Poprzednie częściSklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - Rozdział 2

Nazajutrz rano Vaelena nie było w sklepie.

Eveline zauważyła to od razu.

Nie dlatego, że zawsze przychodził pierwszy. Wręcz przeciwnie. Vaelen uważał punktualność za cechę ludzi, którzy nie mają nic ciekawszego do roboty.

Ale zwykle, kiedy się spóźniał, zostawiał wiadomość.

Tym razem nie było nic.

Eveline zdjęła płaszcz, odwiesiła go na haczyk na zapleczu i spojrzała na zegar.

Ósma siedemnaście.

— Oczywiście — mruknęła.

Otworzyła sklep sama.

Pierwsza godzina minęła spokojnie. Starsza kobieta przyszła odebrać zamówiony eliksir na bezsenność. Młody mężczyzna próbował przekonać Eveline, że sztylet wystawiony za sto czterdzieści koron powinien kosztować najwyżej osiemdziesiąt. Kiedy zapytała, na jakiej podstawie tak uważa, odpowiedział, że „po prostu zna się na rzeczy".

Eveline sprzedała mu sztylet za sto czterdzieści.

O dziesiątej trzydzieści zaczęła być zirytowana.

O dwunastej — zaniepokojona.

Vaelen nadal się nie pojawił.

W końcu zaczęła się zastanawiać, czy Vaelen w ogóle zamierza tego dnia przyjść.

Przeszła na zaplecze po księgę zamówień.

Na jego biurku panował większy bałagan niż zwykle. Kilka książek leżało otwartych jedna na drugiej, obok stała niedopita szklanka wina, a szuflada pod blatem była niedomknięta.

Eveline zatrzymała się.

Vaelen nie zostawiał otwartych szuflad.

Podeszła bliżej i wyciągnęła księgę spod stosu papierów.

Dopiero wtedy zauważyła wczorajszy wpis.

„Medalion srebrny. Archen. 200 koron."

Słowo „Archen" było przekreślone.

Nie jej ręką.

Pochyliła się bliżej.

Nad nim, drobnym pismem Vaelena, dopisano: „pochodzenie niepotwierdzone".

— Kłamca — powiedziała cicho.

— Bardzo mi miło.

Eveline drgnęła.

Vaelen stał w drzwiach zaplecza.

Nie słyszała, kiedy wszedł.

— Jak długo pan tam stoi?

— Wystarczająco długo.

— To niepokojący zwyczaj.

— Zaglądanie do cudzych ksiąg?

— Skradanie się.

Vaelen zdjął rękawiczki.

— To moja księga.

— Ja ją prowadzę.

— Co nie zmienia faktu, że nadal jest moja — odpowiedział sucho.

Eveline wskazała przekreślony wpis.

— Dlaczego zmienił pan pochodzenie medalionu?

Vaelen nawet nie spojrzał na stronę.

— Bo uznałem, że nie jestem już pewien.

— Wczoraj był pan bardzo pewien.

— Wczoraj byłem młodszy.

Eveline patrzyła na niego przez chwilę.

— O jeden dzień.

— Czas robi swoje.

Odwrócił się w stronę półek.

Eveline zamknęła księgę.

— Co było na medalionie?

Vaelen zatrzymał się. Tylko na moment.

— Słucham?

— Znak z tyłu. Ten, którego nie rozpoznałam.

— Był niewyraźny.

— Nie pytałam, jaki był. Pytałam, co oznaczał.

Vaelen spojrzał na nią przez ramię.

— Od kiedy zadaje pani tyle pytań?

— Od kiedy płaci pan dwieście koron za przedmioty z wymienionym zapięciem.

— Rozumiem.

— Więc?

— Więc nic.

Eveline skrzyżowała ręce.

— To bardzo przekonująca odpowiedź.

Dzwonek nad drzwiami sklepu zabrzmiał. Eveline odruchowo spojrzała w stronę sali sprzedażowej.

— Klient — wyszeptała.

— Proszę się nim zająć.

— Zamierzałam.

Minęła Vaelena.

— Panno Vale.

Odwróciła się.

Vaelen stał przy biurku.

Jego twarz była spokojna, ale coś w tonie głosu sprawiło, że przestała się uśmiechać.

— Jeśli ktoś zapyta o Archen, proszę powiedzieć, że nigdy pani o nim nie słyszała.

Eveline patrzyła na niego przez chwilę.

— Dlaczego ktoś miałby pytać?

— Nie powinien.

Dzwonek zabrzmiał ponownie. Eveline jeszcze przez moment nie ruszała się z miejsca.

Potem wróciła do sklepu.

Przy ladzie stał mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziała.

Był wysoki, szczupły i miał na sobie ciemnozielony płaszcz mokry od deszczu.

Uśmiechnął się uprzejmie.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

Mężczyzna rozejrzał się po sklepie.

— Szukam pewnego przedmiotu.

— Jakiego?

Mężczyzna spojrzał jej prosto w oczy.

— Medalionu z Archen.

Eveline nie odpowiedziała od razu.

Palce zacisnęły jej się mocniej na krawędzi pulpitu.

— Obawiam się, że nie mamy niczego takiego — powiedziała.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

— Doprawdy? Szkoda. Miałem informację, że wczoraj trafił tu pewien egzemplarz.

— Informacje bywają zawodne — odezwał się nagle jej pracodawca.

Mężczyzna przeniósł na niego wzrok.

— Lord Vaelen.

— Znamy się?

— Nie.

— Doskonale.

Mężczyzna podszedł bliżej lady.

— Chciałbym go kupić.

— Nie jest na sprzedaż.

— Jeszcze nie podałem ceny.

— Nie musi pan.

Uśmiech mężczyzny przygasł.

— Pięćset koron.

Vaelen nawet nie drgnął.

— Nie.

— Tysiąc.

Eveline spojrzała na niego.

Tym razem Vaelen przez chwilę milczał.

Mężczyzna oparł dłonie na blacie

— Sądziłem, że prowadzi pan sklep, więc powinien pan wiedzieć, że to bardzo dobra oferta.

— Wiem.

— A mimo to odmawia pan jej przyjęcia.

Mężczyzna przyglądał mu się przez chwilę.

— Rozumiem.

Odwrócił się w stronę wyjścia.

Przy drzwiach zatrzymał się jednak i spojrzał przez ramię.

— W takim razie mam nadzieję, że wie pan, co robi.

Vaelen nie odpowiedział.

Dzwonek nad drzwiami zabrzmiał cicho, gdy mężczyzna wyszedł.

Eveline odczekała chwilę.

— Tysiąc koron. Za medalion, za który wczoraj zapłacił pan dwieście.

Vaelen nie odpowiedział.

Eveline spojrzała na niego uważniej.

— Kim on był?

Vaelen przeniósł wzrok na drzwi.

— Problemem.

Przez chwilę jeszcze patrzył w stronę wejścia. Potem podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku.

Eveline uniosła brwi.

— Co pan robi?

— Zamykam sklep.

— Jest dopiero południe.

Vaelen zasunął rygiel i odwrócił tabliczkę na drzwiach.

— Proszę zabrać swoje rzeczy, panno Vale.

Eveline spojrzała na niego.

— Wysyła mnie pan do domu?

— Tak.

— Dlaczego?

Vaelen sięgnął po jej płaszcz i podał go jej.

— Na dzisiaj wystarczy.

Eveline przyjęła płaszcz, ale nadal mu się przyglądała.

— A jutro?

— Jutro otworzymy jak zwykle.

Narzuciła płaszcz na ramiona.

Vaelen otworzył jej drzwi.

— Do jutra, panno Vale.

— Do jutra, lordzie Vaelen.

Wyszła na ulicę.

Deszcz zdążył osłabnąć, ale chodniki nadal lśniły od wody. Eveline ruszyła w stronę domu, przez kilka minut próbując przekonać samą siebie, że Vaelen po prostu przesadzał.

Nie była w tym szczególnie dobra.

Na pierwszym skrzyżowaniu obejrzała się za siebie.

Nikogo.

Przyspieszyła.

Minęła piekarnię, księgarnię i zamknięty zakład zegarmistrza. Dopiero wtedy usłyszała kroki.

Nie zwróciłaby na nie uwagi, gdyby nie to, że ucichły dokładnie w chwili, gdy sama się zatrzymała.

Eveline spojrzała w witrynę sklepu po swojej lewej.

W odbiciu zobaczyła ciemną sylwetkę po drugiej stronie ulicy.

Mężczyzna w zielonym płaszczu.

Serce zabiło jej szybciej.

Nie odwróciła się.

Ruszyła dalej, tym razem wolniej. Po kilku krokach skręciła w boczną ulicę i zatrzymała się przy wystawie z porcelaną, udając zainteresowanie filiżankami ustawionymi za szybą.

Kroki ucichły.

Spojrzała w odbicie. Przez moment widziała tylko własną twarz i przesuwających się za nią przechodniów.

Potem go dostrzegła.

Mężczyzna w zielonym płaszczu stał po drugiej stronie ulicy, częściowo ukryty pod daszkiem zamkniętego sklepu.

Żołądek zacisnął jej się nieprzyjemnie.

Ścisnęła mocniej pasek torebki.

Przypadek.

Oczywiście.

Ruszyła dalej.

Na następnym skrzyżowaniu skręciła w przeciwną stronę niż zwykle.

Mężczyzna zrobił to samo.

Tym razem nie próbowała się oszukiwać.

Vaelen nie przesadzał.

Przyspieszyła.

Ulica przed nią była bardziej zatłoczona. Powozy przesuwały się powoli między pieszymi, ktoś nawoływał klientów spod markizy piekarni, dwie kobiety zatrzymały się na środku chodnika, blokując przejście.

Eveline wmieszała się w tłum.

Nie oglądała się.

Skręciła raz.

Potem drugi.

Dopiero po kilku minutach zatrzymała się pod kamiennym podcieniem i obejrzała za siebie.

Zielonego płaszcza nie było.

Wypuściła powietrze.

— Doskonale — mruknęła.

Być może rzeczywiście go zgubiła.

Naciągnęła płaszcz ciaśniej wokół siebie i ruszyła dalej.

Przez następne dwie ulice nic się nie wydarzyło.

Zaczynała już dochodzić do wniosku, że najgorsze minęło, kiedy znów usłyszała za sobą kroki.

Tym razem znacznie bliżej.

Nie obejrzała się.

Przyspieszyła.

Kroki również.

Serce podeszło jej do gardła.

Skręciła za róg i niemal wpadła na kobietę wychodzącą z księgarni.

— Eveline?

Zatrzymała się gwałtownie.

— Celia.

Celia spojrzała na nią ze zdziwieniem.

— Na litość boską, dokąd tak pędzisz?

Eveline zerknęła ponad jej ramieniem.

Na końcu ulicy pojawił się mężczyzna w zielonym płaszczu.

Zrobił jeszcze kilka kroków.

Potem się zatrzymał.

— Eveline?

— Co?

— Pytałam, czy wszystko w porządku.

— Tak. Oczywiście.

Celia uniosła brwi.

— Wyglądasz, jakby ktoś cię gonił.

Eveline znów spojrzała w stronę końca ulicy.

Mężczyzna nadal tam stał.

— Dokąd idziesz? — zapytała.

— Do domu.

Eveline złapała ją pod ramię.

— Doskonale. Ja też.

Celia spojrzała najpierw na jej dłoń, potem na twarz.

— Twój dom jest w przeciwną stronę.

Eveline zamilkła.

— Najpierw odprowadzę ciebie.

— Ach.

Celia przyjrzała jej się jeszcze przez moment.

— Teraz już zdecydowanie chcę wiedzieć, co się stało.

Ruszyły razem.

Eveline wytrzymała do następnego skrzyżowania, zanim obejrzała się za siebie.

Mężczyzny w zielonym płaszczu już nie było.

Mimo to nie puściła ramienia Celi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • P. J. Otter 3 godz. temu

    No, tutaj w końcu przestrzeń zaczyna istnieć wokół dialogów, zaczyna uczestniczyć w scenie. I od razu mam wrażenie, że tekst narracyjnie dużo lepiej się układa. W pierwszym rozdziale brakowało mi właśnie tego poczucia miejsca, natomiast tutaj pojawia się sklep, zaplecze, biurko Vaelena, a później ulice, deszcz, tłum, powozy czy kolejne skrzyżowania. Szczególnie druga część rozdziału bardzo dobrze na tym zyskuje. Eveline nie tylko jest śledzona, ale widzę, jak próbuje zgubić mężczyznę i jak wykorzystuje do tego otoczenie.

    Natomiast nadal mam spory problem z samym zapisem tekstu. Brak wyraźniejszych akapitów i właściwie rozbijanie niemal każdego zdania na osobną linię bardzo utrudnia mi czytanie. Przy większej liczbie dialogów chwilami naprawdę gubię się w tym, kto co mówi. Mam wrażenie, że sama narracja jest tutaj znacznie lepsza i bardziej przystępna niż w pierwszym rozdziale, tylko sposób jej zapisania bardzo ją zasłania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania