Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 6: Uśpiony demon

Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda

Streszczenie:

Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.

Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?

Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.

Poprzedni rozdział - https://www.opowi.pl/serce-wielkiego-gala-asterixobelix-a127974/

 

Rozdział 6 - Uśpiony demon

 

 – Nie. I jeszcze raz mówię: nie! – ucięła stanowczo pani Długowieczniksowa, odpychając od siebie pstrokato zdobioną tunikę Ahigieniksa.

 – Ale wystarczy tylko troszeczkę poluzować! O, tutaj… i jeszcze tutaj… i tam… Zaraz… gdzie to było…

 Pani Długowieczniksowa warknęła z bezsilności.

 – Jasne. Jeszcze trochę, a Święto Wiosny zaczniemy jesienią!

 – Mogę się odwdzięczyć – powiedział szybko Ahigienix. – Dam wam zniżkę na moje najlepsze ryby. Prosto z Lutecji!

 – Choćby były z samego Królestwa Mauretanii, nie zrekompensuje mi to, że zawalimy robotę przed świętem dlatego, że ktoś nie chciał pilnować diety.

 – Diety?! – Ahigienix aż otworzył usta. – Ja zawsze jem tyle samo! Ta tunika po prostu się skurczyła!

 – Tak, na pewno… – Długowieczniksowa odwróciła się, by ukryć zażenowany wyraz twarzy, i akurat dostrzegła, że Livia pojawiła się w pracowni, przeciskając się między stojącymi koszami i stertami tkanin. – Nie mamy czasu na twój strój. Będziesz musiał po prostu wciągnąć brzuch.

 – Ależ, droga pani… – Ahigienix był już gotów dalej dyskutować.

 – Edano! – zawołała Długowieczniksowa, ale zagłuszyły ją gwar pracy oraz potężny łomot, który akurat rozbrzmiał wyjątkowo głośno.

 Dwie kobiety usiłowały rozmontować stare, zepsute krosno, a jego poszczególne części zaczęły z hukiem obijać się o podłogę.

 – Zostawcie teraz to ustrojstwo! – wrzasnęła pani Długowieczniksowa, a hałas na moment przycichł. – Edano! Livia przyszła! Podejdź do niej!

 Edana wstała z beznamiętnym wyrazem twarzy i ruszyła w stronę Livii, podczas gdy pani Długowieczniksowa z determinacją próbowała zakończyć dyskusję z handlarzem ryb.

 – Dzień dobry, Edano. Przepraszam, że wczoraj się nie pojawiłam, ale tak strasznie dużo się działo… – rzekła Livia z łagodnym uśmiechem. – Od teraz będę przychodzić już systematycznie.

 Edana zwróciła się do niej z powagą.

 – Dobrze cię widzieć, Livio. Wyjaśnijmy sobie coś od razu, czym prędzej. Czy zdajesz sobie sprawę, ile ostatnio pracy na nas spadło z powodu zbliżającego się Święta Wiosny?

 Po chwili namysłu Livia odpowiedziała:

 – Domyślam się, że sporo. Obiecuję, że poświęcę teraz wam tyle czasu, żeby sprawnie można było…

 – Hej, chwileczkę! – weszła jej w słowo Edana. – Jesteś jedną nowicjuszką na nas dwadzieścia, które tu od dawna działamy. Nie myśl, że twoje zaangażowanie, nawet przy największych chęciach, uczyni nam jakąś znaczącą różnicę.

 Nagły przypływ smutku od razu przyćmił zapał w oczach Livii. Spuściwszy głowę, w milczeniu czekała na dalsze słowa Edany.

 – W trakcie swojej ostatniej pracy tutaj próbowałam czegoś cię nauczyć, ale ostatecznie i tak działałaś po swojemu, prawda?

 – Prawda – odpowiedziała cicho Livia. Chłód i stanowczość Edany zbyt mocno ją przytłoczyły, by siliła się na usprawiedliwienia.

 – Czy wiesz, że materiał na tunikę, którą wykonałaś według swoich rzymskich wymysłów, jest już na wyczerpaniu? Nie mamy więcej brudnołososiowych odcieni!

 – Więc… zmarnowałam wam tylko materiał… Wybacz, proszę. Czy mogłabym to jakoś…

 Edana weszła jej w słowo, a Livia znów spuściła wzrok.

 – No, dalej! Możesz zgadywać dziesięć razy, jaki odcień wybrał właśnie nasz wódz… No, bingo! Asparanoix wczoraj zawitał i uparł się właśnie na ten odcień! Spodnie, peleryna i wszelkie dodatki, które kosztowały nas huk roboty, trzeba teraz wykonywać na nowo, bo nic już do niczego nie pasuje!

 – Tak mi przykro. Naprawdę… – kajała się Livia.

 Wtem zza parawanu wyłoniła się Nessa.

 – Zdaje się, że słyszę tu znajome głosy! – wcisnęła się między Edanę i Livię. – Moje dziewczyny! Mam nadzieję, że dobrze się dziś czujecie.

 Nessa wyściskała każdą z osobna i kontynuowała:

 – Livio, ty normalnie jesteś w czepku urodzona. Wiesz, co się tutaj wczoraj działo? Zaraz wyskoczysz z butów!

 – Powiedz, proszę, Nesso. O co chodzi? – spytała Livia, a jej żal zaczął ustępować miejsca ekscytacji.

 – Kochana! – zawołała jeszcze głośniej, aż Livia i Edana drgnęły. – Wiesz, kto wczoraj nas odwiedził? Ten twój Maurix! Wielkie nieba, jaki on jest czarujący! Zgadnij, o kogo pytał. O Livię! Chciał z naszą śliczną, nową koleżanką wybrać się na przechadzkę. Wyobraź sobie, jak rozgoryczone były niektóre z dziewczyn, a zwłaszcza ta ruda cholera – Camma. Rety, jej miny nigdy nie zapomnę! A ja mu odpowiedziałam: „Dziś akurat jej nie ma, ale wpadnij do nas częściej, może w końcu ją zastaniesz!”. Dobrze powiedziałam, co nie? Pewnie niedługo tu zajdzie.

 – Naprawdę? – spytała nieśmiało Livia, siląc się na uśmiech. Poczuła, jak powoli traci grunt pod nogami, ale nie zdążyła rozwinąć własnych myśli, bo Nessie buzia się nie zamykała.

 – Kochana! To jeszcze nie wszystko! Odwiedził nas jeszcze ktoś. Asparanoix… Nasz wódz! Poznałaś go już, prawda? Chciał koniecznie zobaczyć efekty naszego rzemiosła i sam zdecydować, którą tunikę założy na Święto Wiosny. Rozglądał się wszędzie tak bacznie… Musiał zajrzeć dosłownie w każdy kąt! W końcu podszedł do twojego stanowiska. Znalazł w koszu tę tunikę, którą utkałaś. Od razu zażądał przymiarki. Wiesz, jaki był zachwycony? Kolor, krój, wygoda… Nasze dziewczyny próbowały zasugerować jednak coś innego, bo wiesz, dużo pracy wykonałyśmy przy tworzeniu kompletów. Ale on się uparł! Twierdził stanowczo, że nigdy nie czuł się tak świetnie w żadnym odzieniu. Trzeba tylko lekko zwęzić pod pachami i troszkę poluzować w brzuchu, i będzie leżało jak ulał! Takie szczęście u naszej nowicjuszki! To twoja szansa – zrobić od razu strój dla wodza! Livio, co ty na to?

 – Co ja na to? – Livia zakryła dłonią usta i usiadła na pracowniczym taborecie, próbując opanować jednocześnie śmiech i wzruszenie. – Nesso… Tak się cieszę, że efekt mojej pracy spotkał się z tak dużą aprobatą. I to wodza! To wiele dla mnie znaczy!

 Livia sięgnęła po tunikę złożoną w koszu pod jej stanowiskiem i ujęła ją w dłonie. Po chwili spojrzała na Edanę i dostrzegła jej przygaszony wzrok.

 – Zrobię, co w mojej mocy, by wam pomóc. Zacznę od tych poprawek. Pozaznaczałyście wszystko? Potem pomogę przy rzeczach do kompletu.

 Edana spoważniała.

 – Pamiętaj jednak, Livio, że Galowie od dawna mają swoje tradycje i wzory.

 – Zapewniam cię, że nikt z wioski, kto będzie zakładał moje rzeczy, nie będzie ani trochę podobny do Rzymianina. Wszystko zostanie dostosowane do potrzeb społeczności.

 – Z wyjątkiem tego wykończenia przy szyi – odezwała się pani Długowieczniksowa, która niespodziewanie pojawiła się obok nich, ocierając dłonią czoło.

 Livia spojrzała na nią zaskoczona.

 – Co jest z nim nie tak?

 – Nic, jeśli pytasz o samo szycie. Jest równe i mocne. Tylko my zwykle wszywamy tutaj osobną, plecioną lamówkę. Spójrz. – Wskazała palcem dekolt. – Najczęściej z takim drobnym, łamanym wzorem.

 – Ale przecież Asparanoix sam wybrał tę tunikę – zauważyła Livia, marszcząc brwi.

 – I bardzo słusznie. Krój wyszedł ci świetnie – odpowiedziała Długowieczniksowa, próbując zachować spokój. – Ja mówię tylko o wykończeniu.

 Livia na moment zacisnęła usta.

 – Przyznam, że nie sądziłam, żeby kilka przeszyć przy kołnierzu było aż tak ważnych.

 Edana już uniosła wzrok z ironicznym uśmiechem, lecz Długowieczniksowa szybko ją uprzedziła.

 – Dla wygody pewnie nie mają większego znaczenia. Ale czasem właśnie po takich drobiazgach poznaje się, skąd coś pochodzi.

 Livia ponownie spojrzała na tunikę.

 – Kiedy tak to ujmujesz… – westchnęła. – Dobrze. Pokażesz mi, jak robicie tę lamówkę?

 – Z chęcią. – Długowieczniksowa uśmiechnęła się. – Tylko pozwól mi najpierw zapanować nad tym harmidrem.

 Już się odwróciła, gotowa ruszyć dalej.

 – Ja mogę jej pokazać! – ożywiła się Nessa.

 – O! – Długowieczniksowa zatrzymała się na moment w pół kroku. – Nessa dobrze ci to pokaże!

***

Tego samego dnia Obelix wraz z Asteriksem udali się do chatki Panoramiksa, który akurat wybierał się na sabat druidów. Panoramix poprosił Asteriksa o nową przysługę – by doglądać chorego Ferriksa. Był on weteranem walk z legionistami, który przybył z sąsiedniej wioski. Od jakiegoś czasu miał problem z sączeniem się wydzieliny ropnej z miejsca, w którym stracił podczas bitwy nogę, zatem musiał stale nosić obszerny opatrunek. O fizycznym ubytku Ferriksa Panoramix zdążył uprzedzić Asteriksa przy okazji dostarczenia zbiorów z ubiegłego dnia. Asterix krzątał się teraz po izbie, zaś Obelix dopieszczał przeznaczoną na obiad pieczeń. Zrzucał co jakiś czas małe kawałki Idefiksowi, który ochoczo je zjadał i ciągle czekał na kolejne porcje.

– Obeliksie, nie przesadzaj już, bo w końcu Idefix zrobi się za gruby – rzekł w pewnym momencie Asterix.

– Za gruby? O czym ty mówisz, Asteriksie? – spytał Obelix, szeroko otwierając zdumione oczy. – To najdrobniejszy piesek ze wszystkich. A takie mięso dodaje jedynie siły!

– Tak, tak! – rzucił z wesołym przekąsem Asterix, klepiąc go po brzuchu. – Jesteś na to najlepszym przykładem, ty nasz drobny siłaczu!

Obelix zirytował się trochę, zrozumiawszy ironię.

– Och, przecież Livia też lubi dziki, a jest szczupła! – burknął. – Zresztą sama chciała wybrać się jutro ze mną na polowanie – dało się usłyszeć dumę w jego głosie.

Asterix uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Aaa… A więc rzeczywiście musi lubić dziki, skoro nie zmienił tego ten morderczo ciężki kolos, którego wtedy upolowałeś.

Asterix, widząc, jak Obelix nagle staje się ponury, dodał:

– No i rzecz jasna, ciebie też musi bardzo lubić!

– Mam taką nadzieję… – odparł nieco melancholijnie po chwili namysłu i wziął Idefiksa na ręce. – No co, piesku? Wejdziemy na chwilę do Ferriksa?

Obelix przekroczył próg izby chorego.

– Witamy, witamy – powiedział pogodnie. – Jak się czujemy? Apetyt lepszy?

Ferrix poruszył się, z trudem podpierając się na dłoniach, by ułożyć się nieco wyżej na poduszce.

– Może i lepszy – powiedział słabo. – Ale wciąż chyba nie jestem gotów na żadną pieczeń. Czy jest jeszcze w spiżarni zupa z brukselek?

– Gdybym ja miał tak jadać, za prędko nie odzyskałbym sił… – powiedział Obelix pod nosem. – Dobrze. Dla ciebie będą brukselki, jeśli już tak bardzo chcesz. Dla nas zostaje dziczyzna. Ale jakbyś zmienił zdanie…

– Chyba coś mi znów w nodze doskwiera – wszedł mu w słowo Ferrix, spinając się nagle z bólu. – Niech ktoś mi zmieni opatrunek, jeśli łaska.

Obelix postawił Idefiksa na łóżku.

– No, Idefiksie, teraz ty będziesz pocieszać trochę pana, a ja pójdę po świeży bandaż.

Pozostawiony na posłaniu Idefix, merdając ogonem, lizał Ferriksa po twarzy, co najwyraźniej niezbyt go zachwycało. Obelix zaś, dumny ze swojego zadania, zaczął przeszukiwać szuflady.

– Obeliksie, czego ty szukasz? – spytał Asterix, gdy jego uwagę przykuło intensywne eksploatowanie mebli przez Obeliksa, który zdążył narobić już nieco bałaganu.

– Szukam świeżego opatrunku.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł, byś akurat ty to robił… – stwierdził Asterix, z niepokojem patrząc to na chorego, to na swojego przyjaciela, który poruszał się nieco zbyt gwałtownie w swoim zapale.

– Daj spokój! – powiedział Obelix, śmiejąc się. – Ja jestem delikatny jak motylek! – W końcu wydobył czysty bandaż z narożnej skrytki.

Asterix tylko pokręcił głową, obserwując z boku, jak Obelix przymierza się do zmiany bandaża. Ferrix leżał półprzytomny z gorączki, kiedy w końcu Obelix zbliżył się do chorego. Asterix zdał sobie sprawę, że zapomniał uprzedzić przyjaciela, że po jednej stronie Ferrix ma pewien istotny ubytek. Ale Obelix zupełnie się rozkojarzył, starając się go zagadywać. Złapał za nogę, której bandaż kończył się mniej więcej pod połową łydki. Asterix wstrzymał momentalnie oddech. Obelix wciąż przemawiał pogodnie do chorego, odwijając bandaż niedbale, aż ręka wirowała, ale zdawał się nie obserwować, co właściwie robi.

– Wiesz co, Ferrix? – mówił z uśmiechem. – Masz tutaj dość oporny opatrunek. Już kończymy – dodał i jednym, potężnym ruchem zdjął bandaż, po czym popatrzył zaskoczony na kikut. – Ojej! – wykrzyknął z przerażeniem. – Zniknęła ci noga!

Asterix złapał się za głowę, tłumiąc śmiech.

Ferrix uchylił jedno oko i mruknął beznamiętnie:

– Ta noga już wcześniej zniknęła, kolego.

– Ale przecież… przed chwilą tu była! – Obelix wpadł w panikę. – Asteriksie, co ja zrobiłem?! – krzyknął, podchodząc do Asteriksa i wymachując bandażem.

Asterix starał się ze wszystkich sił zachować powagę, ale nie mogąc dłużej powstrzymać się od śmiechu, odpowiedział:

– Obelix, na bogów, nawet Idefix wykazuje się większym rozumem niż ty!

Idefix, siedząc spokojnie na kołdrze i usłyszawszy swoje imię, zamerdał ogonem, jakby zgadzał się z Asteriksem.

Ferrix mimo swego stanu sam zaczął się podśmiechiwać, jednak kaszel przerywał mu co chwilę.

Wtem Obelix uświadomił sobie popełnioną gafę. Cały się zarumienił, drapiąc się w tył głowy.

Asterix odsunął go gestem na bok.

– Chyba lepiej, żebym ja się tym zajął, a ty wracaj do pieczeni.

– A ja chciałem dobrze… Ale chyba trochę przesadziłem… – rzekł zmieszany Obelix.

– Trochę??? – zawołał Asterix.

– Asteriksie, nie opowiesz o tym nikomu? Zwłaszcza Livii? – spytał cicho. – Uznałaby mnie chyba za ciamajdę.

– Przecież to i tak jest od dawna oczywiste! Choć jak już bardzo ci na tym zależy, nie powiemy o tym nikomu, prawda, Ferriksie?

Ferrix przytaknął, wciąż utrzymując ściśnięte wargi w lekkim uśmiechu.

***

– Tym razem musi się nam udać. W pobliżu osady jest szlak, który wiedzie w to miejsce. Nie zajmie nam to zbyt długo, by tam dotrzeć – mówił Maurix do Livii, która składała nową pelerynę dla Asparanoiksa. – Kiedyś było to moje ulubione miejsce. Bajeczne widoki, pstrągi potokowe… To tam zaczynałem uczyć się łowienia ryb. Była to też moja odskocznia od Rzymian, gdy zaczynałem z nimi konflikt. Tam czuje się tylko spokój.

– Bardzo bym się cieszyła, naprawdę. Tylko tyle się ostatnio dzieje…

– Wiem, że jutro warsztat nie funkcjonuje. Przyszedłbym po ciebie, jeśli tylko wyrazisz taką potrzebę.

– Jutro… – Livia zawahała się. – Obelix zaprosił mnie na polowanie.

Maurix popatrzył na nią spod byka. Uniósł brew i skrzyżował ramiona.

– I co? Zgodziłaś się?

– Zgodziłam się – odpowiedziała, wzruszając ramionami, jakby nie rozumiała, dlaczego Maurix miałby uznać to za coś dziwnego.

– Szybko mu zaufałaś – westchnął.

– A co? Według ciebie nie powinnam? – Spojrzała na niego z niewinnym uśmiechem, opierając łokcie o ławę.

Maurix zrobił pół kroku w jej stronę.

– Chcę, żebyś była ostrożna.

– Obelix? – spytała z nagłą pretensją w głosie. – Co ty próbujesz mi zasugerować?

– Na pierwszy rzut oka niby taki dobrotliwy i nieśmiały… – westchnął Maurix, spuszczając wzrok. – Wiem, że może niektórych dezorientować.

Livia uśmiechnęła się przez zaciśnięte usta.

– Dziękuję za troskę, ale nie czuję się zdezorientowana.

Maurix oparł się dłonią o blat, kierując na Livię zatroskane spojrzenie.

– Livio… Znam go dłużej niż ty – odparł łagodnie. – Boję się, żebyś potem nie żałowała, kiedy już będzie za późno.

Dziewczyna zastygła na moment, próbując pojąć jego słowa, po czym przełknęła ślinę.

– Na razie nie mam powodu, by wątpić w jego dobre intencje. Obelix jest…

– Jaki?

– Dobry…

– Właśnie o tym mówię. – Maurix pokiwał głową. – Nie bez powodu takie właśnie wrażenie robić chcą… ci najgroźniejsi.

– Nie mów tak – powiedziała, ale już z mniejszą pewnością.

– Posłuchaj proszę… – Nachylił się dyskretnie ku niej. – Rozumiem to, jak go odbierasz. Jednak ja widziałem rzeczy, których ty jeszcze nie widziałaś.

– Jakie rzeczy? – Livia otworzyła szeroko oczy.

Maurix przez chwilę milczał, jakby ważył słowa.

– Takie, przez które nie zostawiłbym z nim nikogo… Kto coś dla mnie znaczy.

Livia zupełnie nie spodziewała się podobnych sugestii. Przecież ona… A przynajmniej tak jej się wydawało, dostrzegła autentyczność i wrażliwość Obeliksa. W dodatku był to najlepszy przyjaciel Asteriksa, a Asteriksowi każdy przecież ufał… Obelix jest jedynie nazbyt impulsywny, ale… Nie. On nie mógłby przecież… Nie chciała w to wierzyć. Spróbowała znów się w sobie zebrać.

– Mauriksie, myślę, że nic takiego się nie stanie, jeśli raz zobaczę, jak Obelix poluje.

– W porządku – rzekł chłodno. – A co ze mną?

– Jak wrócimy z Obeliksem, pójdę z tobą. Może być?

– Będę czekał – uśmiechnął się, tym razem łagodniej.

***

Po porannym posileniu się Livia i Aira rozmawiały nad stawem przy tylnym wejściu do chatki. Aira wyrabiała masło w drewnianej maselnicy, którą trzymała między nogami, zaś Livia oczyszczała taflę wody oraz brzeg stawu z łodyg zwiędłej trzciny.

– Wciąż zamierzasz wybrać się dziś na to polowanie, moja miła? – spytała Aira.

– Zamierzam, Airo. A dlaczego pytasz?

– Bo widzę w tobie pewien niepokój.

Livia spojrzała na nią, odkładając narzędzie przy brzegu stawu. Nie mogła ani przyznać Airze racji, ani zaprzeczyć jej słowom. Aira mówiła dalej:

– Inaczej wyglądałaś przedwczoraj, gdy wróciłaś z wędrówki. Pomyślałam wtedy: „Oto kobieta, która nareszcie zdobyła swą twierdzę”. Teraz widzę, że coś się stało.

Livia popatrzyła w dal, zamyślona.

– Tak było… To znaczy… No wiesz… Tak sobie myślałam, Airo…

– Tak, kochanie?

Livia próbowała odpowiednio dobrać słowa, ale spuściła tylko głowę.

– Nie wiem już sama, komu mam ufać… – przyznała.

Aira zbliżyła się do niej wolnym krokiem i położyła dłonie na jej barkach, patrząc jej troskliwie w oczy.

– Nigdy nie ufaj tym, przy których boisz się być sobą.

– T… tak – przytaknęła. – Czyli Asteriksowi mogłabym…

– Tak, jemu możesz ufać.

– A Obelix?

– Co mam powiedzieć, Livio… – Aira uśmiechnęła się pod nosem, po czym zawiesiła się z powagą. – Obelix widzi siebie przez trochę inny pryzmat niż powinien. Nie chcę, by kiedyś stało się to dla ciebie powodem… do jakichkolwiek przykrości.

Livia już miała dopytywać, ale wtem dało się usłyszeć dziecięcy głos:

– Czy jest tutaj jakaś pani o imieniu Livia?

Wybiegła przed chatkę. Ujrzała na ganku niskiego, rudego chłopca w wieku około siedmiu lat, trzymającego w rękach jakiś duży, zwierzęcy kieł. Livia od razu obdarowała dziecko szerokim, ciepłym uśmiechem.

– Oto jestem – powiedziała, podchodząc do chłopca. – Co cię do mnie sprowadza, kochanie?

– Miałem pani przekazać, że Obelix będzie po panią wkrótce. Na budowie coś się popsuło i podobno potrzebna jest jego siła, by jak najszybciej to naprawić, więc musi tam jeszcze chwilę być. Poprosił, żebym tu zajrzał, bo chciał się upewnić, czy na pewno będzie mógł panią tu zastać.

Livia pogładziła chłopca po głowie.

– Dobra robota. Przekaż, że tu jestem i nigdzie się nie ruszam. A powiedz, co ty trzymasz w ręce? Czy to ząb jakiegoś zwierza?

– Ładny, prawda? – wyeksponował go dumnie, unosząc wyżej. – Obelix dał mi go za przysługę. To od dzika.

– Och, tak, oczywiście, że od dzika. Jest wyjątkowo piękny, naprawdę… – odparła rozczulona. – Poczekaj. Ja też ci coś dam.

Poszła szybko do spiżarni i ukroiła kawałek placka miodowego, który przygotowała z Airą po wczorajszym powrocie z warsztatu, po czym wróciła.

– Mam nadzieję, że będzie ci smakowało. Proszę. Zasłużyłeś i na to.

– Dziękuję – odpowiedział chłopiec, patrząc ochoczo na kawałek ciasta. Wyraźnie nie mógł się doczekać, aż go zje. – Chyba mama miała rację, że warto pomagać. Do widzenia, pani!

Livia zaśmiała się serdecznie i wróciła nad staw.

***

Minęły mniej więcej dwie godziny. Obelix, który dopiero co miał okazję wykazać się swą krzepą, szedł do Livii z większą pewnością siebie. Jednak delikatna trema znów zaczęła się pojawiać, gdy stanął w końcu przed drzwiami i zapukał. Splótł nerwowo palce obu rąk. Aira musiała stać akurat w pobliżu, gdyż drzwi otworzyły się bardzo szybko.

– Wszystko w porządku – rzekła łagodnie, podpierając się o swą pasterską laskę. – Livia jest już gotowa.

Zaraz potem Livia wyszła ze swej izby.

– Obeliksie! – rzekła pogodnie, podchodząc bliżej progu. – Był tutaj ten chłopiec i mówił o tym, jak prężnie działasz przy budowie – oznajmiła pochlebnie.

– Tak… – odparł z niepewnym uśmiechem. – To był Pawulix… i dostał od ciebie chyba placek – powiedział, a uświadomiwszy sobie po chwili własną niezręczność, złapał się za głowę.

Aira uśmiechnęła się lekko i nieco bardziej postawiła głos:

– Livio, zdaje się, że Obelix też by chciał spróbować tego ciasta. Ukrój mu solidniejszą porcję – poleciła.

Obelix cały się zaczerwienił.

– Ależ nie trzeba, nie… – wycisnął z siebie, nerwowo obracając się na wszystkie strony, choć dało się usłyszeć w jego głosie nadzieję.

Livia zaśmiała się i owinęła w chustę mniej więcej trzy razy większy kawałek niż dla Pawuliksa.

– Ależ nie masz się czym przejmować! Ja sama ledwo mogłam się temu oprzeć, a wczoraj zjadłam mniej więcej taki właśnie kawał, jaki tu widzisz.

Obelix, usłyszawszy te słowa, zaczął trochę się uspokajać. Po chwili jednak zreflektował się:

– Może… może jednak później, po polowaniu zjem. Dziękuję. Na pewno jest przesmaczny.

Schował owinięty kawałek w kieszeń.

– Chodźmy już więc – powiedziała Livia, obdarowując Obeliksa promiennym uśmiechem.

Gdy ruszyli w stronę lasu, początkowo panowała cisza. W końcu Livia przełamała milczenie:

– Co właściwie stało się tam na budowie?

Obelix machnął ręką.

– Eh, nic ciekawego. Cała konstrukcja prawie się zapadła i musiałem to trzymać przez dłuższy czas, kiedy wymieniano uszkodzone filary. Ogólnie nuda.

Livia zaśmiała się.

– Nuda – prawie zawaliła się cała konstrukcja budynku – co to dla Obeliksa!

– No, wiesz… Nic takiego właściwie – uśmiechnął się pod nosem.

– Wiesz, Obeliksie – zaczęła Livia trochę bardziej melancholijnie. – Odkąd znalazłam schronienie w waszej wiosce, czuję się bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Wasze wsparcie… w tym twoje, znaczy dla mnie bardzo wiele.

– Ja… Ja naprawdę cieszę się, że tu jesteś. Dobrze, że do nas trafiłaś.

Jego głos, choć niepewny, niósł ze sobą autentyczną troskę. Po jakimś czasie dodał, wzdychając:

– Ostatnio chyba za wiele opowiadałem o sobie. Powiedz, proszę, coś więcej… O sobie, o tej twojej Germanii – powiedział, chcąc skłonić dziewczynę do mówienia. Jednak po chwili poczuł wyrzuty sumienia, gdy ujrzał jej zaszklone oczy. Przez chwilę milczeli, ale Livia szybko zebrała myśli i zaczęła opowiadać:

– Czasem myślę o mojej rodzinie… O tym, jak życie mogłoby wyglądać, gdyby Rzymianie nie zniszczyli wszystkiego, co kochaliśmy. Mama zmarła krótko przed eskalacją wojennych zamieszek na naszych ziemiach. To chyba będzie przeszło sześć lat, ale… – wzięła głębszy oddech – Chyba dobrze, że nie widziała pewnych rzeczy. Zawsze miała słabe zdrowie. Zabrały ją powikłania po infekcji. Bardzo byłam zżyta z moim tatą. Od kiedy tylko sięgam pamięcią, na szyi miał bardzo wyraźną bliznę. Ponoć była to pamiątka po ucieczce z babcią spod Vercellae. Zaraził mnie pasją do podróżowania, odkrywania… Pamiętam, jak jednej, jedynej krowy nie oddał na mięso, tylko dlatego, że wybrałam ją jako swoją przyjaciółkę, którą nazwałam Werą. Był dobrym człowiekiem, ale pewnego dnia po prostu… zniknął… Rzymianie zrobili to, co zawsze robią – w jej głosie wybrzmiewał smutek, ale też determinacja.

Obelix słuchał uważnie, czując ból w jej słowach. Nie znał zbyt dobrze tej strony Livii, ale wiedział, że jej życie nie należało do łatwych. Wziął głęboki oddech i odpowiedział:

– Widzisz, Livio, ja… Ja od wielu lat prawie w ogóle nie widywałem moich rodziców. Kiedy miałem jedenaście lat, oboje przeprowadzili się do Condate, gdzie mają swój sklep, który całkowicie ich zajmował. I w zasadzie teraz wszyscy są tu dla mnie jak rodzina. Panoramix, Asterix… Nawet jeśli czasem się sprzeczamy, zawsze mogę na nich liczyć.

Livia spojrzała na niego uważnie. Zrozumiała, że mimo swojej ogromnej siły istniało coś, z czym nigdy nie mógłby się uporać – samotność.

– Obeliksie, pewnie o tym nie wiesz, ale od samego początku bardzo cię cenię. Widzę w tobie ogromną lojalność, ale mam też wrażenie, że jesteś bardziej czuły i wrażliwy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Być może dlatego lubię z tobą przebywać.

Obelix poczuł, jak jego twarz zaczyna się czerwienić. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Jej słowa wzruszyły go głęboko, ale również sprawiły, że czuł się tylko bardziej niepewny.

– Ja… Nie wiem, czy zasługuję na takie słowa – wyjąkał, siadając na przewróconym drzewie i wpatrując się w ziemię.

Livia przysiadła się do niego i położyła dłoń na jego ogromnej ręce.

– Nie bądź względem siebie za surowy – powiedziała.

– Wiesz… – zaczął po chwili nerwowego namysłu. – Nie wiem, jak to powiedzieć… Chyba kiepsko mi wychodzą takie rozmowy, ale… Wydaje mi się… Tak czuję… że dzięki tobie pragnę być lepszy.

Livia poczuła ciepło na twarzy. Pod wpływem jego bliskości miała wrażenie, jakby była teraz w jakiejś bezpiecznej przystani, jakby jej serce znalazło dom. Dlaczego miałaby teraz wierzyć w słowa Mauriksa? Cieszyła się tą wspólną chwilą.

Siedzieli jeszcze chwilę w milczeniu.

– Ach, dziki. Właśnie. Trzeba wypatrzeć dzika – Obelix, przypomniawszy sobie nagle, jaki był główny zamiar ich wyprawy, wstał i podał Livii rękę, pomagając jej się unieść.

Spacerując wśród drzew, rozmawiali dalej, śmiejąc się wspólnie od czasu do czasu. Tak byli pochłonięci rozmową, że zupełnie zapomnieli o polowaniu. Obelix, który zwykle w lesie był czujny i zawsze miał oko na potencjalną zdobycz, teraz nawet nie zauważył, kiedy dzik, którego mógł upolować, przemknął niedaleko nich. Zamiast tego szli dalej, rozmawiając i dzieląc się swoimi historiami.

Kiedy słońce zaczęło powoli zmierzać ku zachodowi, postanowili wrócić do wioski. Obelix, choć w normalnych warunkach nigdy nie wróciłby do domu bez dzika, tym razem nawet o tym nie pomyślał. Był tak zadowolony z tego, że spędził cały dzień w towarzystwie Livii, że polowanie zeszło na dalszy plan.

– …i teraz już wiesz, że te menhiry to piękna, galijska tradycja i moją wielką dumą jest przy nich pracować i je dostarczać na zamówienie – opowiadał, gdy wychodzili z lasu.

– Czyli właściwie do czego się przydają?

– Jak to? Co masz na myśli? – spytał Obelix, a jego głos nabrał gwałtowności. – Przecież mówiłem, że to duma i tradycja…

– No tak, ale… Miałam na myśli, komu i do czego służą te kamienie? – spytała niewinnie.

– Kamienie?! Czy próbujesz mi wmówić, że moje menhiry są kamieniami bez większego sensu? Jak ci wszyscy złośliwcy?!

– Obeliksie, ja wcale nie…

– Tyle starań w nie wkładam!

Livia wzdrygnęła się. Jej zwykła dociekliwość tak nagle wyprowadziła Obeliksa z równowagi, że nie mogła tego w pierwszej chwili zrozumieć. Teraz słowa Mauriksa kolejny raz wybrzmiały w jej uszach. Pierwszy raz w jego towarzystwie poczuła wewnętrzny alarm.

– Ale nie musisz się tak unosić, Obeliksie… – powiedziała łagodnie, choć z nutą strachu.

– No właśnie, może trochę grzeczniej do kobiety? – dało się usłyszeć głos Mauriksa, który stał kilka kroków dalej, oparty o drzewo, jakby był tam od dłuższej chwili.

Livia zacisnęła usta, a Obelix jednak nie zauważył wyrazu jej twarzy, skupiając uwagę na posągowej sylwetce mężczyzny, krzyżującego ramiona i mierzącego go wyniosłym wzrokiem. Poczuł żal i wstyd. Strach przed byciem niedocenianym okazał się silniejszy od niego. Teraz widział w oczach Livii coś, czego wcześniej nie było.

– Ja… Ja przepraszam… – wyjąkał ze smutkiem.

– Mauriksie… – zaczęła lekko zmieszana, gdy tylko zbliżył się i chwycił ją protekcjonalnie za ramię. – Poczekaj chwilę.

– Już późno, Livio. Chodźmy.

– Ale Obelix…

– Lepiej nie prowokować go dalej. Pośpieszmy się, bo robi się już późno – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie.

Spojrzała raz jeszcze ukradkiem na Obeliksa.

– Dziękuję… za dziś – powiedziała cicho.

Obelix stał ze spuszczoną głową, a potem patrzył, jak Livia i Maurix oddalają się razem.

„Ona i Maurix… Pewnie są sobie przeznaczeni…” – pomyślał.

Postanowił wrócić do lasu, by upolować w końcu dzika. Ale tym razem, mimo jego starań, polowanie nie szło tak jak zwykle. Obelix, zazwyczaj niezrównany myśliwy, nie mógł się skupić. Stracił motywację, a każda próba złapania zwierzyny kończyła się niepowodzeniem.

Po godzinie bezowocnego polowania zrezygnowany przypomniał sobie o placku, który wciąż przy sobie trzymał. Wyjął go i skonsumował w dwóch kęsach, nie koncentrując się nawet na smaku.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania