Archeologia światła Droga pod Giewont
Droga pod Giewont
Z wnętrza drewnianej werandy patrzę na Giewont.
Kamienna ściana góry porośnięta trawą i mchem unosi się ponad dachami domów.
Srebrzyste zmarszczki skał biegną ku niebu.
Miejscami pokrywa je jasna szarość wapienia.
W głębokich źlebach zapada granat cienia,
przecięty złotymi nićmi światła osiadającego na krawędziach.
Patrzę długo.
Ale nie zostaję.
Wychodzę na drogę.
Idę po martwej skórze asfaltu.
Ta czerń już nie ożyje.
Jedynie brudna wiosenna woda przesunie po niej drobne kamienie,
jęzory rozkruszonego lodu,
resztki zimy, która nie chce odejść.
Drzewa stoją nieruchomo.
Obdarte z liści.
Jak konie pozostawione na zamarzniętym pastwisku.
Wiosenny wiatr jeszcze ich nie obudził.
Droga wydaje się niezmienna.
Przesuwają się znajome sylwetki ludzi.
Fiakrzy.
Konie.
Psy.
Domy przywarte do zakrętów ulicy.
Wszystko trwa w tym samym rytmie,
jakby czas przesuwał się po powierzchni rzeczy,
nie dotykając ich wnętrza.
I nagle otwiera się dolina.
Chłodny powiew przychodzi pierwszy.
Potem dźwięk.
Echo rwącej wody odbija się od skał
i niesie w górę doliny głuchy łoskot strumienia.
Obok niego biegnie kamienista droga.
Milcząca.
Coraz bardziej oddalona od miasta.
Świerki ciemnieją od igliwia.
Nagie jeszcze buki rozpościerają ramiona ku niebu,
jakby czekały na powrót ptaków.
Idę dalej.
Aż do siklawy.
Tam woda rzuca się na skały
z gwałtownością przypominającą rozpacz.
Rozbija się.
Szarpie wygładzone kamienie.
Rozprasza w powietrzu srebrny pył.
Powyżej otwiera się polana.
Rozłożona szeroko jak wachlarz światła.
Z jej wnętrza wyrasta skalny blok.
Jeszcze częściowo przykryty śniegiem.
Jeszcze związany lodem.
W żylastych szczelinach pulsuje jednak woda.
Niewidoczna z daleka.
Uparcie rozsadza kryształ od środka.
Łamie zimę bez hałasu.
I nagle wszystko staje się jasne.
Nie dlatego, że pojawia się więcej światła.
Przeciwnie.
Dlatego, że światło przestaje należeć wyłącznie do nieba.
Zaczyna płynąć z wnętrza rzeczy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania