Archeologia światła Smreczyński Staw
Archeologia światła
Smreczyński Staw
Piotr Sobański / ChatGPT
Nota autora
Tekst powstał na podstawie autentycznych doświadczeń Piotra Sobańskiego związanych z pracą wykonywaną w młodości na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego, w rejonie Smreczyńskiego Stawu i Hali Ornak.
Przedstawione wydarzenia, miejsca oraz okoliczności są oparte na rzeczywistych przeżyciach autora. Literacka kompozycja, redakcja oraz opracowanie narracyjne powstały we współpracy z ChatGPT w ramach rozwijanego wspólnie cyklu „Archeologia światła”, poświęconego pamięci miejsc, percepcji, światłu obecnemu w codzienności oraz relacji człowieka z otaczającym światem.
Czterdzieści pięć lat temu nie szukałem szczególnych przeżyć.
Mieszkałem przy ulicy Strążyskiej.
Tatry były częścią codzienności.
Chodziłem po górach od dziecka.
Widok Giewontu nie był wydarzeniem.
Był elementem zwykłego dnia.
Studiowałem w Krakowie.
Właśnie wtedy, trochę przez przypadek, zostałem zatrudniony przy pracach prowadzonych na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Mój kolega namówił mnie, żebym dotrzymał mu towarzystwa przy usuwaniu gałęzi i korowaniu powalonych świerków.
Nie przypuszczałem wtedy, że zwyczajna sezonowa praca stanie się jednym z najważniejszych doświadczeń mojego życia.
Najpierw pracowaliśmy w Dolinie Strążyskiej.
Po kilku miesiącach zaproponowano nam kolejny sezon.
Tym razem przy Smreczyńskim Stawie.
W lesie, niedaleko Hali Ornak, czekał na nas stary szałas dla pracowników.
Przez pierwsze tygodnie wszystko wydawało się zwyczajne.
Praca była ciężka.
Dzień za dniem usuwaliśmy gałęzie, korowaliśmy powalone świerki, przenosiliśmy drewno.
Wracaliśmy zmęczeni do szałasu ukrytego między drzewami.
Teren był zamknięty dla turystów.
Niedźwiedzi było dużo.
Tak dużo, że po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, iż ani strażnicy, ani leśniczy nie zamierzają nas odwiedzać.
Nam wydawało się to czymś naturalnym.
Byliśmy tam.
One również tam były.
Las należał do wszystkich.
Na początku zwierzęta uciekały.
Jelenie znikały między świerkami.
Sarny podnosiły głowy i natychmiast odchodziły.
Lis obserwował nas z bezpiecznej odległości.
Z czasem coś zaczęło się zmieniać.
Nie potrafię powiedzieć kiedy.
Nie wydarzyło się nic szczególnego.
Po prostu pewnego dnia zauważyłem, że jelenie pasą się niedaleko miejsca, gdzie pracujemy.
Kilka dni później sarny przestały zwracać uwagę na odgłos siekiery.
Potem obecność zwierząt stała się czymś zwyczajnym.
Nie oswoiliśmy ich.
To nie było oswojenie.
Raczej akceptacja.
Jakby las przestał traktować nas jak intruzów.
Każdego dnia czytałem Psalmy Dawidowe.
Nie szukałem w nich odpowiedzi.
Czytałem je wieczorami przy świetle lampy albo rano przed wyjściem do pracy.
Po pewnym czasie zacząłem odnajdywać wokół siebie ten sam rodzaj obecności, który znajdował się w słowach psalmów.
Nie chodziło o religijne uniesienie.
Bardziej o zgodę.
Jakby wszystko znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno być.
Drzewa.
Kamienie.
Woda.
Zwierzęta.
Wiatr.
Ludzie.
Pewnej nocy obudził mnie oddech.
Tuż przy ścianie szałasu.
Między drewnianymi belkami były szczeliny.
Leżałem nieruchomo i słyszałem ciężki, spokojny oddech niedźwiedzia po drugiej stronie ściany.
Nie pamiętam strachu.
Pamiętam tylko zdumienie.
Po chwili oddech oddalił się i zniknął w lesie.
Rano znaleźliśmy ślady.
Wszystko było rzeczywiste.
Ale najbardziej rzeczywiste było coś innego.
Coś, czego do dziś nie potrafię nazwać.
Nie pochodziło od słońca.
Nie zależało od pogody.
Nie znikało podczas deszczu ani mgły.
Było rodzajem wewnętrznego światła.
Nie światła widzianego oczami.
Raczej światła współistnienia.
Jakby człowiek przestawał być oddzielony od świata.
Jakby drzewa, zwierzęta, woda i własne życie należały do jednego rytmu.
Praca stawała się lżejsza.
Cisza przestawała być pustką.
Każdy dzień wydawał się pełny, nawet jeśli nie wydarzyło się nic niezwykłego.
Dopiero po latach zrozumiałem, że najważniejsze rzeczy, które tam przeżyłem, nie były związane z niedźwiedziami ani górami.
Dotyczyły widzenia.
Las niczego mnie nie nauczył.
Nie przekazał żadnej wiedzy.
Nie odsłonił tajemnicy.
Raczej usunął coś, co przeszkadzało widzieć.
Jakby przez chwilę świat odzyskał swoją pierwotną przejrzystość.
A światło, którego szukałem później w książkach, obrazach i architekturze, było obecne tam od początku.
W ciszy świerków nad Smreczyńskim Stawem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania