Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA ROZDZIAŁ V ( opowiadanie gore )
ZABIERACZ: KSIĘGA PIERWSZA
ROZDZIAŁ V
Żaneta, od najmłodszych lat, nienawidziła pośpiechu, a ten zakamarek jej osobowości, był z nią w takim stopniu nie rozłącznym jak brak chęci wyzbycia się siebie samej. Owszem. Dała się ponieść impulsowi, dlatego na widok twarzy Sylwii, zwyczajnie spanikowała, jak zresztą każda z nich. Uznała, że nie tyle z powodu strachu przed nią samą, a wizerunkiem, który w niej dostrzegły. Nie kwestionowanie, jeżeli nie piękną: była zwyczajnie przeciętną dwudziestolatką. Jednak... czy przeciętnym jest całkowity zanik źrenic i zmętnienie tęczówek, nadające spojrzeniu ilustrację aparycji Zaświatów: jeżeli nawet poza nimi, to na tyle rzeczywistą, iż nawet kwitnąca róża w dłoni, a co dopiero kawał żelastwa, skłaniają tym widokiem do biegu w nieznane, celem ratowania własnego życia. Tak właśnie zrobiła, jednak: zaledwie przekraczając mrok wsparty pionowo linią drzew, uznała to za zbyt karkołomny przejaw, aby widzieć w nim ratunek, pomimo tego, co dane było jej zobaczyć uprzednio. Możliwe nawet, że tylko dlatego jeszcze żyła, co dotarło do niej przechodzącym ją dreszczem, powodującym, iż zwolna zmierzając w stronę, jak sądziła: ubitej kołami maszyn rolniczych drogi, zaczęła poluźniać supeł, spinający kraciastą koszulę na jej brzuchu. Sporadycznie podnosząc wzrok przed siebie, czuła, iż nie tyle zmierza, co błądzi, pośród jaśniejszych pasm ciemności. Mając okazję o tym nie myśleć, usiłowała rozwiązać nieustępliwy węzeł, tak prosty jak zechciał być niepowtarzalny własnym rozwiązaniem, zwłaszcza pod okolicznościowym wyborem, niekorzystnym jak niniejszy. Po kilku kolejnych krokach, wyraził on jednak kapitulację, pozwalając otulić jej się ramionami, rozcierając je, aby choć trochę dodać sobie sił. Właściwie, przyłapała się na notorycznym spoglądaniu obok, czując, że ktoś ma jej cokolwiek ważnego do przekazania, przy czym, zawsze, gdy nieświadomie z tego powodu spojrzała w którąkolwiek ze stron: tam nie było kogokolwiek. Co wydało jej się najdziwniejszym, uczucie to pojawiało się sporadycznie, po czym opuszczało ją: wraz z uczuciem obecności, nie mającej miejsca. Czuła się dokładnie tak, jakby spotkała kogoś jej znajomego, kto zamiast ją powitać, minowszy bez słowa, zupełnie o niej zapomniał. Jak obecnie, co szczerze ją zirytowało. Miała tego dość. W każdej sekundzie coraz bardziej, dlatego postanowiła się nie odwracać, a ponadto: zwyczajnie stanąć w miejscu. Nasłuchiwanie kroków, jakichkolwiek odgłosów ruchu, czegokolwiek nie przyniosło. Absolutnie nic. Z wyjątkiem rażącego uczucia czyjejś obecności za jej plecami, tak realnej, że zdawało jej się, że czuje oddech mroku na własnym karku.
- Taki chuj... już zobacz, jak przed tobą uciekam, bo sama sobie wmawiam, że muszę... - syknęła przez ściśnięte zęby Żaneta.
Szczerze nie oczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi. Co zresztą, przez kilkanaście, zdających jej się trwać nienaturalnie długo sekund, było w pełni uzasadnionym. Nie jednak wówczas, gdy łomoczące szaleńczo serce, chciało się wyrwać z jej klatki piersiowej, gdy za plecami usłyszała cichy, oschły chichot, zdający się dobiegać zewsząd jednocześnie, choć chcąc go usłyszeć na prawdę: rozchodził się on echem jedynie w jej umyśle, powodując mimowolne drżenie jej dłoni, wraz z odczuwalnie gęstniejącą atmosferą, jakby to coś, czymkolwiek było: doskonale o tym wiedziało. Tak na prawdę. Była śmiertelnie przerażona. Tak bardzo, iż tłumiąc we własnej świadomości neurotykę tegoż uczucia, dała jej upust dopiero wówczas, gdy chichot za jej plecami wybrzmiewając powtórnie, szepnął jej do ucha tym samym, oschłym tonem:
- Wiiiooo...
Po czym zupełnie empirycznie odczuła, pomimo braku czyjejkolwiek obecności, iż na jej niewielkim, krągłym pośladku, bezosobowym klepnięciem zaciska się nieludzko szponiasta dłoń. To wystarczyło. Ruszyła biegiem na oślep, naprzemiennie spoglądając za siebie, często jednocześnie lawirując między spękanymi, niemo tkwiącymi drzewami, których bezczelne konary nie szczędziły wymierzania szyderczych razów jej twarzy. Nie chciała upaść, pogrążając się w mrocznej nicości. Postanowiła dlatego sprawdzić, czy jest jakikolwiek powód, aby przed czymkolwiek uciekać, jednak nie chcąc stać się tego ofiarą, gdyby tak było, dlatego... zupełnie nie zwalniając. Uznała, że za kilka kroków może się zatrzymać, jednak, zdecydowanie wcześniej, odczuła przesuwający się jednocześnie po jej klatce piersiowej i plecach ucisk, równolegle klinujący bolesnymi, tępo pulsującymi pasmami jej prawy policzek wraz z tyłem głowy w czymkolwiek, co pozwoliło jej jedynie na wymachiwanie ręką przed sobą, gdzie drugiej, nie była w stanie umieścić, jakby ciemność uznała, iż koślawa oś symetrii jej ciała, jest wyznacznikiem przemierzania docześnie ziemskiego padołu. Jej oddech, wciśnięty do wewnątrz gorączkowo pracujących płuc, sprawiał, iż czując nieprzeciętną, jakby balonowatą lekkość, postanowiła się uspokoić. Zwłaszcza, gdy spostrzegła, jak wcześniej przelotnie zauważyła, że cokolwiek, z wyjątkiem paniki, zupełnie jej nie zagraża. Zaznając przebłysku spokoju, uznała za słuszne sprawdzić, co właściwie ją unieruchomiło, a wytężając wzrok w ciemności, mogła tego dokonać jedynie namacalnie, po krótkim namyśle rozumiejąc, że... obecnie: wbiegła w przęsło ogrodzenia z takim impetem, iż utknęła w nim, zaklinowując się na dobre. Jedyną możliwością, na jaką wpadła, było mozolne przeciskanie się między kutymi w żelazie sztachetami, których najprawdopodobniej ozdobny ornament, pogłębiał boleśnie jej klaustrofobiczną świadomość własnego położenia, gdzie jedynym punktem przyłożenia jakiejkolwiek siły, okazało się kurczowe wyciąganie ramienia w mrok. Nie działało zupełnie. Mimo ciągłych niepowodzeń, postanowiła spróbować po raz ostatni, zdziwiona, że tym razem: jej ramię uzyskało tak stabilny punkt oparcie, że bez względu na własną wolę, nie była go w stanie cofnąć.
- Co do chu... - rozpoczęła szeptem.
Ostatni w jej życiu wulgaryzm nie miał jednak okazji paść na całą niewiedzę świata doczesnego, gdy jej ramie, szarpnięte z niewyobrażalną siłą, przeciągnęło ją na stronę wolności, kiedy towarzyszące mu zgniecenie jej czaszki, spowodowało chlust krwi z jej nosa i ust, co jeszcze zrozumiała, wraz z zalewającym ją żarem bólu uczuciem, które wraz z koszulą i jeansami, zerwało skórę z przodu i tyłu jej ciała. Żebra łamiąc się, przebiły zarówno jej płuca, jak i pozostałe narządy wewnętrzne, miejscami pozostając widoczne, w plamach równo startej tkanki mięśniowej, ostatkiem jej sił, poruszając się rytmicznie, gdy krztuszona własną krwią, otrzymała od śmierci kilka ostatnich oddechów. Upadając zwróciła się bezwładnie w stronę cmentarnego ogrodzenia, z głuchym impetem tuląc śródleśną ściółkę, dlatego ostatnim, co zobaczyła, była jej aksamitnie delikatna skóra, niknąca w mroku, zupełnie tak samo, jak jej własne życie, stanowiąc wyrwany z kontekstu jej samej, nie należący do niej, zwyczajny strzęp tkanki. Niestety. Jak ona sama. I na własne szczęście: umarła. Zanim zaczęła o tym myśleć.
Aśka słyszała ich doskonale. Kazali jej przecież zatrzymać się. Dlatego włączyła latarkę telefonu, której blask, sprzeciwiając się ciemności, tym razem, nie pozwolił jej podejść bliżej, niż wyznaczyła to granica przęsła, zdobiona stygnącym szkarłatem, jakby ktoś został powierzony przewiezieniu przez Styks, podczas próby jej odnowienia. Nazbyt wyraźnie ujrzała, kim był... zwlekając wzrok ze zgniecionych, odartych ze skóry zwłok, dostrzegła na ułożonym z ciosanych kamieni i zaprawy fundamencie ogrodzenia, leżący w rozpryśniętej ku jej stronie kałuży krwi, z tego powodu, sprawiający wrażenie zwyczajnego skrzepu, przedmiot. Dopiero, gdy przyglądając mu się pozbawiona emocji od niespełna minuty, rozpoznała w nim zdobioną, srebrną bransoletkę, z obrzydzeniem po nią sięgnęła. Zarówno to tej brei, truchła... jak i samej siebie. Do czego zdążyła już przywyknąć, jak do kolejnych udań się w drogę powrotną. Co napełniało ją zgrozą... niestety: jednej nocy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania