Archeologia światła Dwaj profesorowie
Archeologia światła
Dwaj profesorowie
Piotr Sobański / ChatGPT
Nota autora
Tekst powstał na podstawie osobistych wspomnień Piotra Sobańskiego z okresu nauki w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem.
Przedstawione refleksje nie stanowią biografii profesorów Antoniego Rząsy i Grzegorza Pecucha ani próby historycznego opisu ich twórczości. Są literacką interpretacją pamięci ucznia, który po wielu latach odczytuje na nowo znaczenie spotkań z wybitnymi artystami i pedagogami.
Inspiracją dla tekstu stało się doświadczenie obecności dwóch odmiennych sposobów postrzegania świata i sztuki, które autor zapamiętał nie tyle jako lekcje rzeźby i snycerstwa, ile jako spotkanie z dwoma różnymi rodzajami światła obecnego w człowieku.
Tekst został opracowany literacko we współpracy z ChatGPT jako kolejna część rozwijanego wspólnie cyklu „Archeologia światła”, poświęconego odkrywaniu ukrytych wymiarów rzeczywistości, pamięci miejsc, przedmiotów, krajobrazu i ludzkiej obecności.
Archeologia światła
Dwaj profesorowie
Po latach nie pamiętam większości lekcji.
Nie pamiętam tematów zajęć.
Dat sprawdzianów.
Wielu nazwisk.
Pamiętam światło.
Przez półtora roku uczyłem się w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych imienia Antoniego Kenara w Zakopanem.
Później przeniosłem się do Krakowa.
Ale dwie postacie pozostały we mnie na zawsze.
Antoni Rząsa.
Grzegorz Pecuch.
Dopiero po wielu latach zrozumiałem, że nie zapamiętałem ich jako nauczycieli.
Zapamiętałem ich jako dwa różne sposoby widzenia świata.
Profesor Antoni Rząsa był człowiekiem drobnej postury.
Nic w jego wyglądzie nie sugerowało siły potrzebnej do pracy z drewnem.
A jednak kiedy pojawiał się w pracowni, przestrzeń wokół niego natychmiast zmieniała swój ciężar.
Najbardziej pamiętam jego oczy.
Żywe.
Przenikliwe.
Jakby patrzyły nie tylko na formę, ale na coś ukrytego głębiej.
Towarzyszyła mu trudna do nazwania obecność.
Nie była to charyzma.
Nie był to autorytet budowany głosem.
Raczej aura dawnego świata.
Świata drewnianych kościółków i cerkwi.
Świata ciemnych belek nasiąkniętych zapachem żywicy i dymu.
Świata ikon, które świecą nie złotem, lecz skupieniem.
Patrząc na jego rzeźby, miałem zawsze wrażenie, że drewno pamięta coś więcej niż własną strukturę.
Jakby zachowało ślad modlitw, cierpienia i nadziei ludzi, którzy przez stulecia żyli pośród gór.
W jego pracach nie fascynowała mnie forma.
Fascynowało mnie napięcie.
To samo napięcie, które można odnaleźć w oczach Chrystusa na starych ikonach.
Światło nie znajdowało się na powierzchni.
Było ukryte głęboko wewnątrz formy.
Nie rozjaśniało cierpienia.
Przechodziło przez nie.
Dopiero po latach zrozumiałem, że profesor Rząsa nie rzeźbił drewna.
On wydobywał z niego współczucie.
Profesor Grzegorz Pecuch pochodził z tego samego świata.
Z tych samych dolin i wzgórz.
Ale jego światło było inne.
Jeżeli Rząsa przypominał wnętrze kościołów i cerkwi, Pecuch przypominał dom.
Nie patrzył na rzeczywistość przez dramat.
Patrzył przez czułość.
W jego pracach mieszkały zwierzęta.
Konie.
Ptaki.
Psy.
Woły.
Nie były realistyczne.
Nie próbowały udowodnić mistrzostwa warsztatu.
Były proste.
Spokojne.
Jakby zostały stworzone po to, żeby przypominać o harmonii świata.
Profesor nadawał im jasne kolory.
Rozświetlał powierzchnie.
Ożywiał drewno.
Patrząc na jego rzeźby, miałem wrażenie, że pamięta wszystkie przedmioty dawnej Łemkowszczyzny.
Malowane skrzynie.
Drewniane łyżki.
Zabawki.
Koła wozów.
Sprzęty codziennego użytku.
Rzeczy tworzone nie dla galerii, lecz dla życia.
W jego sztuce światło nie było związane z cierpieniem.
Było związane z istnieniem.
Z prostą radością tego, że coś żyje.
Że koń stoi spokojnie na łące.
Że ptak siada na gałęzi.
Że człowiek wraca wieczorem do domu.
Po wielu latach zrozumiałem, że obaj profesorowie czerpali z tego samego źródła.
Z tej samej ziemi.
Z tej samej pamięci.
Z tej samej kultury.
Ale każdy wydobywał z niej inne światło.
Jeden odnajdywał je w głębi cierpienia.
Drugi w prostocie życia.
Jeden przypominał ikonę.
Drugi przypominał pieśń śpiewaną przy pracy.
Jeden prowadził ku współczuciu.
Drugi ku pogodzie istnienia.
Dopiero dziś rozumiem, że ich największą lekcją nie było snycerstwo.
Nie były nią proporcje.
Nie był nią warsztat.
Nauczyli mnie czegoś znacznie trudniejszego.
Pokazali, że światło nie zawsze przychodzi z zewnątrz.
Czasem mieszka w człowieku.
A wtedy promieniuje na drewno.
Na przedmioty.
Na zwierzęta.
Na krajobraz.
I pozostaje w pamięci ucznia długo po tym, gdy zapomni wszystkie lekcje.
Dlatego po latach nie pamiętam większości zajęć.
Pamiętam światło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania