Cień Areny - AKT I, rozdział 8.
Rozdział 8
Nie minęły jeszcze dwadzieścia cztery godziny od pierwszego uderzenia. Ziemia wciąż
parowała krwią poległych, a zapach spalonego metalu i prochu wisiał nad polami jak nieznośna mgła. Ciała nie zdążyły dobrze ostygnąć. Wspomnienie pierwszego ataku nie zatarło się jeszcze w umysłach młodych chłopaków, a już nadchodziło kolejne piekło.
W oddziale, w którym znajdował się Michał, nikt nie spał. Nikt też nie jadł. Garstka, która przeżyła poranne starcie, rozlokowana była między rowami, pozostałościami okopów i wrakami ciężarówek, które miały dowozić zaopatrzenie, a teraz służyły jako tymczasowe zasłony.
Sprzęt był uszkodzony. Amunicji brakowało. Radiostacje działały kapryśnie, jakby również się bały. Dowódca plutonu, jakiś porucznik — młody, ale już z twarzą postarzałą o kilka lat — krążył między pozycjami i tłumaczył:
— Nie mamy wsparcia pancernego. Czołgi utknęły przez ostrzał na drodze z Mińska.
Lotnictwo coś próbuje, ale dostali mocno po dupie… — splunął w bok. — Musimy przetrwać do zmroku. Najwyżej jeszcze kilka godzin. Potem albo ruszą nasi, albo zrobi się na tyle ciemno, że damy radę się wycofać.
„Albo…” — przemknęło Michałowi przez głowę. Ale nie dokończył tego słowa. Nikt go już głośno nie wypowiadał.
Ktoś z tyłu rzucił półgłosem:
— Jeszcze nie zdążyliśmy ich wszystkich pochować...
Ktoś inny odpowiedział szeptem:
— Może to nas jutro będą zbierać...
Zbliżał się wieczór. Radecki siedział oparty o metalową skrzynię z resztkami amunicji do moździerza. Z bronią na kolanach, z dłońmi wciąż brudnymi od wczoraj. Nie miał siły na
rozmyślania. Czuł się jak zardzewiała sprężyna —napięty, ale pozbawiony energii. Niepewny, ile jeszcze wytrzyma, zanim pęknie.
— Radecki! — zawołał ktoś z sąsiedniego stanowiska. — Dowódca chce, żebyś znów
podjął pozycję przy moździerzu. Masz koordynaty?
— Zaraz będę miał. — Michał wstał, otrzepał dłonie i podszedł do porucznika.
Cokolwiek miało nadejść, nadchodziło szybko. Silniki wrogich pojazdów już było słychać w oddali — toczyły się jak stalowe grzmoty nadchodzącej burzy. Niebo, choć jeszcze jasne, wydawało się coraz cięższe. Może to przez ten dym. A może przez strach, który nie dawał się już zdusić ani sprytem, ani zaparciem, ani żadną ułudą chwały.
Zostało tylko jedno: trwać. Do zmroku. Albo dłużej. Albo wcale.
Dostał koordynaty. Miał podać je operatorowi moździerza i zgłosić gotowość do wsparcia ogniowego. Gdy biegł z notatką przez zagruzowany odcinek między liniami, rozpoczął się atak nieprzyjaciela.
Najpierw usłyszał świst —ten niski, niepokojący dźwięk, który zapowiadał coś znacznie gorszego niż deszcz. Potem wszystko rozdarł wybuch. Ziemia zadrżała, kawałki metalu uderzyły o zbrojenie. Michał padł na kolana, instynktownie przyciskając głowę do ramion.
Krzyki. Strzały. Kolejne serie z karabinów automatycznych. Gdzieś blisko ktoś wrzasnął przeciągle, rozpaczliwie. Michał zerwał się i puścił biegiem dalej —przed sobą widział grupkę żołnierzy wycofujących się zza rozwalonego autobusu pełniącego funkcję barykady.
— Radecki! — zawołał jeden z nich. — Tu, do nas! Potrzebujemy ludzi na przód!
Nie miał czasu myśleć. Nie miał nawet czasu odpowiedzieć. Wpadł między nich jakby
wciągnięty przez wir. Ktoś wcisnął mu dodatkowy magazynek do karabinu, inny wskazał
prowizoryczny okop z worków z piaskiem.
— Trzymaj się nisko! — ryknął sierżant z zakrwawionym bandażem na ramieniu. — Jak zobaczysz drona, nie patrz się w niego jak idiota, tylko celuj!
Odgłosy walki były ogłuszające. Huk granatów, krótkie serie karabinowe, świst pocisków przelatujących z prędkością, której mózg nie nadążał zarejestrować. Co chwilę któryś z chłopaków krzyczał, ktoś padał. Nie było czasu się rozejrzeć. Tylko strzelać. Tylko nie dać się trafić. Tylko przetrwać kolejne minuty.
Michał przywarł do ziemi. Poczuł drżenie ręki. Nie wiedział, czy to od strachu, adrenaliny, czy zimna. Wokół przelatywały odłamki. Jakiś pocisk eksplodował kilkanaście metrów przed nim, rozrzucając błoto i szczątki. Krew. Krzyk.
Oddał serię na ślepo. Nie był nawet pewien, w co celował. Działał automatycznie, jak
element większej machiny. Coś przeskoczyło w jego głowie. Nie miał już miejsca na analizę, na wspomnienia, na planowanie. Był tylko „tu i teraz”.
W pobliżu przeszedł nad nim niski, ciężki dźwięk silnika — samolot? Może dron. Za chwilę znów wybuch. Michał poczuł gorąco na plecach — zniszczona ciężarówka stanęła w ogniu ledwie kilka metrów od jego pozycji.
— Radecki! Trzymaj sektor! — usłyszał znów czyjś głos.
Zacisnął dłonie na karabinie. Odruchowo poprawił pozycję. Wiedział, że nie może się teraz zawahać. To nie była już gra w wyobraźni. To nie był front z książek, z filmów, z wojennych pieśni. To było bagno, dym i śmierć.
I nie miał już drogi ucieczki.
Stanął jak wryty.
Ogień, dym, krzyki, sygnały komend, strzały — wszystko się zlewało. Przez chwilę nie
wiedział, co robić. Oddać strzał? Paść na ziemię? Uciekać? Szukać rannych? Kogo ratować, gdzie celować, przed czym się chronić?
Uniósł karabin, próbując wycelować w nadbiegającego przeciwnika — zbyt późno. Huk. Uderzenie. Ból. Dreszcz.
Dostał w lewe ramię. Draśnięcie, ale wystarczyło, by wypuścić broń. Upadł na kolana,
jęknął i odruchowo chwycił się za ranę. Ciepło przesiąkające przez materiał munduru. Krew.
Czuł, jak serce bije mu gdzieś w gardle, a każdy oddech był jak wciąganie rozżarzonego
powietrza.
Nie potrafił racjonalnie myśleć. W głowie panował chaos. Czy to zmęczenie? Strach?
Słabość? Brak snu? Brak doświadczenia?
Obraz przed oczami rozciągał się i zwężał jednocześnie. Jakby świat zwolnił, jakby znalazł się pod wodą. Wszystko tłumiło się, a on… On w myślach już widział swój grób. Może taki sam, jak ten dziadka. Albo jak setki tych na cmentarzu wojennym.
I wtedy — eksplozja. Tuż za nim.
Uderzenie fali powietrza rzuciło nim o ziemię. Po jego prawej stronie — druga eksplozja. Uszy zapłonęły ogniem. Huk był ogłuszający. Michał uniósł głowę, próbując skupić wzrok.
Zobaczył nogę kilka metrów dalej. Oderwaną. Kogoś, kogo znał, choć nie potrafił teraz
powiedzieć — kogo.
Innego chłopaka rozerwało w powietrzu — poleciał jak szmaciana lalka. Krew zroszona w błocie, wnętrzności rozrzucone wokół. Inny chłopak z wrzaskiem rzucał się, trzymając to, co zostało z jego dłoni.
Kilku, może czterech, może pięciu — rzuciło broń i biegło na oślep w stronę lasu. Uciekali, krzycząc coś, czego już Michał nie rozumiał.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, zanim znów był w stanie się poruszyć. Ramię pulsowało, piekło. Ból wbijał się w głowę. Chciał krzyczeć, ale głos ugrzązł mu w gardle.
Poczuł piekące łzy, ale nie ze strachu. Ze złości. Z bezsilności.
Tak miała wyglądać wojna?
Zacisnął zęby. Musiał się ruszyć. Jeszcze żył.
Nie próbował wołać o pomoc. Nie dlatego, że nie chciał. Język miał jak z drewna, gardło zaciśnięte w niemym skurczu. Głowa dudniła od huku, a myśli uciekały jak dzikie konie. Wiedział, że nie jest ciężko ranny — rana w ramieniu krwawiła, ale nie wyglądała na śmiertelną. Mimo to nie był w stanie działać. Każdy ruch zdawał się niemożliwy. Jakby całe jego ciało zapadło się w sobie, jakby czas wciągnął go w czarną otchłań otępienia.
W końcu, zaciskając zęby, postanowił się poruszyć.
Z trudem obrócił się na brzuch i zaczął czołgać się w stronę wraku niewielkiego pojazdu, który kilkadziesiąt metrów dalej tkwił wbity z przodu w niewielką skarpę. Wydawał się bezpiecznym schronieniem — choćby na chwilę, by złapać oddech, zebrać myśli, przetrwać.
Z każdym ruchem wgryzał się w błoto, w krew i piach, a każdy centymetr drogi był jak
pokonywanie całego świata. Dłońmi szorował po gruzie, wciągając w płuca gorące powietrze przesycone spalenizną i prochem.
Już prawie był na miejscu.
Jeszcze metr.
Jeszcze pół.
I wtedy — kolejny wybuch.
Tuż za jego plecami.
Nie widział błysku, tylko poczuł podmuch fali uderzeniowej, która wyrwała mu powietrze z płuc i rzuciła jego ciałem jak lalką o bok pojazdu. Wpadł na rozgrzaną blachę, jego ramię znów eksplodowało bólem. Upadł na plecy. Krótki skurcz ciała. Ostatni oddech, który nie chciał wejść do płuc.
Świat zawirował.
Czerń napłynęła od brzegów pola widzenia, pochłaniając wszystko. Ogień, krzyki, błoto, wrak. Wszystko zaczęło znikać, jakby ktoś wyłączał obraz na starym telewizorze. Czuł, jak kolejny wybuch wyrzuca w powietrze zwały ziemi. Cząstki gliny, piachu i szczątków żołnierzy osiadały na jego twarzy i ramionach. Otwarta rana w ramieniu piekła coraz mocniej. Nie miał już siły się poruszyć. Każda sekunda ciągnęła się jak godzina.
Wszystko działo się zbyt szybko.
I zbyt cicho.
Jakby ktoś zdusił dźwięki, jakby wojna odeszła gdzieś na bok, a on dryfował gdzieś
pomiędzy jawą a snem. Mgła zalała jego oczy, a przez szczeliny powiek dostrzegał jedynie
rozmazane kształty. Czy to czołg? Czy to jakiś dron?
Nie.
Postacie.
Zbliżające się sylwetki w ciemnych mundurach, powoli wyłaniające się z chaosu. Żołnierze. Rosjanie.
Widział, jak podchodzą ostrożnie — z bronią gotową do strzału, ale opuszczoną tuż nad
ziemią. Jeden z nich skinął na drugiego, pokazując coś ręką. Ten drugi uniósł karabin, wymierzył wprost w leżącego Michała.
Radecki nie próbował się nawet podnieść.
Nie miał już w sobie nawet strachu. Tylko pustkę.
I wtedy to usłyszał.
Ktoś krzyknął coś po rosyjsku. Ton był ostry, rozkazujący:
— Nie dobijać! Generał potrzebuje żywych!
Słowa przebijały się przez szum w jego uszach niczym echo. Zrozumiał każde z nich. Język brzmiał dla niego znajomo, choć tym razem niósł coś znacznie cięższego niż tylko dźwięk.
"Żywych"...
Chcą go żywcem?
Próbował się poruszyć, ale nie zdołał nawet drgnąć. Czuł, jak ktoś chwyta go za ramiona i ciągnie przez błoto. Głowa obijała mu się o nierówności gruntu, a spojrzenie błądziło po niebie — szarym, zacierającym się. Ktoś go podnosił. Czyjeś palce sprawdzały jego puls.
A potem już nic nie słyszał. Ani wybuchów. Ani krzyków. Ani siebie.
Została tylko ciemność.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania