Poprzednie częściARCHEOLOGIA ŚWIATŁA

Archeologia światła Weranda pod Giewontem

Archeologia światła

Weranda pod Giewontem

 

Nota autora

 

„Weranda pod Giewontem” jest literacką częścią cyklu „Archeologia światła”, powstającego na styku osobistych wspomnień Piotra Sobańskiego i literackiego opracowania przygotowywanego we współpracy z ChatGPT.

 

Tekst nie stanowi opracowania historycznego ani biograficznego. Jego źródłem są autentyczne rodzinne wspomnienia autora oraz osobiste doświadczenia z młodości spędzonej przy ulicy Strążyskiej w Zakopanem.

 

Szczególne miejsce zajmuje w nich postać babci autora – Ludwiny Gąsienicy Byrcyn – pochodzącej z rodziny głęboko związanej z historią Podhala i Tatr.

 

Jej bratem był Stanisław Gąsienica Byrcyn – przewodnik tatrzański, ratownik górski i jeden z pionierów działalności ratowniczej w Tatrach, związany z początkami Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W rodzinnych opowieściach pozostał jako człowiek niezwykle doświadczony przez góry, obdarzony poczuciem humoru, ale także głęboką pokorą wobec sił natury. To jemu przypisywane jest charakterystyczne powiedzenie:

 

„W Boga wierzę, ale Panu Bogu nie wierzę.”

 

Nie było ono wyrazem braku wiary, lecz doświadczenia człowieka, który wiedział, jak szybko tatrzańska pogoda potrafi zmienić się z pięknej w śmiertelnie niebezpieczną.

 

Wspomnienia rodzinne zachowały również obraz Klimka Bachledy – legendarnego przewodnika i ratownika tatrzańskiego, który przed jedną ze swoich ostatnich akcji ratunkowych odwiedził Ludwinę Gąsienicę Byrcyn. W pamięci rodziny pozostał nie jako pomnikowa postać historii, lecz jako człowiek przeżywający własne troski i rozterki, a jednocześnie gotowy nieść pomoc innym nawet w najtrudniejszych warunkach górskich.

 

Szczególne znaczenie dla autora miały także wieloletnie rozmowy z Władysławem Gąsienicą Rojem – ratownikiem górskim, kurierem tatrzańskim podczas II wojny światowej oraz człowiekiem, którego życie niemal całkowicie związane było z Tatrami.

 

Mieszkając w tym samym domu przy ulicy Strążyskiej, autor przez wiele lat dzielił z nim wspólną werandę z widokiem na Giewont. To właśnie tam odbywały się rozmowy o górach, przyrodzie, historii i ludziach Podhala. Władysław Gąsienica Roj wielokrotnie przeprowadzał ludzi oraz materiały przez granicę w czasie wojny, był aresztowany przez Niemców i dwukrotnie zdołał uciec z niewoli. Po wojnie doświadczał represji ze strony władz komunistycznych.

 

Jednak w pamięci autora pozostał przede wszystkim jako człowiek niezwykle uważny wobec przyrody. Łączyła ich wspólna pasja obserwowania trudno dostępnych obszarów Górnych Regli Tatrzańskich. Niezależnie od siebie prowadzili terenowe obserwacje zmian zachodzących w lesie, a następnie porównywali swoje spostrzeżenia podczas kolejnych spotkań na werandzie.

 

Opowiadanie nie jest próbą odtworzenia faktów w sensie kronikarskim. Jest raczej próbą zachowania światła obecnego w pamięci ludzi, którzy żyli blisko gór i przez całe życie pozostali im wierni.

 

Tekst został opracowany literacko przez ChatGPT na podstawie wspomnień i relacji Piotra Sobańskiego.

 

Weranda pod Giewontem

 

Są wspomnienia, które z biegiem lat blakną.

I są takie, które nieustannie nabierają światła.

Kiedy byłem młody, wydawało mi się, że najcenniejsze są wydarzenia.

Wyprawy.

Przygody.

Historie, które można opowiadać innym.

Dopiero po latach zrozumiałem, że najtrwalsze okazują się chwile pozornie zwyczajne.

Rozmowy.

Milczenie.

Wspólne patrzenie w tym samym kierunku.

Mieszkaliśmy przy ulicy Strążyskiej.

Dom nie różnił się niczym szczególnym od innych zakopiańskich domów tamtego czasu.

Ale była w nim weranda.

A z werandy widać było Giewont.

Nie ten z pocztówek.

Nie ten fotografowany przez turystów.

Codzienny.

Obecny.

Zmieniający się wraz z pogodą, porą roku i światłem.

Na tej werandzie często siedział Władysław Gąsienica Roj.

Ratownik.

Kurier.

Patrzyliśmy razem na góry.

Rozmawialiśmy.

A czasem nie rozmawialiśmy wcale.

Wtedy wydawało mi się, że słucham opowieści o dawnych czasach.

Dziś wiem, że słuchałem opowieści o człowieku.

O tym, jak góry potrafią ukształtować duszę.

Władysław opowiadał o wojnie tak, jak inni opowiadają o pogodzie.

Bez patosu.

Bez budowania własnej legendy.

Mówił, że przechodził na Węgry.

Że przenosił pieniądze.

Później broń.

Że dwa razy został schwytany przez Niemców.

I dwa razy uciekł.

Mówił o tym spokojnie.

Jakby opowiadał o kolejnej drodze przez przełęcz.

Znacznie częściej opowiadał o górach.

O ludziach.

O ratownikach.

O przewodnikach.

O tych, którzy już odeszli.

W jego opowieściach często powracał Stanisław Gąsienica Byrcyn.

Przewodnik.

Ratownik.

Jeden z ludzi, którzy współtworzyli początki TOPR-u.

Turyści dziwili się nieraz, widząc go latem ubranego niemal jak zimą.

— Taka piękna pogoda, po co tyle odzienia?

A on odpowiadał z uśmiechem:

— W Boga wierzę, ale Panu Bogu nie wierzę.

Nie była to zuchwałość.

Przeciwnie.

Była to pokora człowieka, który wiedział, że góry nie składają obietnic.

Że słońce i burza bywają od siebie oddalone o kilka minut.

Że człowiek powinien ufać Stwórcy, ale kurtkę zabrać ze sobą.

W opowieściach Władysława było dużo śmiechu.

Pamiętał, jak Byrcyn siadał zimą plecami do gorącego pieca w budynku TOPR-u.

Wyciągał z kieszeni kawałek zimnej słoniny.

Jadł ją spokojnie.

A potem mówił:

— Teraz będę ją grzał.

I opierał się wygodnie o piec.

Śmiali się wszyscy.

Tak samo jak śmiali się z wielu innych rzeczy.

Bo ludzie gór mieli szczególną umiejętność.

Potrafili żyć blisko śmierci, nie tracąc pogody ducha.

Najbardziej poruszały mnie jednak chwile, kiedy rozmowy cichły.

Patrzyliśmy wtedy na Giewont.

Na lasy Górnych Regli.

Na miejsca, do których później każdy z nas szedł osobno.

Nie chodziliśmy razem.

Najpierw omawialiśmy to, co zauważyliśmy.

Potem każdy wybierał własną drogę.

Wracaliśmy po kilku dniach.

Porównywaliśmy obserwacje.

Zmiany w lesie.

Nowe samosiewy.

Przewrócone drzewa.

Ślady zwierząt.

Przemiany, których większość ludzi nigdy by nie zauważyła.

Dla nas były ważne.

Nie dlatego, że były wielkie.

Właśnie dlatego, że były małe.

Powoli zacząłem rozumieć, że góry nie uczą zdobywania szczytów.

Uczą uwagi.

Uczą cierpliwości.

Uczą dostrzegania tego, co zmienia się niemal niezauważalnie.

Tak jak człowiek.

Tak jak życie.

Tak jak światło.

Dziś, po wielu latach, coraz rzadziej pamiętam dokładne daty.

Coraz mniej ważne wydają mi się szczegóły dawnych wydarzeń.

Ale wciąż pamiętam tamtą werandę.

Widok Giewontu.

Czerwony sweter TOPR-u.

Głos Władysława.

I coś jeszcze.

Światło.

Nie światło słońca.

Nie światło śniegu.

Nie światło zachodu nad Tatrami.

Światło obecne w ludziach, którzy przez całe życie pozostali wierni górom.

Światło, które nie oślepia.

Nie błyszczy.

Nie domaga się uwagi.

Po prostu trwa.

Jak góry.

I być może właśnie dlatego, po tylu latach, nadal rozjaśnia pamięć.

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania