ARCHEOLOGIA ŚWIATŁA Rozmowy o pamięci, miejscu i obecności
ARCHEOLOGIA ŚWIATŁA
Rozmowy o pamięci, miejscu i obecności.
Weronice i Szymonowi, tata.
Przez długi czas wydawało mi się, że pamięć to zbiór osobnych obrazów – niczym szuflady w starej szafie. W jednej kryło się dzieciństwo, w drugiej góry, w trzeciej książki, w kolejnych ludzie, praca, sztuka, wiara i przemijanie. Każda z nich była zamknięta osobno, przypisana do innego czasu. Dopiero po wielu latach zrozumiałem, że pamięć nie jest szafą. Przypomina raczej rzekę, a wspomnienia, które uważałem za odrębne, od początku płynęły tym samym nurtem.
Nie pamiętam pierwszego światła. Pamiętam jednak łąkę, która rosła niedaleko domu i latem rozkwitała feerią barw. Mogłem godzinami stać nad jedną rośliną, obserwując owady, których nikt poza mną nie zauważał. Nie wiedziałem wtedy nic o biologii, nie znałem filozofii ani poezji, a jednak miałem niejasne przeczucie, że życie nie kończy się na człowieku. Czułem, że istnieje jakaś głęboka wspólnota między kwiatem, pszczołą, chrząszczem a dzieckiem stojącym pośród traw. Kiedy przenosiłem owady na bardziej kwitnące kielichy, nie ratowałem świata – próbowałem jedynie w nim uczestniczyć. To było moje pierwsze światło.
Potem przyszło światło wyobraźni. Nad morzem słońce dotkliwie poparzyło mi skórę.
Gdy na ciele pojawiły się bolesne pęcherze, matka uspokajała mnie, mówiąc, że nocą przyleci dzięcioł i wszystko uleczy. Uwierzyłem jej. Byłem przekonany, że ten barwny ptak jest wysłannikiem słońca, a między blaskiem nieba a życiem zwierząt istnieje tajemnicze porozumienie. Dopiero później dowiedziałem się, że nocne uzdrowienie było zasługą matczynych okładów. Do dziś jednak nie jestem pewien, czy tamta dziecięca opowieść niosła w sobie mniej prawdy. Być może każde leczenie jest formą miłości, a każda miłość – rodzajem światła.
Później w moim życiu pojawiła się rzeka. Podnosiłem kamienie w górskim potoku, szukając małych ryb. Wydawało mi się wtedy, że wypatruję głowaczy. W rzeczywistości szukałem czegoś innego – świata ukrytego pod powierzchnią, miejsca, w którym światło przenika przez wodę i staje się tajemnicą. Po latach podobne misterium odkryłem w książkach. Dobre wiersze przypominały nurt potoku; pod warstwą słów tętnił drugi świat, niewidoczny, a jednak całkowicie prawdziwy.
Potem były góry. Najpierw jako surowy krajobraz, później jako nauczyciele – starzy przewodnicy, ratownicy, bacowie. Ludzie, którzy doskonale wiedzieli, że pogoda potrafi zmienić się w ułamku sekundy. Którzy bardziej ufali doświadczeniu niż własnej brawurze. Nie mówili wiele o mądrości, ale żyli tak, jakby była ona czymś naturalnym. Od nich nauczyłem się, że światło nie zawsze oznacza jasność – czasem jest pokorą wobec tego, co nieskończenie większe od człowieka.
Jeszcze później przyszły Tatry Zachodnie: głębokie milczenie i samotny szałas otoczony świerkowym lasem, w którym dawali o sobie znać rodowici mieszkańcy – niedźwiedzie. Ciężka praca przy wiatrołomach i miesiące spędzone poza rytmem współczesnego świata. To tam po raz pierwszy zrozumiałem, że przyroda nie jest jedynie dekoracją. Jest żywą obecnością, której człowiek wcale nie musi zdobywać – wystarczy, że nauczy się w niej uczestniczyć. Wieczorami czytałem psalmy. Słowa Dawida i szum świerków zaczynały mówić tym samym językiem. Nie umiałem tego wtedy wyjaśnić i nie potrafię do dziś.
W końcu w moim życiu pojawili się ludzie: profesorowie, poeci, historycy i artyści.
Jedni pokazywali mi blask dawnych ikon, inni piękno antycznej Grecji, jeszcze inni – mądrość ukrytą w logice, sztuce i kulturze. Dzięki nim odkrywałem, że myśl również potrafi promieniować. Zrozumiałem, że wiedza nie polega na bezrefleksyjnym gromadzeniu informacji, lecz jest nieustannym odsłanianiem głębszych warstw rzeczywistości.
Później przyszła architektura: Wawel, krypty, romańskie mury, gotyckie sklepienia i drewno dawnych umocnień – materialne ślady ludzi, którzy żyli tysiąc lat przed nami. Pracując pośród archeologicznych warstw, coraz częściej odnosiłem wrażenie, że historia wcale nie została w tyle. Ona nadal trwa, obecna i ukryta pod powierzchnią teraźniejszości niczym podziemne źródło.
Wtedy też przyszła wiara. Nie jako abstrakcyjna teoria czy zbiór suchych twierdzeń, lecz jako żywe doświadczenie tworzenia – wznoszenia kościołów, szkół i miejsc przeznaczonych dla innych. Najpierw powstawały one na papierze, potem rosły z cegły, drewna i kamienia, by po latach wypełnić się życiem. Dopiero wtedy zrozumiałem, że prawdziwym celem architektury nigdy nie jest sam budynek, lecz człowiek.
I wreszcie pojawili się ci, których świat nazywa niepełnosprawnymi. Przez długi czas wydawało mi się, że idę do nich z pomocą. Dopiero po latach pojąłem, jak bardzo się myliłem – niezwykle często to ja wracałem od nich bogatszy. Ich radość nie miała źródła w sukcesie, ich miłość nie potrzebowała żadnych warunków, a ich obecność potrafiła rozświetlać ludzkie serca z prostotą, której nie spotkałem nigdzie indziej.
Wtedy wydarzyło się coś szczególnego – po wielu latach zamknął się krąg. Przypomniałem sobie dziecko stojące pośród polnych kwiatów; dziecko próbujące pomóc pszczołom, które nie znało jeszcze wielkiego świata. I nagle dostrzegłem, że nic nie zostało utracone.
To samo światło, które niegdyś prowadziło mnie przez łąkę, powróciło po latach w spojrzeniach napotkanych ludzi, w kwiatach, w górach, w książkach, sztuce, historii i wierze.
Może właśnie tym jest archeologia światła? Nie poszukiwaniem rzeczy niezwykłych, lecz cierpliwym odkrywaniem, że przez całe życie oglądaliśmy ten sam blask, objawiający się jedynie pod różnymi postaciami. A wszystkie drogi, którymi szliśmy, od początku prowadziły do jednego miejsca: do zachwytu i do wdzięczności.
Te wspomnienia z przeszłości wyłaniają się niczym park w świetle zachodzącego słońca, gdy nagle uwolnione zza chmur promienie rozszczepiają mgłę, różnicując poszczególne drzewa i ukazując ich jednostkowe piękno. Zjawisko to potwierdza, że czasem nie chodzi o dodawanie nowych elementów, lecz o odsłonięcie tego, co od początku było obecne, choć pozostawało ukryte pod kolejnymi warstwami. Nastrój parku i dworu uwalnia skrępowane codziennością myśli. Przywołuje obrazy związane z blaskiem – nie jako zwykły zbiór wspomnień o świetle, lecz jako opowieść o tym, jak przez całe życie człowiek uczy się rozpoznawać obecność sensu w świecie, starając się zrozumieć własne doświadczenie. Nie o niezwykłość wydarzeń tu chodzi, ale o pokazanie, jak z pojedynczej chwili może wyłonić się pytanie fundamentalne.
Przywoływane tutaj wspomnienia okazują się ostatecznie opowieścią nie tyle o samym świetle, ile o nauce widzenia. To szczególne miejsce parku inspiruje do przekształcania pamięci w żywe, wewnętrzne doświadczenie; wywołuje obrazy, skojarzenia, dygresje, nagłe odkrycia i powroty do wcześniejszych myśli. Właśnie tutaj – w przestrzeni pracy Jacka Malczewskiego i życia pierwszych arian – ujawniły się najważniejsze intuicje.
Światło pozostaje językiem „Archeologii światła”, ale coraz wyraźniej widać, że jej prawdziwym bohaterem staje się relacja: człowieka z miejscem, z przyrodą, z bliźnim, z historią i z dziełem sztuki. Być może to właśnie relacja sprawia, że światło przestaje być jedynie zjawiskiem fizycznym, a staje się doświadczeniem egzystencjalnym. Ta konkretna przestrzeń pozwala pokazać, jak różne porządki rzeczywistości – nauka, natura, sztuka, architektura i muzyka – mogą spotkać się w jednym akcie twórczym.
Zachęcające do refleksji dwór i park nie były dla mnie jedynie miejscem zamieszkania; tworzyły jeden, spójny organizm twórczy. Dworska biblioteka była jego pamięcią, park – wyobraźnią, drzewa – oddechem, architektura – szkieletem, a muzyka – głosem. To unikalne miejsce daje wyobrażenie o każdym prawdziwym akcie kreacji, w którym człowiek najpierw coś przeczuwa, potem próbuje to zrozumieć, następnie buduje formę, by na końcu tchnąć w nią życie. Ten głęboko uniwersalny proces układa się w cztery wzajemnie przenikające się źródła. Żadne z nich nie działa w odosobnieniu – każde uruchamia kolejne.
Kosmos otwierał wyobraźnię.
Biblioteka dworska dostarczała wiedzy o harmonii wszechświata, lecz prawdziwe znaczenie tych ksiąg ujawniało się dopiero nocą, podczas spacerów pod rozgwieżdżonym niebem. Cisza parku nie była jedynie ilustracją przeczytanych teorii – stawała się ich bezpośrednim doświadczeniem. Wyobraźnia opuszczała stronice książek i wędrowała ku przestrzeniom, których nie sposób było objąć wzrokiem.
Matematyka porządkowała myślenie.
Liczby przestawały być zwykłym rachunkiem; opisywały rytm wzrostu, przemian, proporcji, a nawet tego, co pozornie przypadkowe. Chaos nie jawił się jako przeciwieństwo porządku, lecz jako jedna z jego ukrytych możliwości. Matematyka odsłaniała wewnętrzny ład żywych procesów.
Geometria nadawała temu wszystkiemu formę.
Każde dzieło rodzi się przecież od pierwszego kierunku, od pierwotnej decyzji i od napięcia pomiędzy prostotą a złożonością. Forma może zostać rozbita, zdeformowana i ponownie scalona, lecz dopóki zachowuje własną wewnętrzną logikę, pozostaje jednością. Geometria nie była więc tylko zbiorem figur – była językiem narodzin formy.
Drzewa uczyły życia.
Wszystko, co wcześniej pozostawało abstrakcją, tutaj stawało się namacalną rzeczywistością. Każde drzewo posiadało swoją historię, odrębny rytm wzrastania, własne światło i cień. Wymagało cierpliwości, troski oraz szacunku dla swojej autonomii. Dopiero wśród drzew geometria przestawała być suchą konstrukcją, a stawała się żywym organizmem.
W takim środowisku wspomnienia o świetle ujawniają się nie jako zbiór zwykłych opowiadań, lecz jako świadectwo pewnej drogi. Nie jest to jednak droga do gotowych odpowiedzi, ale do coraz precyzyjniejszego stawiania pytań – to one bowiem prowadzą nas najdalej. Wspomnienia te wracają do konkretnych doświadczeń nie po to, by budować teorie oderwane od życia, lecz po to, by refleksja nie unosiła się nad rzeczywistością, ale głęboko z niej wyrastała.
Nie chodzi o to, by zatrzymywać się na samym wydarzeniu. Warto pytać, dlaczego właśnie ono ocalało w pamięci i co mówi o naszym sposobie przeżywania świata. Nie są to więc wspomnienia o świetle, lecz o sposobach, w jakie człowiek uczy się je rozpoznawać.
Doskonale ilustruje to moje doświadczenie z muzyką Profesora, gospodarza dworu i parku. Po latach rozmów z nim zacząłem odbierać jego kompozycje tak, jakby pojedynczy dźwięk zachowywał się niczym promień słońca – niosący czystą esencję, pozbawioną konkretnego obrazu czy fabuły. W jego uniwersum dźwięk prowadzi słuchacza przez kolejne przestrzenie emocji, z których każda ma własną geometrię i odrębny klimat. Profesor nie chciał, aby dzieło opowiadało anegdoty; pragnął, by prowadziło. Opowieść zamyka znaczenie w sztywnych ramach, podczas gdy prowadzenie otwiera drogę. Dzięki temu nagle zrozumiałem istotę promienia. Promień niczego nie relacjonuje – on wskazuje kierunek.
To myślenie par excellence architektoniczne. Architekt również nie opowiada budynkiem gotowych historii; tworzy przestrzeń i drogę, którą człowiek musi przejść sam. Istnieje bowiem rodzaj twórczości i dzieł sztuki, które nie narzucają zamkniętych definicji, lecz prowadzą ludzką świadomość, pozostawiając odbiorcy pełną wolność odkrywania własnych ścieżek.
Próba odczytania jednego życia.
1. Źródła światła
Światło łąki
- Co przychodzi ci na myśl jako pierwsze, gdy myślisz o świetle w dzieciństwie?
Będąc małym dzieckiem, w mroku nocy, gdy nie mogłem zasnąć, słyszałem miarowe kroki maszerujących żołnierzy. Dopiero później zrozumiałem, że ten niepokojący rytm wywoływało bicie mojego własnego serca. Maszerowali tylko nocą. W ciągu dnia światło, dotąd uwięzione w ciemności, uwalniało się o poranku, odsłaniając kolejno pokój, dom i pełną życia łąkę, która bez reszty przyciągała mnie swoją tajemnicą.
Wychodziłem z domu na rozległe, zalane słońcem pola porośnięte wysoką trawą. Rosło tam mnóstwo polnych kwiatów, nad którymi potrafiłem stać godzinami. Nie fascynowały mnie jednak same rośliny, lecz tętniące wokół nich życie – niesamowite zagęszczenie mikroskopijnych istnień: pszczół, motyli, chrząszczy i mrówek. Po pewnym czasie przestawałem być jedynie obserwatorem. Z dziecięcą naiwnością i humorem próbowałem pomagać wszystkim mieszkańcom łąki, byle tylko poczuć się częścią tej wielkiej rodziny. Gdy wydawało mi się, że któryś kwiat jest słabszy, szukałem dla niego lepszego sąsiedztwa. Przenosiłem pszczoły na inne kielichy, szukając miejsc, gdzie znajdą więcej słodkiego nektaru. Nie miałem w sobie potrzeby posiadania – pragnąłem jedynie w pełni uczestniczyć w tym mikrokosmosie.
Nigdy nie patrzyłem na łąkę jak na przedmiot, który chcę zdobyć czy podporządkować. Być może dlatego to wspomnienie przetrwało próbę czasu. Nie dotyczy ono bowiem zewnętrznego piękna krajobrazu, lecz mojego pierwszego doświadczenia współistnienia z baśniowym światem, do którego tak bardzo chciałem należeć. Wtedy nie widziałem jeszcze ostrej granicy między sobą a rzeczywistością; nie używałem pojęcia „przyroda”. Z tamtych lat nie pamiętam nawet samego zachwytu. Pamiętam głębokie poczucie przynależności. I w mojej pamięci to właśnie było pierwsze światło – nie blask słońca, lecz światło uczestnictwa.
Dzięcioł i słońce
– Czy pamiętasz podobne zdarzenia z tamtego okresu?
Pamiętam historię z dzięciołem. Mój ojciec pracował wtedy w okolicach Gdańska, więc latem często chodziłem na plażę. Bywało, że wracałem do domu mocno poparzony przez słońce. Gdy na skórze pojawiały się bolesne pęcherze, mama uspokajała mnie, mówiąc: „Nie martw się. Nocą przyleci dzięcioł i wszystko uleczy”. Całkowicie jej wierzyłem. Byłem święcie przekonany, że istnieje szczególna więź pomiędzy słońcem a kolorowym ptakiem; że dzięcioł jest jego wysłannikiem, który zjawia się pod osłoną nocy, by nieść ratunek. Dzięki temu rano słońce mogło świecić dalej bez wyrzutów sumienia. Nie potrzebowałem wtedy naukowych wyjaśnień – potrzebowałem sensu.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że to mama robiła mi w nocy chłodzące okłady. Ta wiedza niczego jednak nie odbiera tamtemu wspomnieniu. Przeciwnie – dzięcioł okazał się po prostu innym imieniem matczynej troski. Jako dziecko nie rozróżniałem jeszcze opieki człowieka od opieki świata; wszystko to należało do jednej, spójnej rzeczywistości. Właśnie dlatego ta opowieść we mnie przetrwała. Nie ze względu na samego ptaka, lecz z powodu głębokiego przekonania, że wszechświat nie pozostawia człowieka samego z jego cierpieniem.
Światło rzeki
– Kolejnym motywem, który się pojawia, jest rzeka.
Tak, rzeka w Dolinie Strążyskiej. Spędzałem nad nią mnóstwo czasu. Wchodziłem do płytkiej, lodowatej wody i podnosiłem otoczaki. Szukaliśmy z rówieśnikami małych ryb, na które mówiliśmy „głowoce”. Łapałem je, przenosiłem do niewielkiego bajorka na brzegu, a po jakimś czasie uwalniałem z powrotem do nurtu. Dziś wiem, że te ryby były zaledwie pretekstem. W rzeczywistości fascynował mnie mikroświat ukryty pod kamieniami: podwodne światło, faktura głazów, rzeczne prądy i nieustanne migotanie refleksów. Miałem nieodparte wrażenie, że pod powierzchnią tętni drugie, znacznie bardziej tajemnicze życie.
A potem pojawiły się książki czytane nad brzegiem potoku. Najpierw opowiadania, później poezja. Któregoś dnia uświadomiłem sobie coś zaskakującego: literatura działa dokładnie tak samo jak rzeka. Na powierzchni widzimy jedynie warstwę słów, lecz pod spodem kryje się coś znacznie głębszego – tak jak pod rzecznym kamieniem. Zacząłem więc zabierać kolejne książki nad wodę i siadałem w tych samych miejscach, w których wcześniej wypatrywałem ryb. Czytając, szukałem wciąż tego samego: tajemnicy. To był przełomowy moment. Światło przestało być dla mnie wyłącznie zjawiskiem fizycznym – stało się sposobem odczytywania rzeczywistości.
Światło bacówki
– Aż w końcu na Twojej drodze pojawia się stary baca.
Wybraliśmy się wtedy ze starszym kolegą przez Grzybowiec do Doliny Małej Łąki. Stał tam jeszcze dawny szałas, wokół pasły się owce, a na progu bacówki siedział stary baca i palił fajkę. Miał ostre, surowe rysy twarzy, długie siwe włosy i mówił czystą gwarą. Zaprosił mnie, bym usiadł obok niego. Zaczął opowiadać o ziołach, ale nie robił tego tak, jak mówi się o roślinach w podręcznikach – traktował je jak żywe, czujące istoty. Tłumaczył, że chory człowiek traci swoje wewnętrzne światło i powoli zapada w mrok, a zioła pomagają mu odzyskać utraconą równowagę. Przynoszą własny blask i wypierają ciemność. Brzmiało to jak baśń, ale jednocześnie czułem, że ten człowiek bezgranicznie wierzy w swoje słowa. Przemawiał językiem znacznie starszym niż współczesna medycyna – językiem czystego doświadczenia.
Doskonale pamiętam drogę powrotną z tamtego spotkania. Miałem wrażenie, że cała dolina uległa zmianie, jakby każde pojedyncze zioło zyskało własną, autonomiczną obecność. Baca nie udzielił mi lekcji botaniki – on nauczył mnie patrzeć. Od tamtej chwili światło nie tliło się już tylko w słońcu, wodzie czy kwiatach. Zaczęło przenikać sam sposób rozumienia świata.
– Kiedy dzisiaj spoglądasz na te wszystkie wspomnienia, co stanowi ich wspólny mianownik?
Wszystkie te wydarzenia rozegrały się bardzo dawno temu, a jednak nie wydają mi się odległe. Nie pamiętam ich jako suchych faktów z przeszłości; pamiętam je jako żywą obecność – łąki, dzięcioła, rzeki i bacówki. Wtedy, jako dziecko, nie miałem pojęcia, że szukam światła i być może właśnie dlatego dane mi było je odnaleźć. Najważniejsze światło nie ukazuje się bowiem wtedy, gdy gorączkowo zaczynamy go wypatrywać. Pojawia się, gdy po prostu uczymy się być obecni.
2. Światło gór
Ta część wspomnień prowadzi w Tatry. Nie są to jednak góry widziane oczami zwykłego turysty. To przestrzeń ożywiona pamięcią ludzi, którzy poświęcili jej całe swoje życie: przewodników, ratowników, leśników oraz tych, którzy przez dziesięciolecia zgłębiali wewnętrzny rytm tatrzańskiej przyrody.
Światło werandy
— Kiedy zaczęły się dla Ciebie góry?
Trudno wskazać konkretny moment. Urodziłem się u stóp Tatr, tuż u wylotu Doliny Strążyskiej. Patrzyłem na nie codziennie; nie musiałem nigdzie wyruszać, by obcować z ich pięknem – wystarczyło wyjść na werandę. Widziałem stamtąd Giewont, jego kamienną ścianę porośniętą trawą i mchem, srebrzyste zmarszczki skał, granat źlebów i złote nitki światła tańczące na krawędziach grani. Dla dziecka nie był to zwykły krajobraz, lecz żywa obecność – tak oczywista, że niemal niezauważalna, niczym własny oddech. Góry po prostu trwały. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że to właśnie one nauczyły mnie uważności. Pokazały mi, jak dostrzegać nie tylko same rzeczy, ale przede wszystkim sposób, w jaki się manifestują: w chłodzie dolin, zapachu świerków, szumie potoków i ciszy skał. Te ostatnie nigdy nie były takie same, nieustannie rzeźbione przez zmieniające się światło, które wydobywało je z mroku.
Władysław
- Jedną z ważnych postaci Twojej młodości był Władysław Gąsienica-Roj.
Mieszkaliśmy w tym samym domu i dzieliliśmy wspólną werandę. Bardzo często siadaliśmy tam razem, ramię w ramię, patrząc na Giewont. Rozmawialiśmy o wszystkim, co dotyczyło Tatr: o zwierzętach, lesie, nieustannych zmianach zachodzących w przyrodzie i o ludziach. Władysław był ratownikiem TOPR oraz wojennym kurierem, który podczas okupacji wielokrotnie i z narażeniem życia przechodził przez Tatry. Opowiadał o tamtych wydarzeniach bez cienia patosu, jakby mówił o zwykłej, szarej codzienności. Najbardziej fascynowało mnie w nim to, że góry nie stanowiły dla niego areny poszukiwania przygód – były obowiązkiem. To zasadnicza różnica. W jego wspomnieniach próżno było szukać rzekomego bohaterstwa; dominowało w nich głębokie poczucie odpowiedzialności. To właśnie Władysław nauczył mnie najważniejszego: góry nie należą do człowieka, to człowiek należy do gór.
Byrcyn
- W Twoich wspomnieniach często pojawia się również Stanisław Gąsienica-Byrcyn.
Znałem go głównie z opowieści babci, której był bratem. To legendarny przewodnik tatrzański i jeden z założycieli TOPR. Z rodzinnych wspomnień najwyraźniej zapisało się we mnie jedno konkretne zdanie. Kiedy turyści, zdziwieni widokiem ciepło ubranego górala w pełnym słońcu, pytali go o powód takiego stroju, odpowiadał krótko: „W Boga wierzę, ale Panu Bogu nie wierzę”. Miał na myśli, że wysokogórska aura potrafi zmienić się w ułamku sekundy. Przestrzegał, że nie wolno bezgranicznie ufać ani pogodzie, ani własnej pewności siebie. Te słowa brzmią jak surowa lekcja pokory – i w istocie nią były. Zapewne dlatego prawdziwi ludzie gór noszą w sobie tak ogromny szacunek do natury. Doskonale wiedzą, że człowiek nie jest panem tego świata, a jedynie jego kruchym gościem.
Klimek
A Klimek Bachleda?
To wyjątkowo poruszające wspomnienie. Moja babcia znała go osobiście. Opowiadała, że przed akcjami ratunkowymi często zaglądał do jej domu. Wspominała go z niezwykłą prostotą – nie jako pomnikową legendę, lecz jako człowieka z krwi i kości. Przychodził w tradycyjnych kierpcach, w zwyczajnym góralskim stroju, rozmawiał o codziennych, przyziemnych sprawach, a chwilę później ruszał ratować ludzkie życie tam, skąd inni uciekali ze strachu. Ta skromność była w nim niezwykła. Jednak najbardziej porusza mnie inny szczegół. Babcia opowiadała, że przed swoją ostatnią, tragiczną wyprawą Klimek był niespokojny, przygnębiony osobistymi troskami. Wyznał jej wtedy cicho, że chyba już z tych gór nie wróci. Mimo złych przeczuć poszedł – i rzeczywiście został w nich na zawsze. Ta historia pokazuje, że bohaterowie nie są wolni od ludzkiego cierpienia i lęku. Oni po prostu nie pozwalają, by ten ciężar powstrzymał ich przed zrobieniem tego, co należy.
Smreczyński Staw
Później sam zamieszkałeś bliżej gór niż większość ludzi.
Podjąłem pracę w Tatrzańskim Parku Narodowym. Mieszkałem głęboko w lesie, tuż obok Smreczyńskiego Stawu, z dala od cywilizacji. Życie tam było uderzająco proste: codzienne obowiązki, las, szałas i wszechobecne milczenie. Na początku doskwierała mi samotność, ale z czasem to uczucie minęło. Zacząłem żyć naturalnym rytmem tego miejsca. Jelenie przestały uciekać na mój widok, sarny pasły się tuż obok, a obecność niedźwiedzi stała się niemal codziennością. Początkowy lęk szybko ustąpił miejsca głębokiej akceptacji. Poczuliśmy, że przestaliśmy być tam obcy. Pamiętam noc, gdy potężny niedźwiedź stanął tuż przy ścianie mojego szałasu. Spałem tuż przy drewnianych belkach, a przez wąskie szczeliny między nimi słyszałem jego ciężki oddech. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów drewna. Ku własnemu zaskoczeniu nie poczułem strachu, lecz głęboki, kojący spokój.
Najbardziej zdumiewające w tej pracy było jednak coś innego – nieustanne poczucie wewnętrznego światła. Było ono całkowicie niezależne od pogody, pory dnia czy mojego humoru. Zupełnie tak, jakby samo współistnienie z dziką przyrodą rozświetlało ludzką świadomość od środka. Po raz pierwszy w życiu światło przestało być czymś, co jedynie oglądam z boku; stało się przestrzenią, w której aktywnie uczestniczyłem.
Góry spajają wszystkie te wspomnienia. Nie jawią się w nich jednak jako zwykły, estetyczny krajobraz, lecz jako surowa i piękna szkoła obecności. Nauczyły mnie, że światło nie zawsze oznacza oślepiającą jasność. Czasem objawia się ono jako pokora, czasem jako odpowiedzialność, odwaga lub uzdrawiające milczenie. Bywa po prostu czystą świadomością, że człowiek nie jest samotną wyspą pośród wszechświata – i że istnieją na ziemi miejsca, które uczą tej prawdy lepiej niż jakakolwiek mądra książka.
3. Światło ludzi
Po świetle łąki, rzeki i gór przychodzi czas na światło, które przynoszą nam inni ludzie. Nie rodzi się ono ze sławy, wysokich stanowisk czy spektakularnych osiągnięć, lecz wypływa z ich sposobu myślenia, wrażliwości w rozmowie i samej obecności. Niektóre z tych spotkań trwają zaledwie kilka minut, inne zapuszczają w nas korzenie na całe życie. Ta część opowieści jest ukłonem w stronę tych, którzy rozświetlali świat wokół siebie – nie siłą własnego ego czy dominującej osobowości, lecz rzadką zdolnością ukazywania głębszego sensu rzeczy.
Pani Basia
— Kiedy po raz pierwszy doświadczyłeś światła, które przychodzi od drugiego człowieka?
Prawdopodobnie wtedy, gdy poznałem panią Barbarę Grocholską-Kurkowiak. Nie bez powodu nazywam ją swoją drugą mamą – to nie metafora, ona naprawdę ukształtowała mnie intelektualnie. Do tamtego momentu poznawałem świat głównie przez naturę: góry, rzekę i samotne wędrówki. Ona otworzyła przede mną drzwi do świata kultury. Robiła to w najpiękniejszy możliwy sposób – poprzez dialog. Spędzaliśmy długie godziny na rozmowach o literaturze, sztuce, historii i meandrach ludzkiej natury. Nigdy niczego mi nie narzucała. Posiadała rzadki dar budzenia autentycznego zaciekawienia. Po spotkaniach z nią człowiek nie czuł się po prostu pouczony; wychodził z nich z przemożną, własną potrzebą, by wiedzieć i rozumieć więcej. Właśnie w tym kryło się jej światło – nie dawała gotowych odpowiedzi, lecz rozbudzała właściwe pytania.
Kubiak
Dzięki pani Basi poznałeś również Zygmunta Kubiaka.
To było jedno z tych formacyjnych spotkań, które redefiniują człowieka na całe życie. Zygmunt potrafił mówić o starożytnej Grecji z taką pasją i detalem, jakby przed chwilą wrócił z ateńskiego rynku. Słuchając jego opowieści o antyku, nie miałem wrażenia, że obcuję z suchym historykiem, lecz z naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. Wniósł w moje rozumienie świata fundamentalną wartość: nauczył mnie dostrzegać dziejową ciągłość. Pokazywał, że współczesność nie wyrosła w próżni, a pod powierzchnią dzisiejszych form kulturowych tętnią znacznie starsze warstwy. Uczył mnie archeologicznego spojrzenia na rzeczywistość, gdzie pod współczesnym brukiem kryją się dawne kolumny, place, teatry, rzeźby i mity. Nagle okazywało się, że wszystko, co nas otacza, ma niezwykle głębokie korzenie. Zygmunt przynosił ze sobą światło źródeł. Pokazywał nam, skąd naprawdę przychodzimy jako cywilizacja.
Woźniakowski
Później w Twoim życiu pojawia się Jacek Woźniakowski.
Z profesorem Woźniakowskim wiąże się zupełnie inne, choć równie fascynujące doświadczenie. Niezwykle imponowała mi jego umiejętność docierania do rzeczywistych praprzyczyn powstawania sztuki. Nie interesowało go wyłącznie samo gotowe dzieło, lecz to, co je bezpośrednio poprzedzało. Udowadniał, że wybitny obraz nie rodzi się z samego tylko rzemiosła czy talentu autora. Tworzy go również konkretne miejsce, krajobraz, historia, kultura, język oraz zbiorowe doświadczenie wspólnoty. Dzieło sztuki zawsze stanowiło dla niego odprysk większej całości. Myślę, że to dzięki niemu zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na architekturę. Przestałem postrzegać budynki jako pojedyncze, odizolowane obiekty – zacząłem widzieć w nich żywe fragmenty historii danego miejsca. To było światło kontekstu. To, które pozwala w pełni pojąć, dlaczego coś przybrało właśnie taki, a nie inny kształt.
Gawroński
Był jeszcze Alf Gawroński, filozof.
Z tego spotkania pozostała w mojej pamięci przede wszystkim niezwykła jasność. Alf potrafił mówić o sprawach skomplikowanych i fundamentalnych uderzająco prostym językiem. To rzadka sztuka – wręcz unikalna. Podczas gdy wielu ludzi wokół celowo komplikowało rzeczywistość, on wprowadzał w nią ład. Jego intelektualne światło bezlitośnie rozpraszało wszelką mgłę. Po rozmowie z nim człowiek nie czuł się przytłoczony ciężarem akademickiego dyskursu; przeciwnie – świat nagle stawał się bardziej zrozumiały. Myślę, że to jedna z najważniejszych i najpiękniejszych funkcji filozofii: przywracać i pokazywać porządek tam, gdzie wcześniej dostrzegaliśmy wyłącznie chaos.
Kiedy dziś z perspektywy czasu patrzę na te wszystkie spotkania, wyraźnie widzę ich wspólny mianownik: żaden z tych ludzi nie próbował niczego udawać ani nikomu imponować. Byli wybitnymi osobowościami, intelektualnymi gigantami i właśnie dlatego nie musieli nikomu niczego udowadniać. Swoim życiem przekazywali coś znacznie cenniejszego – czystą obecność, uważność, nienasyconą ciekawość świata oraz głęboką pokorę wobec wiedzy.
Każde z tych świateł miało zupełnie inną barwę. Pani Basia przynosiła ze sobą światło zachęty. Kubiak emanował światłem źródeł. Woźniakowski dawał światło kontekstu i rozumienia. Gawroński z kolei wnosił światło klarowności i jasności. Choć tak różne, wszystkie te nurty prowadziły mnie dalej. Nigdy nie zatrzymywały człowieka przy sobie, nie kazały skupiać się na ich autorach; zawsze bezinteresownie kierowały uwagę ku światu.
Ci ludzie nauczyli mnie, że człowiek może stać się żywym źródłem światła dla drugiego człowieka. Nie osiąga się tego jednak przez pouczanie, manifestację przewagi czy autorytarną władzę. Robi się to poprzez autentyczną obecność, dialog i rzadką umiejętność budzenia w drugim człowieku głodu wiedzy. Moi mistrzowie nie zostawili mi gotowych, zamkniętych odpowiedzi. Zostawili we mnie coś znacznie trwalszego – otwartą przestrzeń pytań, które często okazują się silniejsze i bardziej nieśmiertelne niż jakiekolwiek definicje.
4. Światło formy
Przez długi czas żyłem w przekonaniu, że światło jest wyłączną domeną natury. Dopiero znacznie później odkryłem, że potrafi ono pulsować również w dziełach rąk ludzkich. Nie mam tu na myśli prostego efektu technicznego czy sztucznego oświetlenia. Chodzi o blask głęboko ukryty w samej formie, idealnej proporcji, surowym materiale i intencjonalnym geście twórczym. Ta część opowieści jest kroniką moich spotkań ze światłem, które zostało zaklęte w sztuce oraz architekturze.
Rząsa
Kiedy po raz pierwszy dostrzegłeś światło ukryte wewnątrz dzieła sztuki?
Myślę, że stało się to w momencie, gdy osobiście poznałem Antoniego Rząsę. Był człowiekiem drobnej postury o ostrych, wyrazistych rysach twarzy. Najbardziej zapamiętałem jednak jego oczy – niebywale żywe i przenikliwie uważne. Trudno ubrać w słowa to, co było w nich tak magnetycznego. Odnosiłem wrażenie, że Antoni patrzy jednocześnie na stojącego przed nim człowieka i daleko poza niego – jakby jego wzrok bez trudu przebijał się przez zewnętrzną powierzchnię rzeczy.
Taka sama była jego sztuka: prosta, ascetyczna, całkowicie pozbawiona taniej ozdobności, a przy tym porażająco głęboka. Od pierwszego wejrzenia kojarzyła mi się z dawnymi, drewnianymi cerkwiami Łemkowszczyzny – z ich ciemnymi belkami, nostalgicznym zapachem wiekowego drewna, tajemniczym ikonostasem i zaklętą w nich pamięcią miejsca.
Przede wszystkim jednak rzeźby te kojarzyły mi się ze światłem. Nie był to jednak blask topniejącej świecy ani promienie słońca wpadające przez okno. To było światło tożsame z tym, które bije z oczu prastarych ikon. Przejawiało się w owym szczególnym, mistycznym napięciu rozpiętym pomiędzy ludzkim cierpieniem a niezłomną nadzieją. Prace Rząsy nie opowiadały o bólu w sposób chłodny i zdystansowany – one ten ból całym swoim istnieniem współodczuwały.
Pecuch
A Grzegorz Pecuch?
Był zupełnie inny, a jednocześnie duchowo niezwykle bliski temu samemu światu. O ile Rząsa szukał światła głęboko we wnętrzu człowieka, o tyle Pecuch odnajdywał je w prozie codziennego życia. Choć wyrósł z tej samej łemkowskiej rzeczywistości i wrażliwości, to jego fascynowały przede wszystkim przedmioty, zwierzęta, kolory, faktury oraz materialne ślady zwykłego bytowania. Rzeźbił w sposób skrajnie uproszczony, odrzucając zbędne detale. Mimo tej ascetyczności jego zwierzęta emanowały niesamowitym życiem – nie za sprawą dosłownego realizmu, lecz dzięki zamkniętej w nich czystej obecności. Patrząc na jego prace, człowiek natychmiast odzyskiwał wewnętrzny spokój. Działo się tak nawet wtedy, gdy rzeźby przedstawiały stworzenia silne lub z natury groźne. Jego dzieła niosły ze sobą światło zgody. Tak bym to ujął: było to światło ostatecznego pojednania człowieka ze światem.
Szkoła dla niewidomych
W pewnym momencie sam zacząłeś szukać światła poprzez formę.
Najpełniej doświadczyłem tego chyba podczas pracy nad moim projektem dyplomowym. Jego tematem była szkoła dla dzieci niewidomych. To wyzwanie okazało się dla mnie kluczowe. Musiałem zmierzyć się z paradoksalnym pytaniem: jak zaprojektować przestrzeń dla ludzi, którzy fizycznie nie widzą światła? Nie chciałem zastępować wzroku technologią; zależało mi, by zastąpić go głębokim, zmysłowym doświadczeniem. Przez długie miesiące studiowałem formy natury – ich organiczne kształty, faktury, relacje przestrzenne, sposób odbijania dźwięku oraz możliwości poznawania świata poprzez dotyk.
Postanowiłem przetłumaczyć światło na zupełnie inne języki: na temperaturę materiału, akustykę pomieszczeń i wewnętrzny rytm architektury. Zrozumiałem wtedy fundamentalną prawdę: światło wcale nie musi być widzialne, by mogło być głęboko przeżywane. Za ten projekt otrzymałem prestiżowe wyróżnienie. Jednak to nie nagroda była najważniejsza. Najcenniejsze okazało się samo odkrycie, że światło jest czymś nieskończenie większym niż fizyczny wzrok.
Teatr
Później spotkałeś jeszcze inne światło.
Tak, było to światło teatru, którego magii najpierw dotknąłem we Włoszech. Mój znajomy, doświadczony scenograf, pokazał mi wówczas, jak precyzyjnie skierowany strumień światła potrafi od zera zbudować przestrzeń spektaklu. Jak kreuje nastrój, jak bezbłędnie prowadzi emocje widza i jak potrafi diametralnie zmienić sens tej samej sceny.
Później tę bezcenną wiedzę wykorzystałem w praktyce, projektując scenografie operowe, między innymi do narodowej „Halki”. Co ciekawe, najmocniej zapisało się w mojej pamięci nie to, co z mozołem sami zaprojektowaliśmy, ale to, czego nie był w stanie zaplanować żaden człowiek – pełnia księżyca nad krakowskimi Skałkami Twardowskiego. Bezchmurne niebo, konstelacje gwiazd i tarcza księżyca unosząca się bezpośrednio nad sceną. To była wielka lekcja pokory dla każdego twórcy: najpiękniejsze, najbardziej przejmujące światło nie należało do teatru, lecz do kosmosu. Czasami sztuka wcale nie powinna konkurować z surową rzeczywistością. Jej jedynym zadaniem jest zrobić jej miejsce.
Co w takim razie łączy Rząsę, Pecucha, szkołę dla niewidomych i teatr?
Wszystkie te doświadczenia, choć tak różne, dotyczyły formy. Jednak nigdy nie była to forma dla niej samej, jako pusty popis estetyczny. Forma stanowiła jedynie ścieżkę prowadzącą do pełniejszej obecności. Z biegiem lat przestałem postrzegać światło wyłącznie jako zjawisko fizyczne. Zacząłem rozumieć je jako żywą relację: między człowiekiem a światem, między surowym materiałem a jego głębszym znaczeniem, między tym, co jawne i widzialne, a tym, co na zawsze ukryte przed oczami. Forma nie stwarza światła – ona jedynie pozwala mu się ujawnić. Dokładnie tak, jak okno nie tworzy pięknego krajobrazu, a jedynie pozwala go dostrzec.
5. Światło czasu
Przez wiele lat żyłem w naiwnym przekonaniu, że przeszłość jest czymś, co bezpowrotnie minęło. Dopiero znacznie później zrozumiałem, że miniony czas wcale nie znika w próżni. On cierpliwie osiada w konkretnych miejscach: w chłodzie kamieni, w słojach starego drewna, w drobnych śladach pozostawionych przez ludzkie dłonie. Czasami wystarczy delikatnie odsunąć cienką warstwę ziemi, aby natrafić już nie tylko na zabytkowy przedmiot, ale na realną, pulsującą obecność drugiego człowieka. Ta część opowieści jest kroniką spotkań ze światłem, które dociera do nas z bardzo odległych epok.
Wzgórze
– Kiedy po raz pierwszy poczułeś światło przeszłości?
Chyba na Wawelu. Jednak nie podczas zwiedzania, a w trakcie pracy – to zupełnie inne doświadczenie. Turysta jedynie ogląda; pracownik zaczyna wnikać w przestrzeń, słuchać jej. Słyszałem warstwy czasu. Choć brzmi to jak metafora, w rzeczywistości nią nie było. Każda epoka pozostawiła tam namacalny ślad: drewno, kamień, cegłę, zaprawę, unikalny układ murów, zmiany poziomów i ślady kolejnych przebudów. Tam historia przestała być jedynie opowieścią – stała się dotykalną rzeczywistością.
Najstarsze drewno
– Wspominałeś kiedyś o najstarszych umocnieniach wzgórza.
To było niezwykłe doświadczenie. Nagle zniknęły wszystkie późniejsze epoki – renesans, gotyk, romanizm. Pozostało pierwotne wzgórze, las, rzeka, jaskinia i ludzie układający drewniane belki. Świat odległy, a jednak zadziwiająco bliski. Ci rzemieślnicy nie znali przyszłości. Nie wiedzieli, że powstanie tu zamek, katedra i narodowe symbole. Po prostu wykonywali swoją pracę, jak każdy z nas. W jednej chwili historia przestała być sagą o królach, a stała się opowieścią o zwykłych, ludzkich rękach.
Rotunda
– Codziennie przechodziłeś obok romańskiej rotundy.
I za każdym razem odnosiłem wrażenie, że obcuję z zupełnie inną przestrzenią. Fascynowała mnie jej surowość. Ta prostota była niezwykła – nie próbowała zachwycać ani imponować, po prostu trwała niezłomnie niczym skała. Odnajdywałem w niej światło początku; takie, które nie potrzebuje jeszcze żadnych ozdób.
Czakram
– Jest jeszcze jedno doświadczenie związane z Wawelem, dla wielu zapewne niecodzienne.
W pobliżu kaplicy świętego Gereona odczuwałem szczególną lekkość. Miałem wrażenie obecności światła pozbawionego ciężaru. Nie chodzi o światło widzialne, lecz o stan przypominający absolutną przejrzystość, krystaliczność i otwartość. To doświadczenie uświadomiło mi, że istnieją przestrzenie wymykające się wszelkim miarom. Nigdy nie próbowałem tego racjonalizować. Nie wszystko przecież wymaga wyjaśnienia – niektóre zjawiska wystarczy po prostu uczciwie opisać.
Krypty
– Później pojawił się Przemyśl.
I zupełnie inny rodzaj doświadczenia – światło związane z kryptami. Przez kilka dni pracowałem samotnie pod posadzką katedry, w całkowitym mroku. Dysponowałem tylko jednym, punktowym źródłem światła. Tam, na dole, zamiast lęku odczuwałem przede wszystkim ciszę – taką, która trwa nienaruszona od stuleci. Choć otaczały mnie szczątki zmarłych, kości, czaszki i pozostałości dawnych pochówków, paradoksalnie nie czułem śmierci, lecz czas. To kluczowe rozróżnienie: śmierć dotyczy jednostki, czas natomiast obejmuje nas wszystkich.
Dziesięć centymetrów
– W Przemyślu wydarzyło się jeszcze coś ważnego.
Coś pozornie bardzo prozaicznego. Ustaliliśmy z wykonawcą ostateczną głębokość wykopów. Po kilku dniach zadzwonił z pytaniem, czy możemy zakończyć prace odrobinę wcześniej. Brakowało zaledwie około dziesięciu centymetrów, a on był przekonany, że na nic już nie natrafimy. Nie zgodziłem się. Sam długo zastanawiałem się, dlaczego podjąłem taką decyzję. Doszedłem do wniosku, że kierowało mną niezwykle silne wewnętrzne przekonanie. Nie wynikało ono z wiedzy ani z chłodnej kalkulacji. To był rodzaj intuicji, ale wyjątkowo spokojnej, wręcz pewnej.
Tuż poniżej odkryliśmy kolejne pochówki: szczątki znanych biskupów, doskonale zachowane elementy szat oraz tkaniny o ogromnym znaczeniu historycznym. Dziś rozumiem tamto wydarzenie jako lekcję zaufania. Nie tyle do samego siebie, ile do procesu poszukiwania.
Lekcja archeologii
– Czego nauczyła Cię archeologia?
Tego, że przeszłość nie jest martwa. Ona wciąż tu jest, choć nie mówi głośno. Przemawia śladem, fragmentem, strukturą warstwy ziemi, pęknięciem kamienia czy belką ukrytą głęboko pod fundamentem. Światło czasu jest cierpliwe, nigdy nie rozbłyska nagle. Trzeba je odsłaniać powoli, warstwa po warstwie, z archeologiczną uważnością. Myślę jednak, że ta zasada nie dotyczy wyłącznie ziemi. Odnosi się także do człowieka. W nas również istnieją przestrzenie, do których można dotrzeć jedynie bardzo powoli. I to właśnie tam zazwyczaj ukrywa się to najstarsze, najczystsze światło.
6. Światło dobra
Przez wiele lat szukałem światła w przyrodzie. Potem odnajdywałem je w sztuce, historii i pamięci. Z czasem zacząłem dostrzegać jeszcze jeden jego rodzaj – ten, który nie był związany z krajobrazem, nie pochodził z dzieł sztuki ani nie krył się pod warstwami ziemi. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie człowiek bezinteresownie próbował uczynić świat choć trochę lepszym.
Projektowanie
– Kiedy po raz pierwszy zauważyłeś ten rodzaj światła?
Trudno wskazać jeden konkretny moment, to przekonanie dojrzewało we mnie stopniowo. Najpierw podczas pracy zawodowej. Projektowałem wiele różnych obiektów, jednak z czasem coraz częściej były to miejsca związane z działalnością społeczną, edukacją lub wiarą. Wtedy zrozumiałem, że sam budynek nie jest najważniejszy. Dla architekta to dość rewolucyjne stwierdzenie, a jednak głęboko prawdziwe. Najważniejsze okazuje się to, co wydarza się później: ludzie, ich spotkania, nauka, pomoc, przyjaźń, modlitwa i codzienne życie. Architektura to zaledwie początek. Jest tylko naczyniem – to człowiek nadaje mu ostateczny sens.
Pijarzy
– Szczególne miejsce w Twoich wspomnieniach zajmują pijarzy.
Przez wiele lat współpracowałem z nimi przy różnych przedsięwzięciach. Zostałem nawet honorowym członkiem zakonu, czego nigdy nie traktowałem jako zwykłego wyróżnienia, lecz jako zobowiązanie do dalszej pracy. Ta relacja dawała mi możliwość uczestniczenia w czymś znacznie większym niż moje własne, prywatne plany. Projektując szkołę czy kościół, nie rysuje się przecież samych ścian – projektuje się przestrzeń dla przyszłych relacji. To ogromna odpowiedzialność. Prawdziwość tego zadania dostrzegłem dopiero wtedy, gdy miejsca tworzone dotąd na papierze zaczęły tętnić autentycznym życiem.
Peru
– Jednym z takich miejsc było Peru, wysokogórskie misje.
Z tamtego okresu najsilniej pamiętam nie sam projekt, ale ludzi budujących własną świątynię. Nie wynajętych wykonawców, lecz całą lokalną wspólnotę: rodziny, dzieci, starszych mieszkańców. Pamiętam ich niezwykłą radość, która towarzyszyła im pomimo skrajnie trudnych warunków i ogromnego wysiłku. Wtedy po raz kolejny zrozumiałem, że światło nie jest pojęciem abstrakcyjnym. Ono materializuje się w zwykłej, codziennej pracy i w trudzie podejmowanym wspólnie dla wyższego celu.
Radwanowice
– Innym ważnym punktem na Twojej drodze były Radwanowice.
Przez lata byłem silnie związany z Fundacją imienia Brata Alberta; projektowałem tam niemal wszystkie obiekty. Jednak z dzisiejszej perspektywy to nie budynki wydają mi się najważniejsze, lecz ludzie, a przede wszystkim podopieczni fundacji. Nauczyli mnie czegoś fundamentalnego: że człowiek nigdy nie jest sumą swoich ograniczeń. Patrząc powierzchownie, można dostrzec jedynie chorobę, niepełnosprawność i barierę. Kiedy jednak spojrzy się głębiej, odsłania się czysta radość, przywiązanie, wdzięczność i bezgraniczna zdolność kochania – czyli wartości, których tak często brakuje ludziom w pełni zdrowym.
Anna
– W Twoich wspomnieniach pojawia się również Anna.
Poznałem ją podczas pracy w jednym z ośrodków. To miejsce wymagało szczególnego podejścia: tam nie dało się stać obok ludzi ani ponad nimi. Trzeba było być bezpośrednio z nimi. To niezwykle trudne, ponieważ wymaga absolutnej autentyczności. Nie każdy potrafi sprostać takiemu wyzwaniu – zapomnieć o sobie, poświęcić się całkowicie drugiemu człowiekowi i emanować światłem obecności. Obecności, która nie szuka poklasku ani uznania, lecz pragnie jedynie czystego spotkania.
Powrót
– Kiedy dziś patrzysz na całą tę drogę, co zaskakuje Cię najbardziej?
Uderzające podobieństwo między dzieckiem stojącym niegdyś na łące a człowiekiem spotykającym dziś podopiecznych fundacji. Na tamtej łące próbowałem pomagać pszczołom, przenosząc je na kwiaty – gest dziecięcy, naiwny. Po latach zacząłem spotykać ludzi potrzebujących wsparcia i odkryłem, że istota tego odruchu pozostaje niezmienna. To po prostu głęboka chęć uczestniczenia w dobrze. Najważniejsze rzeczy w życiu bywają genialnie proste.
– Czy światło dobra różni się od wszystkich wcześniejszych rodzajów światła, o których rozmawialiśmy?
Tego światła nie można przeżywać wyłącznie dla siebie. Ono istnieje tylko wtedy, gdy jest przekazywane dalej – niczym płomień wędrujący z jednej świecy na drugą. I co najpiękniejsze, dzielone światło niczego nie traci, a wręcz zyskuje. Im mocniej je niesiemy, tym staje się jaśniejsze. Musiałem przejść przez zachwyt światłem przyrody, gór, sztuki i czasu, aby wreszcie zrozumieć tę najprostszą prawdę: najtrwalsze światło wcale nie mieszka w rzeczach. Ono rodzi się i mieszka pomiędzy ludźmi.
Nota autora
Niniejszy tekst otwiera nową odsłonę cyklu „Archeologia światła”.
Poprzednie części miały formę opowiadań, esejów i refleksji powstałych wokół wspomnień z mojego życia: dzieciństwa spędzonego pod Giewontem, pracy w Tatrzańskim Parku Narodowym, doświadczeń związanych ze sztuką, architekturą, archeologią oraz spotkaniami z ludźmi, którzy pozostawili trwały ślad w mojej pamięci.
Tym razem postanowiłem zachować nie tylko wspomnienia, ale również sam proces odkrywania ich znaczenia.
Punktem wyjścia są autentyczne wydarzenia i doświadczenia z mojego życia. W ich porządkowaniu, interpretacji i literackim opracowaniu pomaga mi sztuczna inteligencja ChatGPT. Fakty, miejsca i osoby pochodzą z mojej pamięci. Rolą ChatGPT jest stawianie pytań, dostrzeganie powiązań oraz pomaganie w odsłanianiu głębszych sensów ukrytych w opisywanych doświadczeniach.
Powstające w ten sposób rozmowy nie są ani autobiografią, ani fikcją literacką. Są próbą wspólnego poszukiwania światła obecnego w pamięci.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania