Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 3

Rano sklep wyglądał dokładnie tak jak zawsze. Gabloty stały na swoich miejscach. Szyby były całe. Drzwi nie nosiły żadnych śladów włamania.

Vaelena również nie było.

Pojawił się dopiero później, jak gdyby poprzedni dzień nie wydarzył się wcale.

— Dzień dobry, panno Vale.

Eveline podniosła wzrok.

— Dzień dobry.

Dopiero kiedy podszedł bliżej, zauważyła cienkie rozcięcie tuż pod jego kością policzkową.

— Co się panu stało?

— Nieudany wieczór przy kartach.

— Rozumiem — powiedziała, choć wcale nie rozumiała.

Vaelen przeszedł za ladę, jakby temat był już zamknięty.

— Ten mężczyzna wczoraj za mną szedł.

Vaelen zatrzymał się.

— Jak długo?

— Prawie całą drogę.

— Jest pani pewna?

— Skręciłam kilka razy. Za każdym razem robił to samo.

Twarz Vaelena nie zmieniła się.

— Nic pani nie zrobił?

— Nie. Spotkałam przyjaciółkę i wtedy odpuścił.

— Rozumiem.

— Śledził mnie człowiek, który wczoraj oferował panu tysiąc koron za medalion. Chcę wiedzieć dlaczego.

— Uważam, że chciał wiedzieć, kim pani jest.

— Skąd pan wie?

— Nie wiem. Podejrzewam.

Eveline czekała, ale Vaelen najwyraźniej nie zamierzał powiedzieć nic więcej.

Jeśli nie chciał jej niczego wyjaśnić, będzie musiała sprawdzić to sama.

Vaelen sięgnął po płaszcz.

— Dokąd pan idzie?

— Załatwić pewną sprawę.

— Związaną z medalionem?

— Panno Vale.

— To było pytanie.

Narzucił płaszcz na ramiona.

— Proszę zostać w sklepie.

— Sama?

— Radziła sobie pani wczoraj.

— Wczoraj nikt jeszcze za mną nie chodził.

Vaelen zatrzymał się przy drzwiach.

— Jeśli ten człowiek wróci, proszę niczego mu nie mówić.

— I tyle?

— I nie próbować być bohaterką.

I wyszedł. Przez następną godzinę nie wydarzyło się nic wartego uwagi.

Eveline sprzedała dwa flakony eliksiru przeciwgorączkowego, odmówiła przyjęcia srebrnej bransolety, która okazała się posrebrzanym mosiądzem, i po raz trzeci tego ranka ziewnęła tak szeroko, że aż zaszkliły się jej oczy.

Noc niemal w całości spędziła na nasłuchiwaniu kroków za oknem. Teraz płaciła za to cenę. Oparła dłonie o ladę i przetarła twarz.

Kiedy dzwonek nad drzwiami zabrzmiał, Eveline wyprostowała się. Do środka weszła starsza kobieta w ciemnym kapeluszu. W jednej ręce trzymała laskę, w drugiej niewielki pakunek owinięty materiałem.

— Dzień dobry — powiedziała.

— Dzień dobry.

Kobieta podeszła do lady i położyła pakunek przed Eveline.

— Chciałabym wiedzieć, czy to ma jakąś wartość. Sąsiadka mówiła, że przedwczoraj zapłaciliście tu dwieście koron za jakiś stary medalion.

Eveline rozwiązała materiał. W środku znajdowała się mała szkatułka z ciemnego drewna, z prostym mosiężnym zamkiem i lekko wyszczerbionym rogiem.

— Mogę?

— Oczywiście.

Eveline obróciła szkatułkę w dłoniach.

— Prawdopodobnie koniec zeszłego stulecia. Może trochę starsza.

— Należała do mojego męża.

— Wie pani, skąd ją miał?

— Nie. Podróżował dużo. Przywoził różne rzeczy.

Eveline nacisnęła zatrzask. Wieko otworzyło się z cichym kliknięciem. W środku znajdowały się trzy monety, dwa guziki i złożony kawałek pożółkłego papieru.

Nic szczególnego. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Eveline wyjęła monety. Jedna była niemal całkowicie starta. Drugą rozpoznała od razu. Przy trzeciej zatrzymała się.

Odwróciła ją. Na odwrocie widniał niewielki znak.

Eveline zmarszczyła brwi. Widziała go już wcześniej.

Na medalionie.

— Coś nie tak? — zapytała kobieta.

— Nie jestem pewna.

Przybliżyła monetę do światła.

— Wie pani, skąd pani mąż mógł ją mieć?

— Niestety nie.

— Nigdy o niej nie wspominał?

Starsza kobieta pokręciła głową.

— Trzymał tę szkatułkę w szufladzie przez całe nasze małżeństwo. Nigdy nie sądziłam, że jest w niej coś ciekawego.

— Chciałaby ją pani sprzedać?

— Jeśli jest coś warta.

— Nie potrafię jej teraz wycenić. Muszę najpierw ustalić, skąd pochodzi.

— Ile to potrwa?

— Do jutra.

— W takim razie ją zostawię.

Eveline otworzyła księgę przyjęć i zapisała nazwisko kobiety.

„Drewniana szkatułka z zawartością. Do wyceny.”

Zawahała się z piórem nad papierem. Potem postawiła kropkę. O monecie nie napisała ani słowa.

Kobieta podpisała wpis i po chwili wyszła. Dopiero gdy dzwonek nad drzwiami ucichł, Eveline wróciła do lady i podniosła monetę.

Ten sam znak.

Nie podobny.

Ten sam.

Przez moment rozważała, czy poczekać na Vaelena. Potem przypomniała sobie wykreślone słowo „Archen” w księdze zakupów.

Nie.

Tym razem najpierw sprawdzi sama.

Przeszła na zaplecze. Na najwyższej półce stały katalogi cechów, rodów i dawnych znaków handlowych. Eveline zdjęła pierwszy tom. Potem drugi. Trzeci.

Po czterdziestu minutach miała przed sobą stos otwartych ksiąg i żadnej odpowiedzi. Zaczęła się już zastanawiać, czy Vaelen celowo kupował rzeczy, których nie da się zidentyfikować.

Znak nie należał do cechu. Nie był oznaczeniem mennicy. Nie znalazła go również wśród symboli starych zakonów.

Dopiero w trzecim tomie, niemal na końcu, zobaczyła znajomy kształt.

Zatrzymała palec na stronie. Pod rysunkiem widniały dwa słowa.

„Dom Archen.”

Niżej znajdowała się krótka adnotacja.

„Linia wygasła.”

Przeczytała ją jeszcze raz.

Z korytarza dobiegł odgłos otwieranych drzwi.

Vaelen.

Zamknęła księgę i odłożyła ją na półkę. Monetę wsunęła do niewielkiej koperty i schowała między dokumentami klientki. Kiedy Vaelen wszedł na zaplecze, siedziała już przy biurku, trzymając pióro w dłoni.

— Dużo klientów?

— Niespecjalnie.

— Coś wartego uwagi?

Eveline zanurzyła pióro w atramencie.

— Nie.

Jego wzrok zatrzymał się na szufladzie. Potem odwrócił się i wyszedł. Eveline odczekała kilka sekund i otworzyła szufladę. Koperta z monetą nadal tam była.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • P. J. Otter 2 mies. temu

    Ten rozdział podoba mi się chyba najbardziej pod względem fabularnym. Mam wrażenie, że wszystkie elementy zaczynają się tutaj powoli ładnie zazębiać: medalion, znak Archen, kolejny przedmiot z tym samym symbolem, a do tego Eveline, która sama zaczyna szukać odpowiedzi. Widać, że masz konkretną koncepcję na tę historię i sporo pomysłów na jej rozwój, a to zdecydowanie zachęca mnie do czytania dalej.

    Językowo również jest całkiem sprawnie. Tekst czyta się lekko, a dialogi, choć oszczędne, brzmią naprawdę naturalnie. Widzę tutaj tylko tendencję do operowania coraz krótszymi zdaniami i to byłby chyba jedyny minus w kwestii językowej (moje subiektywne zdanie oczywiście).

    Mam natomiast wrażenie, że podczas dialogów cała reszta trochę przestaje istnieć. Dostajemy dialog–dialog–dialog, a pomiędzy nimi niewiele albo nic się nie dzieje. Brakuje mi gestów, spojrzeń, drobnych reakcji bohaterów czy tego, co dzieje się wokół nich. Nie chodzi mi o rozbudowywanie każdej rozmowy, tylko o większe poczucie, że bohaterowie rzeczywiście rozmawiają w konkretnym miejscu, a nie funkcjonują wyłącznie poprzez wypowiadane kwestie. (Ale to też oczywiście traktuj jako moje osobiste preferencje i ewentualnie drobną sugestię, gdybyś kiedyś chciała coś w tym kierunku zmieniać).

    No i pozostaje kwestia zapisu tekstu, o której wspominałam wcześniej. Nadal trochę utrudnia mi to odbiór. Ale tym razem tylko o tym wspominam, bo przecież komentuję to jakiś czas po publikacji rozdziałów, a nie na bieżąco.

    Poza tym jestem naprawdę ciekawa, dokąd ta historia zmierza. :)

  • Paweł Sawicki 2 mies. temu

    Jeszcze "czwóra", bo gdzieś między wierszami błyśnie coś czasem... Dam kolejnym tekstom szansę, choć nie wiem, ilu...

  • karcian 2 mies. temu

    A co podobało ci się w tym rozdziale? :)

  • Paweł Sawicki 2 mies. temu

    Nie wiem, czy coś konkretnego. WYDAJE mi się, że twe teksty ROKUJĄ, by w przyszłości nieść trochę świeżości w sobie. Może to.

    TECHNIKALIA: gdzieś tam przewinęło się "Gdy wszedł klient, dzwonek zabrzmiał" raz czy dwa, a w którymś tekście stało: "Gdy wychodził, dzwonek zabrzmiał cicho". Jakoś tak to wybrzmiało, jakgdyby dzwonek dzwonił ciszej, gdy ktoś wychodzi, a przeca to ten sam dzwonek. Wątpię szczerze, by ktoś to kiedykolwiek zauważył, prócz mnie.
    Acz ja zauważyłem ;)

  • Paweł Sawicki 2 mies. temu

    NIe umiem edytować tych komentarzy, da się w ogóle? Stąd kolejny.

    Nie pyta, co mi się podobało w tym "rozdziale" (w moim świecie kilkadziesiąt wierszy krótkich dialogów bądź kilkuwyrazowych akapitów to nie jest rozdział), czy w tym akurat WYCIĘTYM SKRAWKU CAŁEJ HISTORII. Gwiazdki klikałem dla zachęty i wyłącznie za "techniczną" stronę tekstu: za język polski, jak został użyty.
    Jeżeli poznam twej opowieści ciąg dalszy, wówczas zapewne będę mógł coś o tym powiedzieć. No, chyba, że okaże się, co to całe nieistniejące miasto stało się niewidzialnym, bądź przeniosło się w inny wymiar, czy coś takiego, zaś jedynym sposobem, by się tam przenieść, jest taki medalion czy inny artefakt. Wówczas pewnie nie napiszę nic, bo to będzie bajka dla dzieci, a ja już wyrosłem ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania