką, a wyroby jego i Egberta są przeklęte. Przez pewien czas kowala podejrzewano nawet o współpracę z diabłem. Jako najważniejsze dowody podawano, że normalne wyroby z żelaza tak szybko się nie łamią, szczególnie krzyże, które są poświęcone. Diabeł musiał je zatem osłabić. Komunia, którą miał Strzałek złośliwie wysypać na ziemię i podeptać ku czci diabła, nie mogła przebywać zbyt długo w przeklętym kielichu. Sam Bóg był pod postacią komunii i nie mógł na to pozwolić. Prostym traktatem zakazano wobec tego sprzedaży wyrobów kowala, zarówno przez duchownych, jak i książąt Rzeszy i wszelkich innych. Kuźnię postanowiono spalić, ponieważ długi czas mieszkał tam ten naznaczony klątwą chłopiec. Kowal został żebrakiem z dnia na dzień. Próbował do ostatniego dnia kuć miecze, ale nie miał komu ich sprzedać. W końcu zgłosił się do niego jakiś najemnik i wykupił większość za jednym zamachem.

Rozesłano gońców do ważniejszych miast Cesarstwa, aby pilnowali bram i nie wpuszczali żadnego chłopca o takim a takim wyglądzie. Wieść o szatańskim wybryku młodego poganina roznosiła się coraz dalej i dalej, podczas gdy wóz kupiecki toczył się powoli i spokojnie po gościńcu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    „Ona widziała, że niszczy mu powoli”
    Ale kto niszczył życie Strzałka? Brunon czy Cicha? Tak napisane, ze obie wersje pasują
    „lepiej. Wspominała, że najlepiej byłoby wrócić do domu, ale już go nie pamiętała. Odkąd sięgała pamięcią, znała tylko ulice Magdeburga, czasem jedynie przebija się w pamięci”
    Lepiej – najlepiej, pamiętała – pamięcią - pamięci –powtórki
    „było jeszcze na tyle widno, by dojść na miejsce i wrócić. Kramy były puste, ludzi także nie było”
    3 x było
    „wozu o tam! – wskazał”
    Wskazał – nie dotyczy wypowiedzi więc wielką literą
    „Nie chcę. – odpowiedziała po prostu.”
    Kropka zbędna
    „Uparta jesteś. – westchnął.”
    Kropka zbędna
    Zasady pisania dialogów, znowu i wciąż.
    „w niego, trafiając go”
    Niego lub go – oba to za dużo
    „wiązali!
    Po związaniu rąk, przywiązali „
    Wiązali – związaniu – przywiązali – poszukaj synonimów
    „Jeżeli jakikolwiek mnich tu wejdzie bądź sam biskup,”
    Myśl najlepiej wziąć w cudzysłów. Dodatkowo szyk: Jeżeli wejdzie tu jakikolwiek mnich, bądź sam biskup,
    „Bał się wszcząć większego hałasu,”
    Wszczynania
    „pokarał go w żaden”
    Go zbędne
    „ciemno. W całym kościele także zapanowały ciemności”
    Ciemno – ciemności – powtórka
    „Oboje z tego samego powodu.”
    Obaj
    „się tu plotki. Zaczną się poszukiwania, więc nawet gdyby ukrył się”
    3 x się bardzo blisko
    : szybko by go znaleźli. Pozostało opuścić Magdeburg, i to jak najszybciej”
    Szybko – najszybciej (użyj: prędko)
    „bramy miasta?
    Była noc, a zatem bramy”
    2 x bramy
    „się wraz z nią!
    Puścił się ściany, o którą dotąd się opierał. Ruszył biegiem, chwiejąc się i zataczając. Ominął klasztor i skierował się „
    5 x się

    Jedna sprawa: skoro Brunon i kamraci przywiązali Strzałka, to jak to niby miało dowodzić, ze on sam rozsypał komunię. Związany? Czy rozsypał i sam się przywiązał? Łatwo było dostrzec, że ktoś go wrabia. Chyba, że Brunon wiedział o łatwym wpadaniu w gniew zakonników, którzy najpierw biją i wieszają, a potem myślą.
    Ogólnie dobry rozdział.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania