Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Biznes pasztecikowy znacjonalizowany (i dobrze) cz. 6

Rozpinana pidżama o czerwono–szarych kratkach z polaru harmonizuje się z seledynowym szlafrokiem, niczym pierdolony pucz moskiewski i Michaił Gorbaczow. Pamiętam systematyczny poblask, bijący od rannego światła, który rysuje się na falistych, nieregularnych wzniesieniach jej gładkiej pelerynki. To ona sprawia, że dzięki niej czuje się kobietą. Popuchnięte i wyłupiaste oczy, wysuszona, czterdziestodwuletnia skóra i pełne samookaleczeń uda z tandetną, permamentną różą na przeddupiu. Chude ciało i ostrowia wystających żeber spod wygniłej skóry. Wieczny Jin Ling pomiędzy marchewkowymi palcami. Brudne, żółte paznokcie i wczorajszy, alkoholowy fetor.

Od siódmej rano, przez całe życie, ten sam, niszczejący się obraz, który wisi na ceglanym parapecie, przy półotwartym, drewnianym, blokowym oknie w kuchni.

Ale na ramionach saladynowy szlafrok. Znalazła nowego.

 

I zimne, przestarzałe płytki ceramiczne. W wielu miejscach popękane. Niektóre fragmenty przeżarły zapomniane libacje, seks bez prezerwatywy i ja, jako jego wirus, skutek i przestroga.

 

— Dlaczego się rozstaliście? — Siadam przy prostokątnym, drewnianym stole, którego powierzchnia jest pokryta czarnym blatem. Jak na resztę zaściankowej kanciapy, ubogiego bloku mieszkalnego, wygląda na bardzo zadbany. To dlatego, że nigdy przy nim nie jemy. Zaplatam palce, kładę dłonie na blacie w oczekiwaniu na odpowiedź, ale zdaje się, że moje pytanie nawet nie dotarło. Moja matka zaciąga się papierosem, mrużąc oczy. Daje upust uzależnieniu. Jest opanowana i chyba trzeźwa.

— Przestałam go kochać — kwituje, zsypując popiół do plastikowej pokrywy na słoik.

Przez dłuższą chwilę przyglądam się jej zmierzwionej fryzurze. Pofarbowane, brzydkie kołtuny mają imitować aparycję naturalnej brunetki.

— Ty w ogóle kiedykolwiek kochałaś? — ciągnę z desperacką boleścią.

— Ciebie trochę kochałam, nim nie narobiłeś w pieluchę. Brzydzę się zmienić tego pampersa do dzisiaj, wiesz?

Stłamszony najgorszymi uczuciami, z pierdolonym, przeszywającym bólem głowy, otumaniony psychosynetykami, odpowiedziałem:

— Kiedy wrócisz ze swoim nowym chujem z Petersburga, ja już nigdy więcej się do ciebie nie odezwę. Nigdy więcej na ciebie nie popatrzę. Nigdy więcej się, kurwa, nie odezwę! Nie odezwę. Nigdy więcej! Nigdy! Kurwa! Nigdy!

I lamentowałem. Lamentowałem jak ostatnia, pieprzona pizda. Za kryptopedałem. Aby tydzień później nie lamentować za matką w stanie krytycznym. Nie lamentować za pseudomatką, z którą już nigdy nie musiałem rozmawiać. Zamordowałem ją we własnej świadomości. Tylko czasami, kiedy na to pozwolę, pojawia się jako mimoza w formie agonalnego oddechu.

 

Półkotapczan i poplamiony, żółty materac jest ostoją dzieciństwa. Mieszkanie Daszy nie zmieniło się ani trochę. Tylko my nie mieścimy się już w łóżku. Pamiętam, gdy jej rodzice wkładali nas do jednej, dużej miski na pranie, aby się nawzajem podmyć, bo ciepła woda w ubogim, mieszkalnym postbiurowcu nie jest na życzenie, wiecie, średniozamożne buraki? Każdy nocleg był przepełniony domowym ciepłem i mamą w domu. Taką prawdziwą mamą. I takim prawdziwym domem. Dasza jest debilką, ale jest też częścią mojej rodziny. Moją głupią siostrą na niby, która irytuje naprawdę i którą się kocha naprawdę. Ale rzyg.

 

— Boże! Slava to przechuj. — Odrywam wzrok od rysunkowych Infinitisów, kiedy mój słuch przeszywa entuzjastyczny pisk kędzierzawej blondyny, siedzącej po drugiej stronie rozwalonego tapczanu.

— Hę? — mruczę pod nosem.

— Patrz, Miszka. — Pokazuje mi potłuczony ekran zmaltretowanego Samsunga i odpala podesłany filmik ze Slavą, który wyciąga spod bazuchy jakiegoś kurczaka.

— Co, zje go?

— Nie, kretynie! — Odtrąca telefon sprzed mojej twarzy. — To sztuka magiczna!

— Sztuczka, głąbie.

— Jak zwał tak zwał. Slava jest śmieszny. I lubię z nim rozmawiać. W ogóle go lubię. — odpowiada, zapętlając filmik z coraz bardziej zarumienionymi polikami

— Tak szczególnie?

— Nie! W sensie, tak jak wszystkich. Lubię wszystkich tak jak lubię jego. A ty?

— Co? Ja też go lubię. — Spuszczam wzrok na komiks.

— Nie chodzi mi o niego. — Uśmiecha się podstępnie, próbując zaimitować jakąś dziwną, dwuznaczną minę, ale wygląda trochę żałośnie.

— Nie ma stosunku seksualnego — bąkam pokrótce. — Nie chodzi mi o jakiś nieznaczący seks! — Obrusza się, wgniatając telefon w materac. — Chodzi o miłość, Misza. Miłość! Widzę jak na niego patrzysz.

— Co? — odpowiadam z miną, która bardzo chciałaby udawać zażenowanie, ale jedynym co potrafię z niej uplastycznić to dziwaczny uśmiech zmieszanego psa. — Przecież, nie. Nie. A jeśli nawet... To nie. On nie może być gejem.

— Nie wiesz jak jest.

 

— I tym ten Present Perfect różni się od tego Present Perfect Continousa, kumasz? — Czuję jego cukierkowy oddech na przedramieniu. Nachyla się nade mną niczym właściciel nad zbitą, nieposłuszną suką, a ja siedzę przy luksusowym, gładziutkim biurku ze zużytym podręcznikiem od angielskiego.

— Nie chcesz usiąść? — pytam.

Borys wzdycha z politowaniem.

— Może się gdzieś przejdziemy, co? Znam wiele niszowych miejscówek.

Wzruszam ramionami, oboje dobrze wiemy, że potrzebuję przerwy.

 

Kiedy niszową miejscówką okazuje się obrośnięty staw na obrzeżach miasta, z drewnianym, starym pomostem oraz przycumowaną łódką wujka Gniewomira o buraczanej facjacie i denaturowym uzależnieniu, spoglądam na Borysa, który wydaje się być tym posępnym krajobrazem zafascynowany. Być może to smętne, szare niebo nie oddaje w pełni jego najprawdziwszego uroku. W takim wypadku, nigdy go nie docenię. Tak jak w Europie Zachodniej istnieją pasjonaci teorii płaskiej Ziemii, tak Rosja chlubi się w wyznawców braku Słońca. Ale u nas jest to raczej uzasadnione, kiedy promienie tej pierdolonej gwiazdy kończą się na Polsce, a większość starych ludzi dostaje zaćmy od apatycznego wgapiania się w szpitalną jarzeniówkę. Zgaszoną, żebyście nie myśleli. Ropa tanieje. Zgonów przybywa.

 

Podążam za pomiętym, o rozmiar za dużym jak na jego szczupłego właściciela, swetrem. Siadam obok na pomoście, przyglądając się zamkniętemu zbiornikowi wodnemu.

— Uwielbiam tu być. — Przymyka oczy i głęboko wzdycha.

— Ta. Jest, jakby... Klimatycznie czy coś.

— Mówisz? — Spogląda na mnie, otwierając jedno oko i unosząc wargę, coś na kształt uśmiechu. - Wiem, że wydaję się dla ciebie dziawakiem. Co jest w tym miejscu specjalnego? — Zakłada dłonie na spiczaste kolana, zadzierając podbródek, a ja ponownie oglądam powieki Borysa. — Jest pusto. Pusto kompletnie. Tylko wygolony las, brzydki staw i ja. Teraz my.

— Borys?

— Hm?

Przełykam ślinę.

— Jesteśmy my?

— My. Nikogo innego.

Kręcone włosy nacierają bladą, symetryczną twarz, niczym grzybienie namaszczające urokiem taflę głębokiego stawu. Bez nich, jego woda byłaby niczym. Wgapiam się w jeden punkt. Pozycję kluczową. Wiśniową i trochę popękaną. I przybliżam wargi. Najsubtelniej i najbardziej ostrożnie, zachowując przystępną odległość, ubezpieczejąc się przed nadchodzącym upokorzeniem. Spokojne powieki i powolny ruch, powstrzymujący eksplozję. Atak przechwycony. Gładkie dłonie pojmują moją żuchwę, a następnie muskają usta. Agresywnie, ale z empatią dla zmysłów. I tak eksploduję.

 

Perfidny szelest trawy. Ktoś nadchodzi. Pauza.

 

— O nie. — Zdaję się usłyszeć głuchy szept Borysa.

— Co się dzieję? — Dryluje jego oczy, otumaniony poprzednim zajściem.

Zza niebotycznych, gęstych trzcin udaję mi się dostrzec grupkę postawnych mężczyzn. Wygoleni goście w dresach z lamerskimi łańcuchami. Nie gopnicy. Byli level wyżej.

— Ej, to ta kurwa! — Słyszę niski, wyniosły tembr głosu.

— Musimy spierdalać, Misza. — Borys niespodziewanie unosi się i łapie moje nadgarstki w mocnym uścisku. — Oni chcą mnie zniszczyć, Misza. Zajebać — szepcze przerażony.

Ale są. Są, kurwa, zbyt blisko, abyśmy mieli szansę gdziekolwiek uciec. Staliśmy na pomoście. Na pierdolonym, niewytrzymałym pomoście, nad głębokim pierdolonym stawem.

— Zapomniałeś już szmato pierdolona? — mówi jeden z nich, a cała, jebana piątka wygląda tak samo.

— Słuchajcie, wiem, że są opóźnienia, muszę ogarnąć moich ludzi, chłopaki. Mamy ogrom zamówień, dostaniecie pieniądze. Potrzebuję czasu. - Osłania pokracznie siebie i moje ciało. Albo tylko siebie, a mnie przez przypadek. Popierdoleniec wyciąga scyzoryk, a nam stopniowo kończy się ten jebany pomost w wersji beta.

— Poderżnę tobie i tej ciocie gardło, rozumiesz? Zajebałeś mi hajs, pizdo, nikt nie ma szans na przeżycie jeżeli nie wywiąże się z mojego długu.

A teraz chuj wie skąd wyłania się pierdolony Slava, celujący gnatem w ich stronę.

— Powiedział, że są opóźnienia, tak? — mówi najbardziej nieslavowym, bezemocjonalnym tonem jaki kiedykolwiek będę mógł w stanie usłyszeć.

Ale dla mnie to zbyt dużo. Odczuwałem skrajne emocje zbyt długo, abym mógł pozostać przytomnym. Mętny obraz i bezwolne ciało. Tracę przytomność, uderzając kręgosłupem o powierzchnię wody.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Elorence 29.09.2018
    Ło matko, ale to było dobre. Podobają mi się te skoki między przeszłością a teraźniejszością. Fajna sprawa :)
    Próbuję ogarnąć tok rozumowania Miszy i w ogóle, ale przychodzi mi to z trudem. No i Borys. Czyli to kryptogeje, tak? Ciekawe.
    No nic, nimfetka, wracaj do nas :)
    Pozdrawiam!
  • nimfetka 05.10.2018
    Dziękuję za odczytanko, Elo. Wróciłam, ale z pisaniem tak nadal aeh.
  • Canulas 09.10.2018
    " To ona sprawia, że dzięki niej czuje się kobietą." - można bez "dzięki niej", bo to już nadinformacja.

    "— Jak zwał tak zwał. Slava jest śmieszny. I lubię z nim rozmawiać. W ogóle go lubię. — odpowiada, zapętlając filmik z coraz bardziej zarumienionymi polikami." - niepotrzebna kropka.

    "Kiedy niszową miejscówką okazuje się obrośnięty staw na obrzeżach miasta, z drewnianym, starym pomostem oraz przycumowaną łódką wujka Gniewomira o buraczaną facjacie i denaturowym uzależnieniu" - buraczanej.


    No co Ci mam powiedzieć?
    Ty wiesz jak piszesz. Powinnaś wiedzieć.
    Kapitalnie używasz wulgaryzmów. Nawet w narracji. Robisz taki ciekawy myk, że narracja z tak kurwą czy chujem jest bardzo bliska przemyśleniom postaci. Ciężko odkreśli, jestem przed kawą, ale robisz to dobrze.
    Wszystko u Ciebie jest jakieś. Cudownie zobrazowane, ale i niestandardowe. Z jednej strony luz, z drugiej dopracowanie.
    Masz świetny styl.
    Piszesz w moim czytelniczym guście,
  • nimfetka 21.10.2018
    Ajaj. Dziękuję ślicznie i zabieram się do poprawiania.
  • pasja 13.02.2019
    Witam
    Bardzo dobrze ukazany świat zakonserwowanej biedy z jakąś tam miłością. Wczoraj, dzisiaj i jutro przemyka w twojej wyobraźni jak po maśle. Sprytnie przeskakujesz te różnice w czasie. Przypominam sobie takie obrazy kiedy byliśmy skierowani na zachód i marzyliśmy o wolności, o wyrwaniu się z tej biedy. Dzisiaj to my jesteśmy tym przedpokojem dla wschodu.
    Wszystko u ciebie jest poukładane i ma sens, bez chaosu i bez owijania przedstawiasz brudne życie.
    Nadrabiam
    Pozdrawiam ciepło

    z saladynowym szlafrokiem... seledynowym
  • nimfetka 26.02.2019
    Dzięki śliczne, Pasja.
    Zara poprawię.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania