Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA ROZDZIAŁ IV ( opowiadanie gore )
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA
ROZDZIAŁ IV
Blask płonącego za nią ogniska pozwalał, aby podczas biegu, mogła nie potknąć się o wrośnięty w ziemię odłam kamienia, zdający się chcieć zniweczyć jej dalszą ucieczkę. Zwinnym susem postawiła na nim jedną z luźno zawiązanych trampek, aby balansując na jego nierównej powierzchni, móc zeskoczyć z drugiej strony, co wydało jej się przerażającym: w litą czeluść nie przeniknionego mroku. Nie miała czasu, aby rozważyć, co może ją tam czekać, a gdy zrozumiała, że warto było o tym pomyśleć, zmierzała właśnie w tę stronę, zarówno bezpowrotnie, jak szczerze nie chcąc, aby było jakkolwiek inaczej. Gdy zrozumiała, że znajduje się w powietrzu nienaturalnie długo ponad niespełna sekundę, z wyrazem przerażonego zdziwienia na twarzy, spojrzała w dół, zdając sobie sprawę, iż spadanie z wysokości kilku metrów w odmęty niewiadomego, wcale nie jest jednym ze zwyczajnych kroków. Ku jej zdziwieniu, od opuszków palców stóp, aż do bioder, nie poczuła, pomimo wstrząsającego nią impetu kontaktu z empiryczną materią, jakichkolwiek objawów złamań. Być może dlatego, że od miednicy, aż pod klatkę piersiową, uderzyło ją przeraźliwie rozdzierające uczucie, które po kilku sekundach, naprzemiennie powodując mdłości z początkowymi objawami utraty przytomności, spowodowało, iż zaczęła bezwiednie przebierać w powietrzu nogami, jakby chcąc którymkolwiek z kolejnych kopnięć nieistnienia, oddalić od siebie własną mękę. Czując nie znane jej łaskotanie, jakby dotyk czegoś jednocześnie mokrego, jak stygnącego z własnego ciepła, mimowolnie dotknęła wewnętrznej powierzchni swojego smukłego uda, czując, iż roztarła na nim coś... lepkiego, jednak... nie odrazu sprawiającego takowe wrażenie. Pomimo, iż każdy ruch powodował kolejne fale bólu, eksplodujące między jej pępkiem a klatką piersiową, zbliżyła dłoń do oczu, skupiając na niej wzrok w ciemności. Jedynym, co dostrzegła, okazało się być... że jest jakby ciemniejsza, w porównaniu z jej nadgarstkiem. Nic ponadto. Wykonując serię szybkich wdechów, postanowiła objąć ramionami epicentrum odbierającego jej zmysły bólu, zdającego się wypełniać jej płaski brzuch. Już jednak lekki dotyk wystarczył, aby cofnęła ramiona, niczym ptak chcący wzbić się do lotu. Przez własne ciało, poczuła wewnątrz niego nienaturalną twardość, zupełnie, jakby miała zaszytą w nim puszkę farby w aerozolu. Każdy, nawet najlżejszy dotyk tego miejsca powodował tak zniewalające ukłucie bólu, iż wolała bezwiednie być zawieszona go odczuwając w powietrzu, zamiast pogłębiać, dociekliwie ustalając jego przyczynę. Czując, że mdłości przybrały na sile, zamknęła oczy, pozwalając, aby świat wirował w jej cierpiącym umyśle. Uznała, iż to pomocne: czując, że pomimo tkwiącego w jej wnętrzu niewiadomego bytu, całe jej ciało obraca się na nim, gdy on sam, rozdzierając jej wnętrze, krótkimi szarpnięciami, sprawia wrażenie zagłębiającego się w nią coraz bardziej, powodując kolejną falę niewyobrażalnych katuszy. Z czasem, stało się to dla niej niemiłym, jednak... groteskowo normalnym. Nawet wówczas, gdy przy kolejnym z szarpnięć, z jej ust chlusnęła krew, zalewając jej brodę, aby swobodnie ściekać po szyi i dekolcie, przez brzuch, aż po owym wybrzuszeniu, skąd po jej biodrach, spontanicznymi strużkami uzyskiwała możliwość wsiąkania aż w jej zwisające bezsilnie w powietrzu trampki. Mimo neurotycznego cierpienia, uśmiechnęła się złowieszczo, pozwalając, aby mrok gęstniał na jej twarzy. Nie rozumiała tego uczucia. Nawet wówczas, gdy zacisnęło cieniste szpony na jej uroczej buzi, brutalnym gestem posyłając w kierunku gruntu jej zerwane ciało: wraz ze sporym odłamem grubej, wyschniętej gałęzi, tkwiącym w jego wnętrzu, od momentu, gdy zbliżył się do jej serca, impetem upadku. Na własne nieszczęście, o ziemię, uderzyła najpierw biodrami. Ku jej zdziwieniu, ból uszedł z niej punktowo, gdzieś ponad pępkiem, zalewając jej wzrok ciemnością. Gdy kolejno po nich runęły jej plecy i tył głowy, nie mogła już zacząć krzyczeć. Nawet na widok zakrwawionego kawału drewna, niewzruszenie sterczącego z jej brzucha, podczas, gdy razem z krwią, nieświadoma czegokolwiek, traciła życie.
Aśka nie miała sił na cokolwiek, a była zmuszona wrzucić ostatnie polana w czeluść płomieni. Czuła, iż nawet to ją przerasta. Jak na ironię, zapłakanymi oczyma objęła śpiącą Sylwię, która poduszką, mianowała jej plecak. Postanowiła dać jej spokój. To nawet lepiej, że spała, i nie jest dziwnym, że ściskany przez nią w dłoni zardzewiały, kuty gwóźdź, pozwolił jej poczuć się na tyle bezpieczną, iż zdołała zasnąć. Sama, była wycieńczona. Nie tyle fizycznie, co skatowana psychika zaczęła płatać jej figle, nakazując szeptem, aby podniosła z ziemi zczerniałą, oklejoną drobnym piaskiem monetę. Kolejny z szepczących w jej umyśle głosów, wskazał jej kierunek, wyznaczony majaczącym w łunie kształtem przywodzącym na myśl połamaną skorupę żółwia. Nakazywał, aby tam poszła. Jednak za moment. Nie teraz, gdy opierając o własne udo prymitywnie owiniętą dłoń przyjaciółki, usiłowała poluźnić węzły kolejnych pasów tkaniny, tworzących prowizoryczny opatrunek: na tyle szpetny, iż uniemożliwił jej wejście z nim do Zaświatów. Ku jej zdziwieniu, nie zdążył on zaschnąć, przylegając boleśnie do rany, a im bardziej go odwijała, tym większym przerażeniem napawała ją własna, skonsternowana dociekliwość. Oprócz usztywnienia patykami, nie mogły zrobić nic więcej... a przecież: dłoń jej przyjaciółki, była obecnie pozszywana, przesiąkniętą krwią dratwą. Uznała, że nie jest w stanie tego zrozumieć, kolejno wyciągając z kieszeni bluzy telefon, dość gruby, srebrny łańcuch, jak zauważyła: posiadający równie masywną, owalną przywieszkę, a także zczerniałą, srebrną monetę: układając je na boku śpiącej Sylwii. Niestety, aby zdjąć bluzkę, z której postanowiła zrobić bandaże, musiała najpierw ściągnąć bluzę, co orzeźwiło ją kojącym uczuciem chłodu. Poprawiając pokaźny biust w staniku, wzdrygnęła się, ubierając ją z powrotem, sięgając po telefon, jak i pozostałe przedmioty, była przeświadczona, że ich miejsce, jest właściwie... tylko w jej kieszeni.
Tępe odczucie impetu na jej policzku, zaczęło ścierać z jej oczu sen. Jakby nie lubiąc czekać, zagościło także z przeciwległej strony. Powieki Ani, choć ospale, zaczęły brnąć ku górze, pozwalając jej zielonym oczom ujrzeć nic innego, jak przerażający ją obraz. Nie wiedziała dlaczego, jednak siedziała obecnie na przeciwko ogromnego, czarnego zwierciadła, które poza jej własnym odbiciem: przykutej żelaznymi obręczami kajdan do podłokietników wysokiego, rzeźbionego w czarnym hebanie krzesła, szamoczącej się bezradnie na jego siedzisku, podczas bezowocnych prób uzyskania wolności. Właściwie, pod pośladkami, czuła zaledwie jedną, niezbyt szeroką sztachetę, a mimo wszystko, nie była w stanie się uwolnić. Jedynym, co mogła zrobić, było gorączkowe wierzganie bosymi stopami w otaczającym ją mroku. Nic ponadto. Jedynym, co wyłoniło się z niego, była... właściwie: kula, o średnicy nie wykraczającej poza cztery palce, jednak... nie to było w niej dziwnym. Ów przedmiot zdawał się bowiem stanowić całość wraz z błyszczącym metalicznie prętem, na którym wisiał niewzruszenie, trzymany przez mroczną czeluść. Spodziewając się nieuniknionego uderzenia, przestała odrywać stopy od miejsca, gdzie powinno znajdować się podłoże, jednocześnie: zupełnie nie odczuwając jego obecności, ze wzrokiem utkwionym w owej kuli, aż wydało jej się, że jej powierzchnia, zaczęła zmieniać barwę. Najpierw na ciemną purpurę, której ogniska zlewając się, zaczęły jaśnieć aż w pomarańcz. Zjawisko to, owszem: było dla niej zadziwiającym, jednak szybko je zrozumiała, czując na twarzy rosnącą temperaturę, której źródłem, bez wątpienia: była rozpalająca się nieznaną siłą, utkwiona na pręcie, żelazna kula przed nią. W jakim celu?: nie miała pojęcia. Jej lewe kolano podskoczyło nagle, gdy niespodziewanie poczuła gęstniejącą wokół jej kostki materię. Nie zdążyła nawet spojrzeć, co spowodowało takowe uczucie, jako owijający się wokół jej kostki chłód, gdy jej noga została podniesiona ku górze z taką energią, że jej biodra zawisły centymetr ponad sztachetą siedziska. Szok spowodowany tym zajściem, zaczął ustępować rwącym bólem od pachwiny, przez miednicę, aż do lędźwi. Pośród kolejnych, płytkich oddechów, chciała zrozumieć z tego cokolwiek, co się z nią dzieje?: po co to wszystko... miała nawet kilkadziesiąt sekund, aby się nad tym zastanowić. Zrozumiała to dopiero wówczas, gdy poczuła żar, zbliżający się do wejścia jej pochwy. Nie zdążyła nawet pomyśleć o proteście, gdy zasyczał w zetknięciu z jej łonem. Wydając z siebie przeciągły, przeraźliwy wrzask, uznała, że to już koniec. Najgorsze: ma już za sobą... jednak, nie było tak. Ponieważ paraboliczny nacisk żaru na jej łonie, nie stygnąc, napierał mocniej, aż cierpienia przysparzała jej coraz większa powierzchnia, nieznacznie się przy tym obracając, pośród jej kolejnych krzyków, tak gęstych, że zdawały się zlewać w jedną, nieregularną całość, podczas gdy czuła, jakby wnętrze jej brzucha, wraz z całym podbrzuszem, palił żrący kwas. Nie rozróżniała już poszczególnych aspektów własnej gehenny. Tak bardzo, że odkasłując ściskający jej płuca bezdech, odważyła się spojrzeć w dół. Gdy jej umysł zrozumiał, że jej macicę wypełnia rozżarzone, kuliste żelazo, pchając się ku górze, aż objawia nad jej pępkiem wybrzuszony krwiak, krzyknęła najbardziej przeraźliwie, z głębi duszy, jak była w stanie się na to zdobyć. Zupełnie podstawnie, ponieważ pchana mrokiem kula, rozrywając jej brzuch, uderzyła w jej rozwarte krzykiem usta, wybijając zęby, podczas wyłamywania dolnej szczęki, zagłębiając się w jej gardle. Oprócz impetu, Ania zdążyła jeszcze odczuć, iż jej wnętrze płonie, a mimo, że w akompaniamencie poskwierkiwania, z jej nozdrzy uniosły się cienkie smużki gęstych, mętnoszarych par... nie mogła już o tym wiedzieć, jak o fakcie bicia jej własnego serca.
Aśka patrzyła na nią z góry. Nawet nikłe światło wystarczyło, aby widok niezmiernie rudych włosów, rozwiał w niej jakiekolwiek złudzenia. Nie chcąc podzielić jej losu, skierowała snop światła na zapomniany głaz, dzielący ją od skraju kilkumetrowego urwiska, dno którego porastały wyschnięte, młode drzewa, jakby sama natura postanowiła odebrać im życie. Odetchnęła z ulgą, gdy na przerośniętej w pęknięciach mchem, powierzchni głazu, dostrzegła srebrny kolczyk z osadzonym w nim bursztynem, wyeksponowany na zczerniałym, okrągłym kształcie. Sięgając po niego, zaczęła się nienawidzić. Czując jednak w dłoni nikłe zimno ciężaru kilkudziesięciu gramów srebra, bezwiednie wyzbyła się go, pozwalając mu upaść ze stłumionym brzękiem, w kieszeni jej bluzy, po czym, wybuchając niekontrolowanym szlochem... ruszyła w drogę powrotną.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania