Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 6

Następnego ranka Eveline obudziła się z przekonaniem, że światło w oknie wymyśliła. Poprzedniego wieczoru było już późno, a ona stała po drugiej stronie ulicy. Mogło pochodzić z sąsiedniego mieszkania. Odbić się w szybie. Ktoś mógł wejść na chwilę, żeby zabrać rzeczy pani Maret. Do południa znalazła dla niego jeszcze kilka rozsądnych wyjaśnień. Żadne nie sprawiło, że przestała o nim myśleć. Vaelen siedział przy biurku i przeglądał korespondencję.

— Panno Vale.

Eveline podniosła wzrok.

— Tak?

— Od pięciu minut trzyma pani ten sam list do góry nogami.

Spojrzała na kartkę, po czym ją odwróciła.

— Teraz lepiej.

— Zdecydowanie.

Vaelen wrócił do swoich dokumentów.

Eveline odłożyła list. Przez następną godzinę próbowała pracować. Odpowiedziała na trzy listy, z czego jeden musiała napisać ponownie, bo zamiast nazwiska klienta wpisała „Maret". Przy czwartym dała za wygraną.

— Wychodzę na chwilę — powiedziała.

Vaelen nie podniósł wzroku.

— Dokąd?

Eveline sięgnęła po płaszcz.

— Mam coś do załatwienia.

Dopiero wtedy na nią spojrzał.

— Proszę tylko wrócić przed zamknięciem.

— Postaram się.

Eveline narzuciła płaszcz i wyszła, zanim zdążył zadać kolejne pytanie.

* * *

Kobieta z piekarni rozpoznała ją od razu.

— Znowu pani?

— Obawiam się, że tak.

— Znalazła pani jednak coś cennego?

— Nie jestem pewna.

Eveline zawahała się.

— Chciałam panią o coś zapytać.

Kobieta przestała układać bochenki.

— Słucham.

— Czy ktoś tam teraz mieszka?

— Nikt. Siostrzenica pani Maret ma przyjechać dopiero za kilka dni.

— Czy ktoś był tam wczoraj wieczorem?

Kobieta zmarszczyła brwi.

— Nie.

— Jest pani pewna?

— Sama zamykałam drzwi.

— Ma pani klucz?

— Zapasowy. Maret zostawiła mi go lata temu.

— Wczoraj, kiedy wychodziłam, widziałam światło w jednym z okien.

Kobieta zastygła.

— Jakie światło?

— Jakby ktoś zapalił lampkę.

Kobieta otarła dłonie o fartuch.

— Proszę tu zostać.

Zniknęła za drzwiami prowadzącymi na zaplecze. Wróciła po chwili z niewielkim kluczem.

— Pójdę sprawdzić.

Eveline ruszyła za nią.

Przy schodach piekarka obejrzała się przez ramię.

— Powiedziałam: proszę tu zostać. Głucha pani jest czy uparta?

— Uparta.

Kobieta westchnęła.

Schody były wąskie i strome. Z piekarni na dole ciągnęło ciepło; na półpiętrze Eveline rozpięła płaszcz. Na górze znajdowało się dwoje drzwi. Kobieta podeszła do tych po lewej i wyjęła klucz. Nie zdążyła go włożyć, gdy drzwi ustąpiły pod jej dłonią.

— Zamykała je pani? — zapytała Eveline.

— Sama.

Kobieta popchnęła drzwi. W mieszkaniu było ciemno. Pierwszy pokój wyglądał zwyczajnie: stół przykryty haftowaną serwetą, dwa krzesła, szafka z porcelaną i uschnięta roślina w glinianej doniczce na parapecie. Dopiero w drugim było widać, że coś się stało. Jedna szuflada komody leżała na podłodze, druga wisiała wysunięta do połowy, drzwiczki szafy stały otworem, a na łóżku piętrzyły się ubrania, pudełka i stare gazety. Piekarka zatrzymała się w progu.

— O Boże.

Eveline rozejrzała się. Nie wyglądało to jak zwykłe włamanie. Srebrna szczotka do włosów nadal leżała na toaletce. Obok stała niewielka szkatułka na biżuterię, otwarta, ale nieopróżniona. Na krześle wisiała torebka.

— Czy Maret trzymała tu pieniądze? — zapytała Eveline.

— Pewnie jakieś drobne.

— Biżuterię?

— To, co miała.

Eveline podeszła do toaletki. W szkatułce znajdowały się pierścionek, dwa łańcuszki i para kolczyków. Nikt ich nie zabrał. Odwróciła się.

— Ktoś czegoś szukał.

— Skąd pani wie?

Eveline wskazała szkatułkę.

— Bo złodziej miałby bardzo dziwne priorytety.

Przeszła do kolejnego pokoju. Tutaj bałagan był większy. Na podłodze leżały książki. Ktoś zdjął ze ściany niewielki obraz i pozostawił go oparty o kanapę, a szuflady starego biurka były otwarte. Eveline przykucnęła przy jednej z nich. Pusta. Druga zawierała rachunki, kilka listów i stare pokwitowania. Przesunęła palcami po papierach.

— Proszę tego nie ruszać — powiedziała piekarka.

Eveline zatrzymała rękę.

— Oczywiście.

Odczekała sekundę. Potem wyciągnęła jeden z dokumentów.

— Panno...

— Tylko patrzę.

Pierwszy papier był pożółkłym rachunkiem za opał. Następny dotyczył naprawy dachu. Kolejny był znacznie starszy. Eveline już miała go odłożyć, gdy zauważyła nazwisko.

Tamas Maret.

Rozłożyła kartkę. Było to pokwitowanie wypłaty sprzed ponad osiemnastu lat. Kwota nie była szczególnie wysoka. Niżej widniała nazwa przedsiębiorstwa.

Północna Kompania Przewozowa.

— Znalazła pani coś? — zapytała kobieta.

— Mówiła pani, że pracował przy przewozach.

— Tak.

— Dla tej firmy?

Kobieta podeszła bliżej i zmrużyła oczy.

— Północna Kompania...

Zastanowiła się.

— Możliwe. Nazwa brzmi znajomo.

Eveline odwróciła dokument. Na odwrocie ktoś zapisał ołówkiem kilka liczb. Nic więcej. Wsunęła kartkę z powrotem między rachunki. Dopiero wtedy zauważyła niewielki prostokąt jaśniejszego drewna na dnie szuflady. Coś leżało tam przez bardzo długi czas. Coś mniej więcej wielkości książki. Teraz tego nie było.

— Wie pani, co tu trzymała?

Kobieta spojrzała do szuflady.

— Skąd mam wiedzieć?

Eveline przejechała palcem po jasnym śladzie. Ktoś przeszukał wszystkie szuflady, ale tylko z tej jednej coś zabrał. Za ich plecami skrzypnęła podłoga. Obie odwróciły się gwałtownie.

— Stary budynek — powiedziała piekarka.

Eveline nasłuchiwała, ale nic więcej nie usłyszała. Wróciła wzrokiem do otwartej szuflady i pozostawionej biżuterii. Ktokolwiek był tu poprzedniego wieczoru, nie przyszedł po pieniądze. Przyszedł po coś, co należało do Tamasa Mareta.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania