Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Biznes pasztecikowy znacjonalizowany (i dobrze) cz. 5

Wykładzina drewnopodobna próbuje imitować dębowy parkiet. Podziurawione, czarne skarpety są synonimem umiłowania do nieporządku. W waszych średniozamożnych oczach będę opieszałą kupą gówna, która ich nie zmieni, bo uważa je za najwygodniejsze pod Słońcem; bo kiedy rozluźni poślady, to wasze ciężko zarobione, opodatkowane pieniądze z identyfikatorem "socjal" na warstwie wierzchnej, wypadną z tego wątłego dupska; bo tak.

Nikt z was, dupków klasy średniej, nie rozważy, że podłożem tych jebanych skarpet z oberluftami może być rozwiązła matka, nie zajmująca własnej głowy zaniedbanym, jedynym synem? I wtedy pomyślelibyście: "Przecież matka nie ma tutaj nic do rzeczy, możesz je sobie sam zacerować...". Kurwa. "Naprawdę jesteś opieszałą kupą gówna, Misza." Morda!

Drewnopodobna wykładzina. Paskudna, drewnopodobna wykładzina. Na tyle paskudna, że wolałbym zimny cement. I jeszcze zdewastowana, postkomunalna wersalka, o mniejszej wartości sentymentalnej, ale jednak o wartości. Dla was cool, vintage kanapa. Dla mnie – rok wcześniej – odrażająca codzienność. Zasypiając, odliczam ich zmieniające się pozycje. Postkomunalna, skrzecząca kanapa. Na początku oral, zamiana, zastój, opening prezerwatywy, misjonarz, orgazm. Moja wilgotna poduszka i złamane serce. Łamiące się za każdym razem, ponownie, bezustannie, kiedy dochodzi do zbliżenia. Kiedy ma zamiar dotknąć moją matkę w dokładnie taki sam sposób, w jaki ma zwyczaj dotykać mnie. Nasz wspólny, własny zwyczaj. I kiedy ponownie uświadamiam sobie, że nie jest on wcale nasz. Jest jego. A my dostosowujemy go do własnych potrzeb. Jestem wobec tego zauroczenia absurdalnie naiwny.

 

— Borys mógłby się zatrudnić do doradztwa zawodowego. Jest świetny. — Do moich uszów dociera nieskończona paplanina Daszy. — Już wiem w czym jestem dobra i rozumiem niektóre angielskie frazesy, a spotykamy się z nim dopiero od trzech miesięcy! Nawet niektóre żarty rozumiem, takie wiesz, co rozumieją tylko Anglicy, Amerykanie, czy tam Australijczycy. Australijczycy też gadają po angielsku, co nie?

Prywatne, przebrzmiałe, małe sklepiki spożywcze na przemian z monopolowymi. Czuję ten sam, odpychający fetor. Od czasu do czasu kwiaciarnia. Za ladami stare kobiety w wyświechtanych, kwiecistych fartuchach, pozbawione marzeń. Aseksualne, śmierdzące, z obrączkami, bez. Potworzyce. Plastikowe okna i kraty o wypłowiałej czerwieni. Farba rozprowadzona niedbale, za butelkę wódki. Potrafię dostrzec osad i uwypuklone, wyschnięte fragmenty jej taniej zawartości.

 

— Dasza, mogłabyś...

— Co?

— Skończyć pierdolić na chwilę?

Jest. Łańcuch prostolinijnych sklepików o prowincjonalnych, tandetnych szyldach zaprowadził nas do pierogarni.

"U kowala" — napis czołowy. Czarna, pospolita czcionka, ale nie żenująca. Za ladą wysoki i postawny skinhead, pokryty tribalami. Banalny klasyk, który uważa się za wyjątek. Starszy brat Slavy.

Wnętrze obskurnego pomieszczenia zanosi się sztynkiem pomyj, czuć też trochę odór papierosów, ale subtelny, bo sanepid nadal funkcjonuje.

Przy pierwszym spotkaniu, Bogdan porwał mnie na zaplecze i przycisnął do drewnianego regału z cheetosami. Prawie straciłem przytomność, ale w ostatniej chwilii zorientował się, że nie ukradłem produktu, a przysłał mnie sam Borys.

Nie wiem jak dostarczanie miazgi nieświeżego mięsa i kości ma rekompensować jego czas przeznaczony na naszą naukę języka angielskiego, kulturę i zwyczaje mieszkańców Wielkiej Brytanii, na naukę o funkcjonowaniu w ich społeczeństwie. Nie mam pojęcia dlaczego Borys odgrywa tak ważną rolę w wyrabianiu mojej wizy. Dlaczego ten pierdolony pasztecik, o bezlitośnie chujowej jakości ma dla nich wszystkich tak niewyobrażalnie znaczenie? Nie wiem.

Innym, współpracującym dzieciakom udało się emigrować i rozpocząć nowe, lepsze życie. Nie muszę wiedzieć. Tyle mi wystarczy.

 

Bogdan obsługuje starą dewotkę w beżowym, długim płaszczu. Kiedy trzesąca się, pomarszczona dłoń przekazuje na ladę ruble, przemieszczając się następnie w stronę drzwi wyjściowych, ja czekam na znak. Zawsze jest to pokraczny ruch ręką. Nie zilustruję tego słowami. To coś, co potrafi tylko Bogdan. Zamykam drzwi, nie rozglądając się. Podaję ten cholerny pasztecik. Dasza robi maślane oczy, chwytam ją za rękaw i wychodzimy. Na zewnątrz spotykamy Nastię i Feliksa. Rozmawiamy o pierdołach, jak zwykle. Kiedy temat chybi się ku więźniach politycznych i represjach na środowiska gejowskie, Nastia żwawo żwawo go zmienia. Można o niej wiele powiedzieć, ale jest na pewno rozsądniejsza od rastafarianina, którego nietrudno doprowadzić do wojowniczych nastrojów. A to, że udało im się nie stanąć przed sądem jest wynikiem dobrej woli ludzi, odpowiedzialnych za przyjmowanie łapówek.

Zachodzimy pod Nowosybirski Uniwersytet Państwowy. Nastia bierze Tamarę pod pachę, Lena próbuje dotrzymać kroku wraz ze swoją zblazowaną miną, a ja nie mogę doczekać się spotkania z Borysem. Upijemy się i będziemy rozmawiać o aspektach życia kompletnie absurdalnych, zajmować się kontemplacją rzeczywistości, przedziurawiając jej obumarłe dogmaty, będziemy szydzić z autorytetów, żartować o tragediach, a potem głupkowato tańczyć w rytmie jednego z utwotów Velvet Underground. Nie... Nie, że w jakimś dziwnym kontekście. Uwielbiam z nim przebywać, bo się zaprzyjaźniliśmy. Tak samo jak uwielbiam jego czarujące dołeczki i kręcone, blond włosy, ale kręcone nie w stylu tej kędzierzawej szopy, którą Dasza ma na swojej głowie. Kręcone, blond włosy, krystalicznie zaczesane. Uwielbiam je. I uwielbiam jego mityczną urodę. I atletyczną budowę ciała. To ważne, aby uwielbiać swojego przyjaciela całego.

 

— Nie chcę zostawać sam. — Ciepłe łzy drążą strumień na mojej poduszce.

Leżę na klatce piersiowej, aby nie oglądać jego parszywej twarzy. Otula moje nagie plecy mizerną, białą pościelą, a wielką dłonią masuje tylną część głowy, skrytą pod brązowymi kłakami, najdelikatniej na świecie. Chciałbym być na tyle silny, aby go odtrącić, ale nie potrafię nie ulec przyjemności.

— Muszę odejść. O tym zdecydowała twoja mama. Trwałbym przy tobie, gdybym tylko mógł, Misza. — Opanowany, niski głos dociera do moich bębęnków.

— Nie zostałbyś, Jonas! — Wyrywam się, aby spojrzeć w jego przepełnione niepowtarzalną ckliwością oczy. — Nie zostałbyś, bo jesteś pierdolonym tchórzem! - ciskam w jego stronę.

— Misza, byłeś dla mnie ważny.

— Pierdolony tchórz! — uderzam poduszką w jego skroń, lecz Jonas zwinne odtrąca atak, zakleszczając mnie w muskularnych ramionach.

— Uspokój się, dzieciaku. — Jestem w stanie poczuć jego mentolowy oddech na ramieniu. — Masz szesnaście lat, jeżeli ktokolwiek dowiedziałby się, że my...

— Przez sześć miesięcy uwielbiałeś dobierać się do mojej dupy, a teraz się boisz, że ktoś się dowie? Masz mnie za gówniarza, który przy pierwszej lepszej okazji sprzeda cię psom? Nie ufasz mi?

— Ufam. Ufam, Misza, ufam... — Jego uścisk łagodnieje, a ja udaję, że naprawdę pragnąłem się spod niego wyzwolić. Po raz ostatni pozwalam Jonasowi musnąć moją chudą szyję.

 

— To czekaj, zaraz, twoi dziadkowie nie dostają żadnej zapomogi od państwa? — Borys bierze łyk Tinkoffa, nie spuszczając z mojej osoby skupionego wzroku.

Siedzimy w jego sypialni na jasnym parapecie, wytworzonym z komflomeratu. Najwygodniejsza alternatywa krzesła na świecie. Cały wystrój tego pomieszczenia jest niemożebnie wyszukany. Wkurwiająco niemożebnie, bo bez patosu i z dobrym smakiem. Zazdrość człowieka zżera.

Przez drzwi słyszę Radiohead i głośny rechot dziewczyn. Otwarte okno łaknie niedokończonych petów. Borys zaspokaja je, odrzucając wypalonego w połowie papierosa na zewnątrz.

— Dostawali, ale to nie wystarczyło.

— Rehabilitacja jest aż tak kosztowna?

— Nie chodzi tu o rehabilitację. Nic nie da się z nią już zrobić. Sprzęt i leki, podtrzymywujące ją przy życiu są warte krocie. Dziadkowie nie mają pieniędzy na moje utrzymanie, dlatego odesłali mnie do ośrodka.

— Kurwa, to musiał być cios.

— Nie.

— Nie?

— W ośrodku jest lepiej.

Borys wgapia się we mnie, przymrużając oczy. Czubkiem paznokci rytmicznie postukuje o szklany spód butelki.

— Próbuję cię rozszyfrować, Miszka. — Rozkurcza mięśnie i rozprostowuje plecy, aby z manierą baletnicy oprzeć własny tułów o fragment ściany, a smukłe nogi umieścić na moich kolanach. — Jakie to kuriozalne, że nie potrafię cię zrozumieć, ale jednocześnie wiem co czujesz. — Uśmiecha się szczerze. Wiem, że szczerze, bo widzę dołeczki, a po moich plecach przechodzą ciarki entuzjazmu.

Nieśmiało opieram dłonie o jego łydki, za to on głęboko wzdycha, odchylając głowę na tyle intensywnie, że jego grdyka staje się jeszcze bardziej uwidoczniona.

— To dlatego, że oboje kochamy Zeldę. — przełamuję komfortowy zastój w refleksjach, wypowiedzianych na głos. Wybuchamy kosmicznym rechotem.

Znowu dołeczki. Znowu ciarki.

— Nigdy nie spotkałem matki, wiesz? — Bierze łyk alkoholu. — Odeszła, kiedy miałem kilka miesięcy. Miała depresję poporodową. Popełniła macierzyńskie samobójstwo. — Prycha. — Uciekła ode mnie. Ojciec nie był zły. Dbał o mnie. Ale nie był w stanie zapewnić wszystkiego. Dziecko po ojcowskim laniu potrzebuje matczynej opieki. Chociaż żadna przemoc nie jest dobrą metodą wychowawczą. — Unosi dydaktyczny palec wskazujący. — Ale takie uzupełnienie wystarczyłoby, abym mógł wspominać moje dzieciństwo jako spełnione, rozumiesz? — Wzdycha napastliwie. — Kurwa, jestem tak płytki. Opowiadam ci o tym, kiedy z twojej perspektywy są to jakieś pieprzone bzdety, a nie problemy. Miałeś gorzej.

— Ej, mamy prawo narzekać na swój los, jesteśmy ludźmi. — Uspokajam, głaszcząc go po łydce, na co on błyskawicznie reaguje ciepłym uśmiechem.

— Była pijana podczas jazdy?

— On był.

— Jaki on?

— Jej facet. Prowadził i nie przeżył.

Przez chwilę, jedyne co słyszę to uspokajająca cisza. Borys spogląda na mnie kojącym wzrokiem.

— Kiedy przeprowadzisz się już do Anglii, to załatwię ci w mieszkaniu dębowy parkiet.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • TrzeciaRano 05.09.2018
    Zatrzymałam się na drugim zdaniu. Podziurawione skarpety jako synonim umiłowania do nieporządku. Całkiem zgrabne, ale niezbyt logiczne. Może raczej do niedbalstwa czy coś w tym stylu? Oczywiście, każdy ma prawo postrzegać opisywany świat jak tylko zechce, to tylko moja nieśmiała sugestia. W didaskaliach czasami stosujesz zbyt wiele określeń. Mam również wrażenie, że niektóre frazy to jakiś nadopis. Dajmy na to: "kosmiczny rechot", "dydaktyczny palec wskazujący", a i jeszcze "ciarki entuzjazmu".
    To wygląda tak, jakbym bardzo mocno się czepiała, ale jestem po prostu szczera. I jeśli coś mi się nie widzi to mówię.
    Reasumując tekst nie jest zły, ale wymaga kilku szlifów. Dialogi prowadzisz bardzo naturalnie, stylistyka też leży gdzieś w kręgu moich zainteresowań. Jestem ciekawa, jak to poprowadzisz dalej.
  • nimfetka 05.09.2018
    Dzięki za uwagi. Przeczytam jeszcze raz i zobaczę, ale wydaję mi się, że zostawię jak jest. Pozdrawiaki.
  • Canulas 05.09.2018
    "Powtorzyce. Plastikowe okna i kraty o wypłowiałej czerwieni." - a nie: Potworzyce?

    "U kowala" — napis czołowy. Czarna, pospolita czcionka, ale nie żenująca. Za ladą wysoki i postawny skinhead, pokryty tribalami. Banalny klasyk, który uważa się za wyjątek. Starszy brat Slavy." - a tu magia. Zwłaszcza końcówka.


    " Kiedy temat chybi się ku więźniach politycznych i represjach na środowiska gejowskie, Nastia żwawo zmienia temat." - tu masz 2x temat. Moze:
    " Kiedy temat chybi się ku więźniach politycznych i represjach na środowiska gejowskie, Nastia żwawo go zmienia.

    "— Pierdolony tchórz! —uderzam poduszką w jego skroń" - brak odstępu. Wyżej trochę, krótka kreska.

    "— Ufam. Ufam, Misza, ufam... — jego uścisk łagodnieje, a ja udaję, że naprawdę pragnąłem się spod niego wyzwolić." - jego z wielkiej.

    Lubię Twoje pisanie. Już to pisałem i podtrzymuję. Masz kapitalny, bardzo mi bliski styl. Do takiej gry słownej możesz upakować dowolną treść i zawsze będzie to smaczne.
    Pozdro.
  • nimfetka 05.09.2018
    Dzięki wielkie za uwagi i ciepłe słowa.
    Pozdrawiaki.
  • pasja 13.09.2018
    Dzień dobry
    Lubię te twoje obrazy i przeskoki w czasie i w miejsca odległe. Świetnie odzwierciedlasz dusze bohaterów. Ich marzenia i tęsknotę za ciepłem i domem, za matką. W tym szarym i pokaleczonym życiu przełamują konwenanse, by móc kochać inaczej i marzyć o wyjeździe na zachód. Są zdolni nawet rozstać się.
    Pamiętam jeszcze nie tak dawno takie obrazki z naszych barów zwłaszcza dworcowych, kiedy na sali dym szczypał w oczy, ceratowe obrusy kleiły się od brudu. herbata pozostawiająca na szklance osad i kawa lura. Szklane luksfery służyły za popielniczkę. A paszteciki były tak samo bez wartości, a jednak można było z tego wyżyć. Tez wielu z nas chciało wyemigrować na Zachód lub do Ameryki. Marzenie podobne i nierealne.
    Dzisiaj Wschód jest tą częścią Europy gdzie młodzi ludzie pragną ucieczki od tej biedy ekonomicznej.

    Pozdrawiam i miłego dnia
  • nimfetka 13.09.2018
    Dziękuję Pasjo za odwiedziny i miłe, motywujące słowa.
  • Elorence 28.09.2018
    Mi się widzi wszystko. Ogólnie podoba mi się Twój styl :)
    Tęskniłam za pasztecikami, chociaż są tak świrnięte, że czasami otwieram szerzej oczy, czytając niektóre rzeczy. Dziś mnie zszokował fragment o molestowaniu, które w sumie nie było do końca molestowaniem. Nie wiem, ciężki temat. Można rzecz, że tu wkradło się uzależnienie od konkretnej osoby, co ma dwojaki wpływ na rozwój sprawy, ale... nie będę się w to zagłębiać.
    Podobało mi się i idę dalej, bo wiem, że jest jeszcze jedna część :)
    Pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania