Cuiavia. Dzień ósmy.
Dzień ósmy
Świt nastał niechętnie, jakby zawstydzony tym, co przyniesie. Obudziło go dziwne, nerwowe trzepotanie w żołądku. Nadzieja z poprzedniej nocy zdążyła już skwaśnieć, pozostawiając po sobie jedynie metaliczny posmak lęku. Wymknął się cicho z ziemianki, nie chcąc budzić domowników. Nie poszedł po chrust ani nad rzekę. Jego kroki same poniosły go w stronę miejsca, gdzie wczoraj płonął stos.
Już z daleka poczuł gryzący, zimny zapach wilgotnego popiołu. Krajobraz klęski, który ukazał się jego oczom, bezlitośnie pogrzebał nadzieję na murowany piec. Zamiast równego stosu cegieł ujrzał pobojowisko. Czarna plama na trawie, z której sterczały nieliczne, pokraczne kształty. Większość jego dzieła zamieniła się w kupę czerwonego pyłu i popękanych, bezużytecznych skorup.
Stał nad tym w milczeniu, a ciężar porażki przygniótł go do ziemi. Sto cegieł. Całe dwa dni tytanicznej pracy. Wszystko na nic.
— Robert? — usłyszał za plecami cichy głos. Podeszła i stanęła obok niego, otulając się szczelniej wełnianym pledem. Jej wzrok bez słowa oceniał skalę zniszczenia, ale nie zatrzymał się na potłuczonych cegłach. Skupił się na sercu pogorzeliska, na grubej warstwie delikatnego, biało-szarego pyłu.
— Katastrofa — mruknął, kopiąc czubkiem buta kupkę pyłu. — Stuprocentowa utrata materiału. Totalna klęska.
— Niezupełnie — odparła zaskakująco opanowanym głosem. Kucnęła i zaczęła ostrożnie zgarniać dłonią lekki jak puch popiół do przyniesionego worka — Nie stuprocentowa.
Patrzył na nią, nie rozumiejąc. — Co ty robisz? To tylko popiół.
Uniosła wzrok; na jej ustach wykwitł ledwo zauważalny uśmiech triumfu. — To nie „zwykły popiół”, tylko węglan potasu. Zanieczyszczony, ale w wysokiej koncentracji, bo paliłeś drewno liściaste, tak jak prosiłam. Masz przed sobą ług potasowy w uśpionej formie. Czysty surowiec.
Spojrzał na worek wypełniający się popiołem, a potem na nią. Cała wiedza z lekcji chemii dawno uleciała mu z głowy. Choć w szkole lubił chemię organiczną, lata bez kontaktu z nauką odebrały mu zdolność łączenia faktów. Patrzył na nią z zaciekawieniem i lekkim wstydem, niczym niedouczony uczeń przed tablicą.
Widząc kompletną pustkę w jego oczach, roześmiała się krótko, triumfalnie. W jej głosie brzmiała duma i radość odkrywcy, który właśnie dokonał przełomu.
— MYDŁO! Mydło to czystość. Czystość to zdrowie. To mniejsze ryzyko infekcji dla nas i dla Gniewka — powiedziała, wstając i otrzepując dłonie. — Twój eksperyment z ceramiką zawiódł, ale mój eksperyment z chemią nieorganiczną powiódł się doskonale. Zyskaliśmy reaktor pełen surowca do produkcji mydła. I... — jej wzrok przeniósł się na resztę pobojowiska — ...i mnóstwo danych do analizy. Pora na małe post mortem, inżynierze.
Te słowa, wypowiedziane spokojnie i rzeczowo, zadziałały jak przełącznik. Wstyd i rozczarowanie ustąpiły miejsca znajomej, chłodnej logice. Pojawił się problem. Czekały dane. Należało sformułować hipotezę. Jej spokój podziałał na niego jak zimny okład. Skinął głową, a jego umysł, wyrwany z emocjonalnej pułapki, przełączył się w tryb analityczny.
— Masz rację. Obserwacja numer jeden: integralność strukturalna nie istnieje — zaczął, podnosząc pęknięty fragment. — Przyczynę stanowiła gwałtowna zmiana fazowa wody uwięzionej w kapilarach. Nadmierne ciśnienie pary rozsadziło matrycę glinianą od środka.
— Dokładnie — podchwyciła. — Do tego dochodzi szok termiczny. Zastosowałeś ekstremalnie niestabilny gradient temperaturowy. Zewnętrzna powierzchnia osiągnęła setki stopni, podczas gdy rdzeń pozostawał zimny i nasycony wodą. Powstały naprężenia, które musiały znaleźć ujście. Stąd te wszystkie pęknięcia.
— Zabrakło szans na kontrolowaną dehydroksylację — kontynuował, wchodząc w rolę. — Potrzebowalibyśmy powolnego, równomiernego podgrzewania, by pozwolić wodzie fizycznej odparować, zanim temperatura osiągnie punkt krytyczny. Nasz ogień stanowił brutalną siłę, a nie precyzyjne narzędzie termiczne.
Schyliła się ponownie i podniosła inny odłamek — czarny, ciężki i częściowo zeszklony. — A spójrz na to — powiedziała. — Tutaj temperatura osiągnęła maksimum. Zaszła częściowa witryfikacja. Widzisz tę zeszkliwioną, nieporowatą powierzchnię? Materiał zyskał na twardości. To dowodzi, że proces ceramiczny w tych warunkach jest możliwy. Zawiodła jedynie nasza metodologia.
Wziął do ręki czarny odłamek, twardy niczym skała. Uderzył nim o kamień — wysoki, czysty dźwięk potwierdził jego przypuszczenia. Trzymał w dłoni fragment prawdziwej ceramiki.
— Czyli hipoteza brzmi następująco — zaczął, a jego głos znów wypełniła energia. — Jeśli wyeliminujemy niemal całą wodę śródmiąższową w fazie wstępnej i zastosujemy ciepło w sposób kontrolowany, powinniśmy uzyskać powtarzalny, udany wynik.
— Dokładnie — dokończyła. — Potrzebujemy nowego protokołu. Etap pierwszy: długotrwałe suszenie w kontrolowanych warunkach. Etap drugi: zaprojektowanie układu wypału, który zapewni równomierną dystrybucję ciepła. Zastąpimy ognisko piecem polowym. Etap trzeci: powolne, kontrolowane schładzanie.
Spojrzał na czarny, twardy odłamek w swojej dłoni. — A co z tymi? Te twarde kawałki...
Uśmiechnęła się. — Potraktujemy je jako agregat. Domieszkę do nowej partii. Pokruszymy je i dodamy do świeżej masy. Wzmocnią strukturę i zmniejszą skurcz, działając dokładnie tak, jak najlepszej jakości piasek.
Spojrzeli na siebie. Rozczarowanie zniknęło bez śladu. Zastąpił je chłodny, radosny zapał naukowców po rozwiązaniu skomplikowanego problemu. Ta sterta gruzu przestała być symbolem porażki. Stała się bezcennym źródłem danych i surowców, ratujących cały projekt. Mogli iść zjeść śniadanie.
Szli w milczeniu w stronę paleniska, ona niosła ostrożnie worek z cennym popiołem, a on wciąż obracał w dłoni twardy, zeszklony odłamek ceramiki. Przerwał ciszę, mówiąc już spokojnie i metodycznie.
— Protokół B, etap pierwszy: suszarnia. Zaczniemy od budowy wiaty chroniącej przed deszczem i słońcem. Potrzebujemy kontrolowanego środowiska do wstępnego suszenia nowej partii cegieł.
— ...którą obłożymy trzciną — podchwyciła. — Genialne w swojej prostocie. Dwa procesy technologiczne w jednym. Suszymy komponenty konstrukcyjne dachu, jednocześnie wykorzystując je do ochrony komponentów konstrukcyjnych pieca. Idealna optymalizacja.
— Pod warunkiem, że zgromadzimy wystarczającą ilość surowca — mruknął, zerkając w stronę odległych szuwarów nad rzeką. — Zrobiłem wczoraj szybką estymację. Powierzchnia dachu wynosi około pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Żeby uzyskać trzydziestocentymetrową warstwę o dobrych właściwościach izolacyjnych... będziemy potrzebować około trzystu ciasno zbitych snopków. Szykuje się kolejny maraton. Ścinanie, transport, suszenie...
— I obróbka — dodała szybko. — Nie wystarczy po prostu rzucić trzciny na dach. Czeka nas czesanie, przebieranie i sortowanie; musimy usunąć liście oraz krótkie, połamane źdźbła. Im czystszy i bardziej jednorodny materiał, tym gęstsze ułożenie i mniejsza podatność na gnicie.
— A to właśnie gęstość i układ warstwowy zapewnią mu właściwości hydrofobowe — zgodził się. — To nie sama trzcina gwarantuje szczelność dachu. To kąt nachylenia dachu i napięcie powierzchniowe wody na tysiącach gładkich łodyg sprawią, że woda spłynie z warstwy na warstwę, nie dając szansy na penetrację w głąb.
— Dokładnie. Każdy snopek zadziała jak dachówka. A każda kolejna warstwa musi zakrywać mocowania poprzedniej. To tworzy kaskadowy system odprowadzania wody. Proste i niezwykle skuteczne.
— A przy tym genialne termicznie — zachwycił się, znów wchodząc w inżynierski tryb. — Pomyśl. Każda z tych wysuszonych łodyg pozostaje w środku pusta. Trzydziestocentymetrowa warstwa strzechy to miliony pęcherzyków powietrza o ekstremalnie niskim współczynniku przewodzenia. Zimą ciepło z pieca nie ucieknie, latem chata uniknie przegrzania. Otrzymamy nisko przetworzony, biodegradowalny materiał kompozytowy.
Patrzył przez chwilę na ich ziemiankę, a jego inżynierski umysł już analizował cały system. — Układ termodynamiczny kryje jednak słaby punkt — odezwał się po chwili. — Piec i dach dadzą nam pełen komfort tylko wtedy, gdy naprawimy ściany. Te nasze już się mocno obsypują. I ta wilgoć... czuję ją cały czas.
Podążyła za jego wzrokiem. — A co, jeśli nie będziemy ich naprawiać, tylko zbudujemy od nowa? Lepiej? — Jej oczy zabłysły. — Zróbmy to tak samo dobrze, jak dach. Upleciemy dwa płoty z witek, zrobimy taką gęstą plecionkę, a przestrzeń pomiędzy nimi...
— ...wypełnimy gliną zbrojoną sieczką trzcinową! — dokończył za nią, podekscytowany. — Ściana kompozytowa! Glina jako masa termiczna i spoiwo, a trzcina jako zbrojenie i materiał izolacyjny. Lepsze niż lita ziemia!
— A może od razu podniesiemy te ściany o metr ponad poziom gruntu? — rzuciła pomysł, który zawisł w powietrzu, wibrując od swojej zuchwałości. — Odsuniemy się od ziemi, od tej wiecznej wilgoci kapilarnej!
Aż wstał, nie mogąc usiedzieć w miejscu. — I... i wtedy moglibyśmy zrobić okna! Prawdziwe okna! Małe, ale wpuszczające światło! Z wentylacją!
Wchodzili sobie w słowo, ich głosy przybrały na szybkości, niesione wzajemnym entuzjazmem.
— A dolna krawędź strzechy uniknie kontaktu z ziemią! — zawołała.
— Co oznacza, że nie zgnije! Zyska na trwałości, wymusimy wymianę rzadziej! — dodał.
— Zapanuje przewiew, wilgoć zniknie. Zdrowiej! Koniec ze stęchlizną i wiecznym półmrokiem! — dokończyła.
Roześmiała się, kręcąc głową z niedowierzaniem nad ich własną ambicją. — Piec, komin, nowy dach, podniesione ściany kompozytowe, okna... Robercie, my tu projektujemy nieomalże pasywny dom.
Śmiech powoli zamarł, a jej spoważniała. Odstawiła worek z popiołem, mierząc go przenikliwym wzrokiem. — To wszystko brzmi jak doskonały, zamknięty system... z jednym krytycznym punktem.
Westchnął. Wiedział dokładnie, o czym myśli. Obrócił w palcach twardy odłamek ceramiki.
— Sznurek — powiedział głucho. — Wiązania. Do związania trzystu snopków i do przymocowania ich wszystkich do dachu. To wszystko nie ma sensu bez technologii, której nie posiadamy.
* * *
Zapadła cisza. Patrzyli na siebie, gdy ich misterny plan zawisł na jednym, brakującym ogniwie. Właśnie wtedy dostrzegł Kwiecisza prowadzącego woła na pastwisko. W jego ręku lśnił w porannym słońcu gruby, ciemny powróz.
— Nie — powiedział twardo, a w jego oczach pojawiła się nowa decyzja. — Dość teorii. Potrzebujemy transferu wiedzy.
Spojrzał na nią, a potem na oddalającą się postać sąsiada. — Idę do niego. Teraz. On wie, z czego i jak robi się liny.
Pobiegł. Ciszę poranka zakłócił chrzęst żwiru pod jego stopami, który zmieszał się z powolnym, ciężkim stąpaniem wołu i trzaskiem kamieni uskakujących spod racic. Skrzypienie uprzęży towarzyszyło zatrzymaniu się zwierzęcia. Wilgotne, poranne powietrze, pachnące mokrą ziemią i dymem z palenisk, mieszało się z zapachem mokrego, brudnego zwierzęcia, drażniło mu nozdrza.
— Dzień dobry, Kwieciszu! — zawołał, gdy był już wystarczająco blisko. Spokojnie. Od tej rozmowy zależy cały nasz plan. Nie możesz tego zepsuć. Bądź uprzejmy, ale konkretny. Musisz zdobyć jego zaufanie, a przynajmniej przełamać niechęć.
Starszy mężczyzna zatrzymał się i odwrócił powoli. Jego twarz nie wyrażała przyjaznej ciekawości, a raczej zmęczoną irytację. Przesunął wzrok po ubrudzonym gliną ubraniu Roberta.
— Cóż wy tam za dziwy wyprawiacie, co? Cała wieś na was palcami wytyka. Chałupa się rozsypuje, a wy jeno w błocie grzebiecie, jak małe dzieci.
Zaczyna się. Dla niego nasza praca to jeno zabawa. Nie dostrzega metody ani celu. Widzi tylko dziwaków brudzących się w błocie. Muszę znaleźć z nim wspólny język.
— Właśnie tak naprawiamy chatę. To pierwszy krok — odparł, starając się, by jego głos brzmiał pewnie.
Kwiecisz prychnął z pogardą. — Pierwszy raz widzę, by ktoś chatę naprawiał, rozpalając ognisko wielkie jak na Noc Kupały! — odpowiedział obrażonym tonem. — Chcesz strzechę połatać, to się torf z darnią wycina i układa, a nie błoto w ogniu praży.
Poczuł, jak paznokcie wbijają mu się w dłonie. Gardło ścisnęła mu fala bezsilnej złości. Tłumaczenie czegokolwiek mijało się z celem. Muszę zmienić temat. Cel, skup się na celu. Musisz zdobyć to, po co przyszedłeś.
— Skąd liny bierzecie do wiązania chudoby? Potrzebuję ich wiele. Mocnych.
Kwiecisz spojrzał na niego z otwartą podejrzliwością, mrużąc oczy. — Liny? Do naprawy strzechy? — w jego głosie niedowierzanie mieszało się z irytacją. — Chyba ci się w głowie poprzewracało do reszty. Ziemi ci na chudobę trza, a nie lin!
Cholera, zły trop. Nie rozumie tego. Muszę mu dać powód, który pasuje do jego świata. Coś prostego, mechanicznego, co ma sens w jego logice budowlanej. Strzecha, belki, konstrukcja...
— Potrzebuję lin — powtórzył z uporem, ale tym razem zmienił taktykę. Wskazał na swoją ziemiankę. — Belki w środku pogniły. Nim kłaść będę nowe poszycie, muszę konstrukcję wzmocnić. Chcę je powiązać ze sobą, coby mi się chata na głowę nie zwaliła.
Wyjaśnienie, choć niepełne, trafiło do przekonania. Sam korzystał z techniki wiązania żerdzi, więc uznał argument za logiczny. Spojrzenie starca nieco złagodniało. Wciąż widział w nim dziwaka, ale już niekoniecznie wariata.
— Aaa — mruknął, mierzwiąc siwą brodę. — Dyć wasza sprawa, jak se chałupę stroicie, choć lepiej nowe żerdzie wstawić, niźli stare sznurami owijać Ale bacz ino, że teraz to tylko deszcz wam się na głowy będzie lał, ale zimą… zimy w takiej chacie nie przetrzymacie.
Lody pękły. Znalazłem punkt zaczepienia, teraz trzeba kuć żelazo, póki gorące.
— Wiem i dlatego teraz wszystkie siły na naprawę zużywamy — odparł, czując, że jest na dobrej drodze. — Więc z czego i jak robicie te liny?
Starzec westchnął, jakby miał zdradzić wielką tajemnicę komuś niegodnemu, ale widział determinację w oczach przybysza. — To? Toć z drzewa... Z lipiny — odrzekł rzeczowo.
Widząc pytające spojrzenie, kontynuował już bardziej cierpliwie, jakby tłumaczył coś dziecku. — Musisz w lesie prostą lipkę znaleźć. Nie za grubą, nie za starą. Ściąć ją, a potem korę z całego pnia w pasy zedrzeć. To ważne, żeby w jednym kawałku. Potem te pasy do rzeki niesiesz, w wodzie topisz, kamieniami przywalasz i czekasz. Długo czekasz, aż zgnije to, co zbyteczne, a samo łyko zostanie. Długo czekasz, aż zgnije to, co na wierzchu, a zostanie samo to w środku, z czego się liny skręca.
Splunął na swoje spracowane dłonie. — A jak ci się czekać nie chce, albo zwierza grubego ubijesz, to ze skóry rzemienie tniesz. Też mocne, ale łyko lepsze, bo nie twardnieje tak na mrozie. No, idź już, bo mnie robota goni. A i rady ci dam: najpierw belki nowe utnij i strzechę połataj, a potem w tej swojej glinie się baw. Zima nie będzie czekać.
Skinął głową, czując wdzięczność za tę szorstką, ale bezcenną lekcję. To jest to. Mamy to. Brakujące ogniwo. Teraz cały plan ma sens.
— Kwieciszu... użyczycie siekiery jutro? I wskażecie, gdzie lipiny szukać?
Starzec zatrzymał się. Oparł się ciężko na swojej lasce i zmierzył obcego długim, badawczym spojrzeniem.
Test. To jest ostatni test. Muszę być szczery, ale nie na tyle, żeby uznał mnie za szaleńca.
— Pożyczyć mogę — odparł powoli. — Ale wpierw powiedz mi, co ty za dziwy w obejściu czynisz. Widziałem ten twój płot, co żeś go wokół dziury postawił. Po co to?
Zawahał się na moment. Jak wytłumaczyć koncepcję higieny? Nie mogę mówić o bakteriach. Muszę stworzyć prosty, mechaniczny obraz. Coś, co da się zobaczyć i zrozumieć.
— Dla czystości.
Starzec prychnął, a w jego oczach widać było mieszaninę irytacji i pobłażania.
— Czystości? — zadrwił. — Chciałeś płot, trza było wierzby naciąć i w ziemię wsadzić. Sama by urosła, bez wysiłku. A ty się siekierą namachałeś, żeby suche patyki poustawiać. Co ma taki płot do czystości? Przecież to tylko dziura w ziemi, z dala od chaty.
Wziął głęboki oddech. Wiedział, że to ważna chwila.
— Coby plugastwo w jednym miejscu trzymać, a nie po obejściu roznosić... no i przez muchy…
— Muchy? — starzec zmarszczył brwi, kompletnie nie rozumiejąc.
Teraz. Prosto i obrazowo. Łańcuch przyczynowo—skutkowy, który może sobie wyobrazić.
— Tak. Muchy siadają na zostawionym plugastwie — ostrożnie ważył słowa. — A potem, tymi samymi nogami, którymi deptały po nieczystościach, siadają na chlebie, który jemy. Na mięsie, które kroimy.
Kwiecisz słuchał, a jego mina powoli zmieniała się ze zniecierpliwionej w zaintrygowaną. Obraz, który namalował mu obcy, był prosty, ale niezwykle sugestywny. Trafiłem. Znalazłem most między naszymi światami — prosty, namacalny fakt. Nawet jeśli nie rozumie mechanizmu choroby, rozumie obrzydliwość tego obrazu.
— I tak przenoszą choroby — dokończył cicho. — Taką, której nie widać, dopóki nie jest za późno. Dziura ma trzymać bród i muchy z dala od chaty, a płot... no wiesz, moja żona nie chce się przed obcymi wypinać. — Mrugnął do niego okiem.
Zapadła długa cisza. Kwiecisz wpatrywał się w nowego, a jego umysł, przywykły do logiki ziemi i lasu, próbował przetrawić tę nową, dziwną mądrość. Brzmiało to absurdalnie, a jednocześnie niosło ze sobą niepokojący sens. Splunął na ziemię.
— Dziwne ty masz myśli. Bardzo dziwne — mruknął w końcu. — Ale...
Urwał na chwilę, jakby ważył słowa.
— …ale ręce do roboty masz, a i chłopak jakby przy was odżył.
Z ciężkim westchnieniem kiwnął powoli głową.
— Użyczę, użyczę... Przyjdź o świcie. Wskażę, kędy lipiny szukać — odparł i ruszył za wołem, zostawiając Roberta z poczuciem, że właśnie zasiał pierwsze, maleńkie ziarno zrozumienia.
Udało się. Stał przez chwilę na środku polnej drogi. Nie czuł tylko ulgi. Czuł coś więcej — triumf udanej komunikacji. Zdołał, choć na chwilę, połączyć dwa zupełnie różne systemy operacyjne. Zdobył właśnie brakujące ogniwo, nie zdradzając przy tym całości swojego rewolucyjnego projektu. W głowie ułożył już kompletny plan działania.
Wracał do chaty w nienaturalnie dobrym humorze. Ciężar porażki ustąpił ekscytacji inżyniera, który po rozwiązaniu problemu widzi przed sobą jasną ścieżkę. Jednak widok, który zastał w obozowisku, zaskoczył go.
Agnieszka, klęcząc przy zimnym, czarnym pogorzelisku, za pomocą kawałka drewna starannie zgarniała najdrobniejszy, biały popiół do pustego worka po zbożu. Obok niej, z równą powagą, Gniewko napełniał jej worek, zbierając popiół w dłonie. Chłopiec z milczącą precyzją naśladował jej ruchy, obserwując bacznie każdy jej gest, zanim powtórzył go swoimi małymi dłońmi. Jego twarz zastygła w powadze i skupieniu. Oboje, umorusani od stóp do głów szarym pyłem, przypominali dwa duchy.
Gdy go zobaczyła, na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech, który przebił się przez warstwę brudu. — Szybko wróciłeś, to świetnie! — zawołała radośnie. — Zastąp mnie przy zbieraniu popiołu, muszę pilnie coś załatwić.
I nie czekając na odpowiedź, wstała, otrzepała dłonie, chwyciła pustą, glinianą miskę i niemal biegiem ruszyła w stronę wsi. Patrzył za nią przez chwilę, po czym wzruszył ramionami i przejął jej zadanie, z pomocą Gniewka metodycznie napełniając worek.
* * *
Z glinianą miską w dłoniach, przekroczyła niewidzialną granicę oddzielającą ich obozowisko od osady. Wkroczyła w inny świat; ten natychmiast uderzył w jej zmysły. Pierwszy uderzył ją zapach — gęsta, gryząca mieszanina wilgotnej ziemi, wszechobecnego dymu buchającego nie z kominów, a z otworów w strzechach, i ostrej, zwierzęcej woni kurzych odchodów i błota. Ciężkie, nieruchome powietrze przesycało życie tak intensywne i surowe, że niemal czuła jego smak na języku.
Szła niepewnie po klepisku, omijając kałuże. Niskie chaty wyrastały z ziemi bezładnie, niczym grzyby. Spoglądały na nią nieufne, poorane zmarszczkami twarze. Dzieci w brudnych koszulach przerywały zabawę, by patrzeć na nią w milczeniu wielkimi, poważnymi oczami. Gdzieś z bliska dobiegał miarowy, zgrzytliwy dźwięk i gdakanie kur grzebiących w ziemi.
Przy pierwszej chacie, u progu której siedziała kobieta o zaciętej twarzy, mieląc zboże na kamiennych żarnach, żołądek zawiązał jej się w ciasny supeł. Jedyną odpowiedź na jej nieśmiałe powitanie stanowił rytmiczny zgrzyt kamienia o kamień. Kobieta nawet nie podniosła wzroku, jej ramiona poruszały się w jednostajnym, męczącym rytmie. Otworzyła usta, by wyjaśnić, po co przyszła, ale tamta uprzedziła ją, nie przerywając pracy.
— Idź precz! — warknęła, a jej głos był równie szorstki jak mielone ziarno. — Sami nie mamy co do garnka włożyć, a nie obcych darmozjadów karmić!
Słowa uderzyły ją jak policzek. Odwróciła się bez słowa, czując, jak na karku pali ją pogardliwe spojrzenie.
Kolejna chata przyniosła odmianę, choć być może gorszą. Z mrocznego wnętrza wyszła zgarbiona staruszka, opierając się na lasce. Jej wyblakłe oczy zmierzyły umorusaną postać Agnieszki z mieszaniną litości i obrzydzenia. Nie czekając na prośbę, zniknęła w chacie i po chwili wróciła z kawałkiem pożółkłego, twardego łoju o zjełczałym zapachu.
— Weź, biedaczko — szepnęła bezzębnymi ustami, wrzucając jej tłuszcz do miski, jakby dawała jałmużnę trędowatej. Gest ten, choć z pozoru litościwy, upokorzył ją do głębi. Przełknęła dumę, która smakowała jak żółć, i wymamrotała podziękowanie.
Kilkanaście kroków dalej natknęła się na grupę mężczyzn naprawiających płot z leszczynowych witek. Ich spracowane dłonie poruszały się sprawnie, ale na jej widok przerwali pracę. Tępy stukot ucichł. Ciszę przerwał nagły rechot jednego z nich.
— A to ta od tego dziwaka! — zawołał, opierając się o płot i wycierając spocone czoło. Reszta mu zawtórowała. — Wczoraj on w błocie tańczył, dzisiaj ona o jadło prosi! Chłopa do roboty zagoń, kobieto, a nie po prośbie chodzisz! Mamy swoje rodziny do wykarmienia!
Ich śmiech uderzał niczym rzucane kamienie. Nie odpowiedziała. Zacisnęła dłonie na chłodnej glinie miski i poszła dalej, czując na plecach ich pogardliwe spojrzenia i kolejne salwy śmiechu. Jej policzki płonęły.
Były też drobne gesty, rzucane bez słowa, w pośpiechu, jakby sam kontakt z nią mógł przynieść pecha. Jedna z kobiet, mijając ją, cisnęła do jej miski kilka tłustych skórek z kurczaka. Inna, wylewając pomyje świniom, wylała do jej miski resztkę cuchnącej mazi z dna garnka, sycząc przy tym, że lepiej by zrobiła, dbając o męża, a nie włócząc się po wsi. Każda interakcja była małym upokorzeniem, ale miska powoli się napełniała. Każdy skrawek, każda grudka zjełczałego łoju była dla niej na wagę złota. W misce nie niosła jedzenia. Dźwigała surowiec. Przyszłość. Czystość.
Kiedy wreszcie, z miską prawie pełną ohydnych resztek, opuszczała osadę, czuła jednocześnie triumf i bezbrzeżny wstyd. Jej ciało drżało z upokorzenia, ale w sercu tliła się zimna satysfakcja. Zrobiła to. Zdobyła to, czego potrzebowali. Zdobyła to jako żebraczka, jako godna pożałowania dziwaczka. I ta świadomość ciążyła jej bardziej niż smród tłuszczu, który za nią podążał.
Gdy wreszcie dotarła do obozowiska, targana triumfem i wstydem, zastała męża siedzącego na kłodzie. Tuż obok spoczywał wypchany worek biało-szarego popiołu. Na ich widok jej serce zabiło mocniej.
Targały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony czuła ogromną wdzięczność, widząc, jak poważnie potraktował jej plan i jak ciężko pracował dla jej projektu. Z drugiej — wspomnienie doznanych upokorzeń wciąż paliło żywym ogniem. — Mam — powiedziała cicho, pokazując mu pełną miskę cuchnących resztek. — Ale traktowali mnie… traktowali mnie jak żebraczkę. Jakbym prosiła o resztki ze stołu. Śmiali się i kazali mi cię do roboty gonić.
Nie zdradzał zdziwienia. Na jego twarzy malował się spokój, choć w oczach czaił się cień współczucia. Wstał, wziął od niej miskę i postawił ją ostrożnie na ziemi. — Zrobiłaś, co należało. Zdobyłaś surowiec — powiedział cicho. Potem spojrzał na jej umorusaną twarz i ubranie. — Idź do rzeki, umyj się. Ale zanim wejdziesz do wody, przyjrzyj się swojemu odbiciu. Może wtedy ich zrozumiesz.
Zmarszczyła brwi, nie pojmując. Ale posłuchała. Podeszła do spokojnej zatoczki nad rzeką i nachyliła się nad lustrem wody. Zobaczyła w nim nie siebie, ale obcą, dziką postać. Twarz wysmarowaną popiołem, oczy błyszczące gorączkowo spod strzechy potarganych, brudnych włosów. Przypominała kogoś zdesperowanego, ofiarę katastrofy, która postradała zmysły. Żebraczkę. Wtedy zrozumiała. Nie dostrzegali w niej sąsiadki; obraz, który mieli przed oczami, idealnie potwierdzał ich najgorsze domysły.
Wróciła roześmiana, cała mokra, z włosami przylepionymi do policzków, a jej oczy błyszczały energią, której nie widział u niej od dawna. Mimo chłodu poruszała się z nową lekkością.
— Witam miss mokrego podkoszulka — skomentował z szerokim uśmiechem, a w jego oczach zapaliło się wyraźne, nieskrywane pożądanie.
Choć dygotała z zimna, poczuła, jak na jej policzki wykwita gorący rumieniec. Rozejrzała się, lecz dookoła panował spokój. Nikogo nie było. Podeszła i usiadła tuż obok niego na kłodzie, chłonąc bijące od niego ciepło. Objęła go i położyła głowę na jego ramieniu, niczym w jedyną bezpieczną przystań. Westchnęła, czując, jak napięcie po upokarzającej wyprawie do wsi powoli z niej uchodzi. — No i czego się dowiedziałeś? — szepnęła.
Objął ją mocniej. — Liny kręcą z lipowego łyka. Jutro wytnę kilka młodych drzew, zedrę z nich długie pasy kory, które wrzucę do rzeki.
— A więc roszenie… — powiedziała cicho, jakby mówiła sama do siebie. — Genialne w swojej prostocie. Jej ton zmienił się w ożywiony wykład biologa.
— Kora nie stanowi jednolitej warstwy. Twarda część zewnętrzna to martwica korkowa. Pod nią kryje się łyko – żywa tkanka transportująca cukry. Nas interesują pęczki włókien sklerenchymatycznych. To one nadają pniu elastyczność i wytrzymałość na rozciąganie.
Zrobiła pauzę, zbierając myśli. — Wszystkie te warstwy spajają pektyny. Po zanurzeniu kory w wodzie dochodzi do namnożenia bakterii i grzybów; wydzielane przez nie enzymy rozkładają pektynowe lepiszcze, nie ruszając odporniejszych włókien. Cała reszta gnije i odpada, a my uwalniamy czyste, długie i niezwykle mocne pęczki włókien.
Patrzyła na niego, a jej wielkie brązowe oczy błyszczały. — Fascynujące… To, co oni wiedzą z pokoleń praktyki, my musimy na nowo opisywać językiem nauki, żeby to zrozumieć. Będziemy musieli kontrolować ten proces. Zbyt krótkie moczenie nie oddzieli włókien, zbyt długie może uszkodzić ich strukturę. Ale najważniejsze, że zdobyłeś potrzebną technologię.
— Niesamowite — szepnął przytłoczony jej wiedzą. — Ty to wszystko widzisz na poziomie komórkowym.
Nachyliła się i pocałowała go delikatnie. — Tworzymy zgrany zespół, inżynierze. Ty zdobywasz know—how, a ja dostarczam zaplecze teoretyczne. Uśmiechnął się, czując na ustach smak zimnej wody i jej skóry. — Działamy — powiedział cicho. — Jutro ruszamy z produkcją lin i koszeniem trzciny.
— Skoro jutro zaczynasz swoje „robótki ręczne” z linami… — zaczęła, a w jej głosie znów pojawiła się nuta przekory. — To ja chyba też muszę znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie, byś nie odniósł wrażenia, że tylko ty tu harujesz.
Zrobiła teatralną pauzę, patrząc na niego z udawaną powagą. — Postanowiłam wykorzystać tę opinię, jaką już o nas mają. Skoro i tak uważają mnie za żebraczkę, a ciebie… — tu uśmiechnęła się złośliwie — …za leniwego dziwaka, który bawi się w błocie, to nie mam nic do stracenia. Poproszę, by któraś z kobiet nauczyła mnie wyplatać kosze.
Nachyliła się do niego konspiracyjnie. — Niech zobaczą, że przynajmniej jedno z nas naprawdę walczy o przetrwanie! — dodała, szturchając go mocno łokciem pod żebra.
Aż podskoczył, wydając z siebie stłumiony jęk udawanego bólu. Złapał się za bok, patrząc na nią z wyrzutem. — Ała! Uważaj, bo uszkodzisz swoje główne narzędzie pracy i głównego dostawcę materiałów! — odparł, próbując zachować powagę, ale kąciki ust już mu drgały. — Kto ci wtedy na te twoje kosze witek naniesie?
Roześmiała się głośno. — Poradzę sobie.
Objął ją mocno. — Dobry plan. Nawet bardzo. A przy okazji… może wypleciesz jakąś pułapkę na ryby? — puścił do niej oko. — To wegetariańskie menu zaczyna mnie już nużyć…
Zanim opanuję tę sztukę, może powędkujesz tradycyjnie? — uśmiechnęła się przekornie. — A widziałeś, że któraś z litościwych kobiet wrzuciła mi do miski dużą kość? Skoro marzą ci się ryby, to może ty dasz radę wystrugać z niej porządny haczyk? — odbiła zgrabnie piłeczkę.
— Ucz się pilnie, to cenna umiejętność — przyciągnął ją do siebie, prowadząc w stronę niskiego wejścia do ziemianki. Jego spojrzenie dyskretnie omiotło pustą przestrzeń między ich chatą a odległym pastwiskiem. Gniewko wciąż nie nadchodził. Zyskali chwilę. Tylko dla siebie.
Pociągnął ją za rękę do chaty, a ona poszła za nim bez wahania. Gdy tylko znaleźli się w półmroku ziemianki, odcinając się od reszty świata, puścił jej dłoń i odwrócił ją przodem do siebie. Wzrok powoli zsunął się na przemoczoną, lnianą koszulę; materiał lepił się do ciała, zdradzając każdy kontur. Zatrzymał wzrok na jej sutkach. — Nadal ci zimno… — mruknął głosem niższym i bardziej chrapliwym niż zwykle.
Zadrżała, choć tym razem nie z chłodu. Mimo wilgoci na skórze, przez jej ciało przelała się fala gorąca. Patrzył na nią z taką intensywnością i pożądaniem, jakich nie dostrzegała u niego, odkąd się tu znaleźli. Zapomnieli o tym. W codziennym znoju i brudzie umknęło im, że obok partnerów w przetrwaniu pozostają także kobietą i mężczyzną.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego uniosła dłoń i delikatnie dotknęła jego szorstkiego, zarośniętego policzka. Zamknął oczy, wtulając twarz w jej dłoń. Jego ręce znalazły jej ramiona i zaczął je mocno rozcierać, jakby naprawdę chciał ją ogrzać. Gest ten znaczył jednak więcej. Krył w sobie pieszczotę i skumulowaną tęsknotę.
— Robercie… — szepnęła, a on uciszył ją, składając na jej ustach pocałunek.
Pocałunek nie nosił znamion gwałtowności. Płynął powoli, niosąc głębokie zrozumienie. Smakował jak deszcz, ziemia i oni sami. Przekazywał bez słów: wiem, co dziś przeszłaś, jestem z ciebie dumny, jesteś tu, jesteśmy tu, razem.
Jego dłonie zsunęły się z jej ramion, by powoli, z namaszczeniem, rozebrać ją z resztek ubrania. Koszula opadła na ziemię, odsłaniając jej skórę, bladą w półmroku chaty. Cofnął się o krok, by na nią spojrzeć. Nie widział już umorusanej popiołem, upokorzonej kobiety. Widział swoją żonę — jeszcze szczuplejszą niż kiedyś, silniejszą, z ramionami nabierającymi twardości od pracy, ale wciąż tę samą. Jego.
On również zrzucił swoją koszulę. Przesunęła palcami po jego torsie, czując pod opuszkami twarde, napięte mięśnie, o których istnieniu jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedzieli. Gładziła go delikatnie, on zaś odpowiadał szorstkim dotykiem dłoni pokrytych odciskami i bliznami. Przesuwała palcami po mapie ich nowego życia, zapisanej na skórze.
Położyli się na legowisku ze skór i słomy. Szorstkość futer kontrastowała z delikatnością ich pieszczot. W ciasnej, pachnącej ziemią i dymem przestrzeni, pośpiech nie miał tu wstępu. Poruszali się powoli, leniwie, jakby na nowo uczyli się swoich ciał, które tak bardzo zmieniły się przez ostatnie dni. Każdy dotyk stawał się odkryciem, każde westchnienie stanowiło jedyny dźwięk mącący ciszę.
Ich zbliżenie wykraczało poza fizyczność. W objęciach odnajdywali ulgę po zwycięstwie nad niewiedzą, wzajemne wsparcie po doznanym upokorzeniu i zrozumienie, że tylko jako jedność przetrwają. Była tam ulga po odniesionym zwycięstwie, jakim było zdobycie wiedzy od Kwiecisza. Było tam zrozumienie, że tylko razem, jako jedność, mają szansę przetrwać. Cieszyli się chwilą relaksu, swoim świętym azylem. W zbliżeniu odnaleźli coś więcej niż tylko rozkosz. Odnaleźli drogę do siebie nawzajem, do tej pary, którą byli kiedyś, w innym świecie. Na krótką chwilę przestali być rozbitkami w obcym czasie. Przeistoczyli się po prostu w parę. To wystarczyło, by naładować ich dusze siłą.
Leżeli przytuleni do siebie w półmroku chaty, wsłuchani w swoje zsynchronizowane oddechy. Zmęczenie wciąż ciążyło w mięśniach, lecz teraz smakowało spokojem i spełnieniem. Z zewnątrz dobiegały ich stłumione odgłosy życia wioski, ale tutaj, w ich ziemiance, panowała cisza. Odnaleźli sanktuarium stworzone na tę krótką chwilę tylko dla nich. Ostatnie, skośne promienie słońca wpadały przez niski otwór wejściowy, malując na ziemi złoty prostokąt i wzbijając w powietrze roje tańczących pyłków. Czuli się szczęśliwi, zakochani i — wreszcie — bezpieczni.
Nagle złoty prostokąt światła zniknął, zasłonięty przez małą postać. Do chaty bezszelestnie wszedł Gniewko.
Zamarli. Chłopiec stanął w wejściu, mały, nieruchomy cień na tle gasnącego dnia. Mrużył oczy, by przyzwyczaić je do mroku. Na moment w całej chacie zapanowała absolutna, zamrożona cisza. Jego spojrzenie nie wyrażało jednak zgorszenia ani nawet zdziwienia. Było to chłodne, badawcze analizujące spojrzenie.
Potem nastąpił komiczny, paniczny zryw. Z mieszaniną zduszonego pisku i parsknięcia, rzucili się w stronę wełnianego pledu leżącego w nogach posłania. W niezgrabnej plątaninie rąk i nóg udało im się w końcu narzucić go na siebie, tworząc bezkształtny, drżący od tłumionego śmiechu kokon.
Gniewko patrzył wielkimi, poważnymi oczami. Nie zdradzał zgorszenia, jedynie rzeczowe zaniepokojenie ich dziwacznym zachowaniem. Przechylił głowę, jakby próbował zrozumieć tę nagłą grę w chowanego. W jego świecie, w ciasnej chacie dzielonej z całą rodziną, nagość nie była niczym szokującym. Ale przerwa w rutynie i nagła panika opiekunów — owszem. To stanowiło sygnał, że dzieje się coś niedobrego.
— To co? — cienki głos przeciął ciszę. — Spać pójdziem bez wieczerzy?
Prostota i niewinność pytania, uderzającego w samo sedno jego priorytetów, sprawiły, że całe napięcie pękło. Z kokonu z wełny buchnęła głośna, niekontrolowana salwa śmiechu. Zaczęli się śmiać. Najpierw ona, a po chwili on dołączył. Śmiali się tak szczerze i głośno, jak nie śmiali się od dawna. Był to śmiech, który uwalniał wszystko — wstyd, strach, zmęczenie i absurdalność całej ich sytuacji.
— O nie, skarbie — wydusiła w końcu Agnieszka przez łzy śmiechu, wystawiając głowę spod pledu. — Na pewno nie o głodzie.
Robert, wciąż chichocząc, zaczął gramolić się z posłania, próbując jednocześnie osłonić się pledem i znaleźć swoje spodnie. — Już, już bierzemy się do roboty... — odparł Robert, wciągając nogawki. — Gniewko, bądź dobrym gospodarzem i przynieś świeżej wody do garnka, a my tu zaraz przygotujemy resztę.
Chłopiec, usatysfakcjonowany, że porządek dnia zostanie przywrócony, kiwnął głową, wybiegł z chaty i chwycił za wiadro.
Spojrzeli na siebie. Rumieniec wciąż płonął na jej policzkach, a w jego oczach wciąż tańczyły wesołe iskierki. Chwila intymności została brutalnie przerwana, ale zastąpiło ją coś innego — ciepłe, radosne poczucie bycia rodziną. Prawdziwą, choć poskładaną z kawałków dwóch różnych światów.
Wstali, ubrali się i wyszli na zewnątrz, gdzie powoli zapadał zmierzch. Chwilę później we trójkę siedzieli już przy małym ogniu, dorzucając do garnka pokrojone warzywa. Gniewko usiadł z nimi, ale odrobinę z boku, wciąż utrzymując bezpieczny, niemal niezauważalny dystans. Jadł w milczeniu, a jego czujne oczy wędrowały po ich twarzach, jakby wciąż uczył się ich na pamięć i oceniał, nie wyrobiwszy sobie jeszcze o nich zdania. Dzień pełen porażek, upokorzeń, triumfów i namiętności dobiegał końca, a oni, po raz pierwszy, czuli się w tym miejscu jak w domu. Chłopiec czuł się bezpieczniej niż wczoraj. I na razie musiało mu to wystarczyć.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania