SZKARŁATNA CELA - Rozdział 18
Po tygodniu w siodle, obozowaniu pod gołym niebem, życiu o tłustej, wędzonej kiełbasie, suszonym mięsie i moczonym w wodzie chlebie, posiłkach sporadycznie uzupełnianych jabłkiem lub kawałkiem kalarepy, zgodnie stwierdzili, że na tyle oddalili się od stolicy, iż chwilowy powrót na popularniejszy trakt nie powinien w większym stopniu zaszkodzić misji. Oczywiście mieli na uwadze, że ruch ten był ryzykowny, wymagał wzmożonej uwagi i nadłożenia drogi, ale korzyści wynikające z tej decyzji przewyższać miały hipotetyczne zagrożenia. Z początku Robern przeciwny był pomysłowi. To Benjamin głównie nalegał na zmianę trasy, narzekając na pogłębiający się ból pleców i pośladków, wywołany podróżą na drabiniaku podskakującym bez przerwy na wertepach. Klemens co prawda nieśmiało aprobował pomysł księcia, ale bał się otwarcie przeciwstawić generałowi. Koniec końców nie zmieniliby planów, gdyby nie to, że generał spojrzał na mapę i cokolwiek, co na niej dojrzał, skłoniło go do własnego wyznaczenia trasy, uwzględniającej oczekiwany przez pozostałych powrót na przyzwoity trakt, a nawet dopuszczalny nocleg w gospodzie. Później wyjaśnił im pokrótce, że zatrzymają się w miejscu, które bardzo dobrze zna, i które powinno być bezpieczne. Znał właścicielkę. Mało tego, kobieta była jego ciotką. Powiedział, że to jedyna osoba, której obecnie mogą zaufać, choć nakazał im nie wychodzić z roli i trzymać język za zębami, dopóki wyraźnie nie da im do zrozumienia, że sytuacja jest w stu procentach zabezpieczona.
Powrót na główną drogę szybko okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Przede wszystkim Benjamin widocznie się uspokoił. Przestał marudzić i zaczął nawet zagadywać Klemensa odnośnie jego, jak to ujmował, prostego życia poza stolicą. Klemens z braku innych zajęć uważał to za całkiem zajmujące, a przy okazji w pewnym sensie zbliżyło go to trochę do chłopaka. Benjamin zagadywał go też w kwestiach tyczących się jego siostry, lecz to dużo mniej podobało się Klemensowi i każdorazowo starał się wybrnąć z takich pytań, zmieniając temat na jakiś tyczący się zainteresowań księcia. Szybko bowiem zauważył, że księciu najlepiej mówiło się o samym sobie, a co najważniejsze, o samym sobie, w dobrym świetle. A jeszcze kiedy ktoś przyznawał mu rację, wyrażał zainteresowanie albo podziw, to już w ogóle rozpływał się w skowronkach. Nawet sam generał wykazywał oznaki lepszego samopoczucia. Bardzo subtelne oznaki, ale w jego przypadku, robiły one kolosalną różnicę.
Nie tylko poprawił się im komfort jazdy, w czysto technicznym sensie, ale i zapewnienie bezpieczeństwa grupie stało się łatwiejsze. Droga, którą wybrali, była praktycznie pusta. Robern doszedł do prostego wniosku. Ludzie, którzy zdecydowali się opuścić stolicę, musieli wybrać krótszą trasę na bardziej rozwinięty południowy wschód. Ich trakt natomiast, mimo że jeden z główniejszych, zataczał większy łuk, zahaczając ledwie o kilka położonych bardziej na północy małych miejscowości. Ci, którzy chcieli dotrzeć do tych miejsc, w większości już dawno do nich dotarli, wybierając zapewne drogi na skróty. Mniej ludzi to mniej ciekawskich oczu i uszu. Mniej ludzi to większa szansa na szybsze wykrycie zagrożenia. Kiedy trakt był pusty, łatwiej było wszystko zobaczyć i usłyszeć. Nawet to, co działo się głęboko w lesie.
Pomimo komfortu jazdy po równej powierzchni, mimo polepszenia nastrojów, Robern nie pozwalał sobie na opuszczenie gardy. Choć wyglądał na względnie zrelaksowanego, pozostawał skupiony i czujny. Z ulgą przyjął moment, w którym książę skończył kłapać gębą i usnął rozwalony na wozie z głową opartą na worku z kaszą.
Minęło południe. Benjamin spał w najlepsze, przypominając pozostałym o swojej obecności, puszczając od czasu do czasu soczystego, głośnego bąka. Widać, surowa kalarepa niezbyt mu służyła.
Robern, który od jakiegoś czasu trzymał się nieco z tyłu, przyspieszył i podjechał do powożącego Klemensa. Z braku ruchu na trakcie, pozwolił sobie na zsunięcie kaptura. Jego i tak przydługie, ciemne włosy urosły odrobinę przez ostatnie dni, a delikatny zarost na twarzy zagęścił się, uwydatniając rysy. Zaskakująco, wyglądał groźniej niż zazwyczaj. Poważniej i bardziej nieprzystępnie.
– Lada moment powinniśmy być na miejscu – poinformował kompana. – Tak, jak mówiłem, dopóki nie dam sygnału, nie mówicie nic ponad to, co zwyczajowo przyjęte jako wymiana grzeczności. Jeśli Martha was o coś zapyta, trzymajcie się ustalonej wersji. Mnie i tak rozpozna, to oczywiste, ale wy jesteście dla niej zwykłymi kupcami. Jeśli uznam za sposobne, sam jej wszystko wytłumaczę.
– Szczęście, że mojego imienia nie musieliśmy zmieniać. I tak mam trudności ze zwracaniem się do księcia per Lucas. Do tego jeszcze mianowanie pana Antonem. Sam o sobie bym zapomniał – przyznał szczerze Klemens. – Że nie wspomnę o traktowaniu młodego jak zwykłego chłopaka. Wpajano mi od dzieciaka, że do szlachty należy podchodzić z szacunkiem. Ciężko więc traktować, zwłaszcza kogoś takiego jak on, jak zwyczajną osobę.
– Mówisz tak, a radzisz sobie nienajgorzej. Prawdę powiedziawszy, jestem pod wrażeniem tego, jak szybko zaadaptowałeś się do obecnej sytuacji.
Klemens popatrzył na generała mocno zaskoczony.
– Muszę ci powiedzieć, że byłem przeciwnikiem Małej Gwardii. Taka formacja wydawała mi się wręcz niedorzeczna. Król jednak nalegał, nalegali jego doradcy, a najwięcej do powiedzenia w temacie miał Wielki Marszałek Kacerian. – Robern niespodzianie otworzył się przed Klemensem. – Przyznam, że się myliłem. Najemni gwardziści niezgorzej radzą sobie z najpodlejszymi rozkazami. Wystarczy odpowiednio ich wyselekcjonować i opłacić. Oczywiście nastręczają też pewnych trudności, lecz łatwo jest pozbyć się wadliwych jednostek. Takie osoby dla systemu są praktycznie niewidoczne. Jak sam wiesz, to w ogromnej większości ludzie przyjezdni, często bez rodzin, bez stałego miejsca zamieszkania, osoby w kryzysie i bezdomne. Nawet jeśli taki zaginie, nikt nie będzie dochodził, co się z nim stało, albo po prostu nie będzie go na to stać.
Klemens przełknął ślinę. Rzeczywiście za okresu jego zatrudnienia, pod ziemię zapadło się kilku znanych mu członków Małej Gwardii, a ludzie zachowywali się tak, jakby tamci nigdy nie istnieli. Słyszał też, że umowy były niszczone, a rzeczy osobiste palone, by zatrzeć wszelkie ślady ich bytności. Tak zwana ciemna strona korony, o której głośno się nie mówiło.
– O ile mogłem przymknąć oko na uformowanie Małej Gwardii. Pod pewnymi własnymi warunkami – kontynuował generał. – O tyle nie w smak był mi pomysł przydzielenia jej członków do ochrony księcia. Wiem, że w założeniu mieliście być jak cienie pilnujące młodego monarchy. Skryci i nierozpoznawalni. Że wasz kontakt z młodym miał być ograniczony do zera. Prawda jest taka, że w zasadzie byliście mięsem armatnim. Tarczą, która miała chronić Benjamina. Zgodziliście się osłonić go własnym ciałem w razie zagrożenia życia. Na zamku traktowano was bardziej jak narzędzia aniżeli osoby z krwi i kości. – To mówiąc, spojrzał na Klemensa. – Wiem, że nie to chciałeś usłyszeć, ale taka jest prawda.
Klemens kiwnął głową.
– Rozumiem. Dziękuję, że mi pan o tym powiedział. Szczerze to… wiedziałem, na co się piszę. Mała Gwardia wygląda ładnie tylko z nazwy. Jedynie z opowieści. Powiedziałbym nawet, że dla prostego człowieka, takiego jak ja, brzmi ona dumnie. No ale właśnie. To tylko pozory. Będąc jej częścią, poznając jej realia, dowiedziałem się dopiero, jak jest naprawdę. Choć po prawdzie, wolałem udawać, że moja funkcja nadal coś znaczy. Tym bardziej, że sam książę zwrócił na mnie uwagę.
– Słyszałem, że uczyłeś go strzelać z kuszy.
– Tak. Poprosił mnie o to. – Zaśmiał się. – Polecił mi. To chyba odpowiedniejsze określenie.
– A więc coś jednak osiągnąłeś. Nie umniejszaj sobie. Uwierz mi, że dopuszczenie kogokolwiek obcego bezpośrednio do dziedzica tronu to niemal absolutny precedens. Taki przywilej to zjawisko wręcz unikalne na królewskim dworze. Zadano sobie wiele trudu, aby sprawdzić zarówno ciebie, jak i twoje otoczenie, prześledzić całe twoje życie od deski do deski. Musiałeś być nieskazitelny. Osoby za to odpowiedzialne wiedzą o tobie więcej, niż się spodziewasz i przez cały czas miały cię na oku.
Klemens uśmiechnął się. Pochwalił go sam generał królewskiej armii. Utrzymujący wszystkich na dystans, chłodny w obyciu człowiek. Może nie jest taki straszny, jakim go opisują. Pomyślał.
Tymczasem las przed nimi przerzedził się. Ubitą ziemię pod końskimi kopytami zastąpił drobny żwir. Wyjechali na skraj ogromnej, owalnej polany. Droga prowadziła co prawda dalej w głąb lasu, ale oni zjechali z niej i skierowali się brukowanym podjazdem ku pokaźnej gospodzie, stojącej pośrodku tej sztucznie stworzonej oazy. Budynek miał dwa piętra, sporą werandę i niemniej obszerny taras. Zbudowano go z polnego kamienia i bali. Dach pokrywała gruba strzecha. Tuż obok, po prawej od głównego wejścia, wybudowano stajnię. Po lewej natomiast znajdował się mały sad i ogród, w którym spomiędzy roślin wychylało się zadaszenie głębinowej studni.
Mężczyźni zatrzymali się przed wejściem. Pierwszy Robern, tuż za nim Klemens z wozem, a na końcu przywiązana do drabiniaka klacz. Gdy wóz stanął, nieprzytomnie wyjrzał z niego Benjamin. Obudziły go niespodziewane manewry i parsknięcie konia, który ucieszył się na widok poidła i najwyraźniej nie mógł doczekać się solidnej porcji wody.
Generał zeskoczył z siodła, przeciągnął wodze przez koński łeb i zsunął z niego ogłowie stosowane do jazdy. Następnie z torby przypiętej do siodła wydobył kantar. Zainstalował go przy końskim pysku i podprowadziwszy zwierzę do wodopoju, zaczepił go do uwiązu. Pomógł też Klemensowi uporać się z pozostałymi dwoma końmi. Wóz postawili przy frontowej ścianie. Benjamin stał i przyglądał się im, przestępując z nogi na nogę. Nie mógł doczekać się, aż wejdą do zajazdu. Gdyby mógł, odezwałby się i ponaglił ich, ale Robern nakazał mu milczeć.
Zanim udali się do wejścia, generał rozejrzał się po okolicy. Wyglądało na to, że zajazd był pusty. Nie dostrzegł śladów kopyt ani odcisków butów, poza tymi, które sami zostawili. Za oknami nie widać było ruchu. Stajnię zamknięto na kłódkę. Panująca wokół cisza, mącona jedynie śpiewem ptaków i cykaniem świerszczy, zdawała się to potwierdzać.
– Chodźmy. – Zadecydował, kierując się ku drzwiom.
W środku było chłodno, pachniało jedzeniem i dymem z paleniska. Z dworu wchodziło się bezpośrednio do części jadalnej. Do ładnie urządzonej karczmy, bogato udekorowanej darami lasu. Pod szpalerem jelenich poroży wybudowano część barową z dębowym blatem i wysokimi stołkami. Za stolikami, po lewej stronie sali, tuż za wypchanym niedźwiedziem znajdowały się schody na kolejne piętro, a kilka metrów dalej wejście do piwnicy z zawieszoną na nim tabliczką „NIE WCHODZIĆ”. Obok baru, po prawej, wstawiono oszklone drzwi na taras, a za barem, niedostępne dla gości, stały otworem drzwi do kuchni.
To właśnie przez te drzwi, naprzeciw nim wyszła Martha. Jej niebieski fartuch w drobne białe kwiatuszki umazany był mąką. Fryzurę miała ukrytą pod cienką chustą, przez co wyglądała sędziwiej niż w rzeczywistości.
– Niebywałe, że w pierwszej chwili cię nie poznałam – zaczęła starsza kobieta, oceniająco patrząc na Roberna. – Zmężniałeś. Myślałam, że to jakieś przystojne jegomoście mnie na tym zadupiu nawiedziły. Dopiero jak żeś zlazł z konia, tom dojrzała, żeś jednak karakan. – Położyła dłoń na ramieniu generała. – I tak to czar prysł. Nic a nic nie urosłeś.
Robern odchrząknął i zgrabnie usunął się spod kobiecej dłoni.
– Cóż, trochę czasu minęło od naszego ostatniego spotkania... Niemniej tę ostatnią uwagę mogłaś sobie darować.
– Trochę czasu?! – Kobieta podparła ręce na biodrach. – Siedem lat żem cię nie widziała. Siedem, Robern!... Niewdzięczniku ty jeden. Na zamku sobie w piórka obrasta i ani myśli starej ciotki odwiedzić. Czymże ty taki zajęty jesteś, że zajrzeć tu nie możesz? Tylko praca i praca. Mieczem trochę pomacha, łeb komu obetnie. Ni rodziny, ni nawet baby nie ma... Chyba że żeś se w końcu jakąś znalazł. – Mówiąc to, usiadła na krześle obok małego stolika. – Choć, co ja gadam. Z takim charakterem to żadna cię przecie nie zechce.
– Skończyłaś?
Klemens i Benjamin spojrzeli po sobie porozumiewawczo.
– A co? – kontynuowała kobieta. – Mówić, co mam na myśli, mi na własnym wygwizdowie nie pozwoli?
– Przecież zakup tego zajazdu był tylko i wyłącznie twoim pomysłem. Ja ci go tylko sfinansowałem. Sama chciałaś tu przyjechać, toteż nie narzekaj teraz, że cię nie odwiedzam. Mogłaś mieć tawernę w mieście albo coś przyzwoitego w jego granicach. A tak to masz swoje „w sercu puszczy”.
– Póki twój wuj żył, jakoś żeśmy sobie radzili. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze się nam tutaj wiodło. Za stolicą tęskno nie było. – Przerwała, by potoczyć wzrokiem po mężczyznach. Wyraźnie coś sobie w międzyczasie uświadomiła. – A wy czego nie siadacie? Tyle dziś miejsca wolnego w karczmie. Cosik się tutaj pusto w ostatnim tygodniu zrobiło. – Wskazała palcem na wolne krzesła przy stole. – No dalej. Siadajta. Nie wypada to tak z gośćmi rozmawiać, kiedy gospodyni siedzi, a oni stojo i paczo się jak cielęta w malowane wrota.
Powodowani stanowczością w głosie kobiety i jej jakże osobliwą umiejętnością natychmiastowego zjednywania sobie ludzi, mimo jej dość niefrasobliwego języka, odruchowo zajęli miejsca naprzeciw niej.
– No, bardzo ładnie. Zaraz coś wam do picia przyniosę. Zjecie wy co? Pewniście głodni po podróży.
– Ja bym chętnie zjadł. – Ręka Benjamina wystrzeliła w górę. – Comber cielęcy, średnio wypieczony. Do tego różyczki ziemniaczane z sosem z zielonych szparagów i odrobiną podwędzanej papryki. Trzy, góra cztery nitki szafranu. Dobrze by było uprzednie namoczyć je w mleku. Na koniec surówka na bazie kapusty i słodkiej marchwi. Może być z dodatkiem selera. I koniecznie z porządną garścią prażonych orzechów. Do skropienia warzyw wystarczy pół cytryny.
Ciotka Roberna popatrzyła na chłopaka skonfundowana. Dotąd jej uwaga skupiała się głównie na drugim mężczyźnie towarzyszącym generałowi, który tak jak Robern, sprawiał wrażenie wojskowego, choć nie wiadomo dlaczego, tak jak pozostali odziany był w kupieckie łachmany. Był wysoki i nieźle zbudowany. Zbliżony wiekiem do jej przyszywanego syna. Młody chłopak natomiast od początku sprawiał wrażenie kogoś nie na miejscu. Kogoś, kto w tej grupie znalazł się z przypadku. Przede wszystkim był brudny. Na twarzy zostały mu ślady sadzy, którą najwidoczniej rozsmarował nieopatrznie po policzkach i czole podczas ostatniego, dłuższego postoju. Jego włosy były przetłuszczone i rozczochrane. Obcięte byle jak. Przez cały czas trzymał się też krok za pozostałymi. Teraz wystartował z nagła z przepisem z górnej półki. Daniem, jakie jada się w najlepszych przybytkach. Do tego w jego głosie było coś dziwnego. Coś, co nie pasowało do wizerunku, który sobą reprezentował.
– To twój syn, Robernie? – podjęła pierwszą myśl, jaka jej się nasunęła.
Robern aż szurnął krzesłem i mało byłby wstał, lecz w porę zreflektował się nad swoją gwałtownością i pozostał na miejscu.
– Zwariowałaś? Jaki mój syn? – Mimo wszystko dało się słyszeć oburzenie w jego głosie.
– A bo ja tam wiem, co żeś wyprawiał przez te wszystkie lata? Może zmajstrowałeś gdzie jakiego bękarta. – Przyjrzała się Benjaminowi. – Ale w sumie w ogóle nie podobny. Nic a nic.
– Bo mówię ci, że to nie mój syn.
Martha przeniosła wzrok na Klemensa. Mimo niemej sugestii idącej w ślad za tym gestem, zapytała:
– Czyli twój? Tak?
Klemens drgnął, kiedy cała uwaga nagle skupiła się na nim.
– Nie, proszę pani.
– To syn starego przyjaciela – wtrącił się Robern, chcąc czym prędzej zmienić temat. – Sierota. Miał nieszczęście stracić rodziców podczas pożaru. Klemens go przygarnął. Pomaga mu w pracy.
Martha zmrużyła powieki, próbując przejrzeć Roberna na wylot. Znała go nie od dziś. Potrafiła prawie ze stuprocentową pewnością stwierdzić, kiedy ten kłamał, a teraz właśnie miała tego typu wrażenie. Robern łgał jak pies. Co do tego nie miała wątpliwości. Mimo to, szybko zrozumiała, że nie powinna wchodzić z nim w dysputę. Mężczyzna wyraźnie miał ku temu powód. Nie bez kozery pojawił się u niej niezapowiedzianie w towarzystwie tej dwójki. Nie bez przyczyny udawał kupca. Coś było na rzeczy i to coś poważnego. Jakby dodać do tego fakt, że ruch na trakcie wyraźnie zmalał, można było szybko połączyć kropki.
– Dobrze więc – westchnęła wstając od stołu. – Przyniosę kompotu z wiśni i kurczaka co go żem rano upiekła. Chleb jest jeszcze gorący, bo niedawno wyszedł z pieca, ale ze smalczykiem i kiszonym ogóreczkiem wam posmakuje i na ciepło.
– Wolelibyśmy się najpierw odświeżyć. Wiem, że z grzeczności nam tego nie powiesz, ale nie pachniemy za ładnie – powiedział Robern, wstając od stołu, gotów jak najprędzej udać się pod prysznic.
Martha przystanęła w pół drogi do kuchni.
– Tak, prawda to. Zwłaszcza młodzieniec wymaga porządnego szorowania – przyznała. – Wiem, że nie mi uczyć cię, jak się dziećmi zajmować… Przynajmniej jeśli one nie twoje, ale jakieś podstawy zaopiekowania się małoletnimi jednak mieć się powinno. Chłopak wygląda, że pożal się bogowie. Zresztą wy wyglądata nie lepiej. Wiesz, gdzie są klucze do łaźni. Zajazd jest całkiem pusty. Ostatni goście wyjechali wczoraj. Możeta czuć się jak u siebie. – Poprawiła węzeł na chuście. – No. To ja wam przynajmniej pokoje naszykuję, skoro idzieta się myć, co by były gotowe jak już czyści będziecie i sobie pojecie.
– Pokój – doprecyzował Robern.
Martha westchnęła.
– Jak tam sobie chce. Niech będzie i pokój.
– Trzyosobowy.
– Tak, tak. Trzyosobowy – mówiła, wspinając się po schodach. – Jak tam sobie chce. Tylko niech później nie narzeka, że będzie za duszno. – Postękała coś jeszcze niezrozumiale. – A miał wybór. Może wygodnie spać, ale ten to zawsze po swojemu musi – mówiła już do siebie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania