Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień czwarty.

Najpierw przywitał ich chłód. Wilgotny ziąb przez całą noc wciskał się pod ubrania. Nie ustąpił nawet wtedy, gdy wejście do chaty poszarzało od porannego światła. Sen nie przyniósł odpoczynku, tylko zdrętwienie i tępy ból pleców.

Nie rozpalali już ognia wewnątrz. Spróbowali raz. Po kilku chwilach gryzący dym wypełnił chatę. Kaszleli, a oczy zaszły im łzami. Gęstniał pod dachem, uchodził tylko przez niewielkie szczeliny.

Teraz rozumieli, dlaczego miejscowi to znosili. Dym był ceną za ciepłą noc. Oni woleli marznąć. Powstrzymywał ich także strach przed płomieniami liżącymi darniowy strop.

Ból i ziąb zeszły na dalszy plan. Kwaśny odór wymiocin, potu i odchodów przesiąknął ubrania, włosy i legowisko.

Usiadła z jękiem. Włosy, sztywne i matowe, opadały jej na ziemistą twarz. Spojrzała na dłonie, potem na męża.

— Nie wytrzymam — szepnęła ochryple. — Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej. Muszę to z siebie zmyć.

Skinął głową.

— Rzeka.

Chłopiec już czuwał. Siedział skulony przy palenisku, z brodą opartą na kolanach.

Obserwował ich powrót.

Przez dwa dni leżeli w brudnym posłaniu, jęczeli i nie potrafili wstać. To on podawał im wodę. Teraz sami zaczęli się zbierać.

Gniewko podniósł się bez słowa.

Wyszli z chaty i zmrużyli oczy. Zawinęła w tobołek szmaty sztywne od zaschniętych nieczystości. Robert wziął wiadro. Przy ognisku zgarnął do niego popiół.

Po kilku krokach brakowało im tchu. Mięśnie wciąż bolały po wielogodzinnych skurczach. Zaschnięty brud ściągał skórę i swędział.

Nie wyprzedzał ich, choć co chwilę musiał zwalniać.

Dwa dni wcześniej pili z tej rzeki. Teraz przyszli się w niej umyć. Nurt był wartki. W cieniu woda wydawała się niemal czarna.

Zrzucili ubrania. Robert wszedł pierwszy. Lodowata woda uderzyła go w łydki. Wciągnął gwałtownie powietrze i znieruchomiał. Agnieszka weszła za nim. Wzdrygnęła się, gdy woda sięgnęła kolan. Przez chwilę stali zgięci wpół, czekając, aż odzyskają oddech.

Woda szczypała podrażnioną skórę. Nie wyszli. Nabrali mokrego popiołu i tarli nim ciało. Skóra szybko poczerwieniała, lecz nie przestawali. Drżeli na całym ciele, dopóki woda spływająca po skórze nie przestała być szara.

Zostały jeszcze ubrania.

Rozwinęła tobołek. Ze środka buchnął kwaśny odór. Zastygła z pierwszą szmatą w dłoni i odwróciła głowę. Bez słowa odebrał jej brudne płótno i zanurzył je w nurcie.

Uklękli na mokrych kamieniach. Zaschnięty brud usztywnił płótno. Nie chciał puścić w zimnej wodzie. Tarli płótno o piach, aż palce pobielały i straciły czucie. Co kilka chwil prostowali dłonie, po czym znów chwytali szmaty. Z nurtem odpływały brunatne smugi. Płótno miękło pod palcami.

Gniewko stał na brzegu. Trzy dni wcześniej ledwie za nimi nadążał. Teraz ramiona drżały im przy każdym ruchu.

Wyżęli ubrania i wciągnęli je na siebie jeszcze mokre.

Wrócili do obejścia. Gniewko otworzył zagrody. Świnie i kury wypuścił na żer, krowę i kozy zaprowadził na pobliski ugór. Robert ruszył na skraj lasu po chrust. Ze spichlerza Agnieszka przyniosła kilka pomarszczonych rzep.

Usiedli na kłodzie przy ognisku i wyciągnęli dłonie ku płomieniom. Czekali, aż rzepy się rozgotują. 

Gniewko wpatrywał się w ogień.

— Ale... — urwał. — Ale ja też piłem. Tę samą wodę. Z rzeki, z wiadra. I nic mnie nie bolało.

Wreszcie spojrzał na Agnieszkę. — Czemu mnie... czemu mnie nigdy nic nie bierze? Inni chorują. Umierają. A ja nie. Czy we mnie siedzi Zły?

Przysunęła się do niego. — Nie, kochanie. Nie ma w tobie zła. Urodziłeś się tutaj i pijesz tę wodę od małego. Twój brzuch zna ją lepiej niż nasz.

— Zna wodę? — Gniewko zmarszczył brwi.

— Tak. A my jesteśmy obcy. Nasze brzuchy nie znały tej wody. Muszą się dopiero z nią... zapoznać. 

Gniewko znów spojrzał w ogień.

Zapoznać się z wodą? Przecież ona nic nie mówi, tylko moczy i płynie.

Po chwili skinął głową.

Robert dołożył gałąź do ognia.

— Długo tak nie wytrzymamy. Do zimy zostało ledwie kilka miesięcy. Musimy postawić nową chatę. Szczelną, ciepłą, z piecem, który nie zadymi wnętrza.

— No dobrze, inżynierze. Co wymyśliłeś? I co ze studnią? Po tym, co przeszliśmy, nie napiję się już z rzeki bez strachu.

Przetarł twarz dłońmi.

— Studnia… Aga, studnia to nie tylko głębsza dziura. To robota na wiele dni. I niebezpieczna. Nie mamy pojęcia, jak głęboko zalega woda. Może to trzy metry, a może piętnaście. Im głębiej kopiemy, tym łatwiej osuną się ściany. Trzeba ją obudowywać drewnem, w miarę jak schodzimy. Każdą belkę trzeba najpierw ściąć, okorować i dopasować. A możemy liczyć najwyżej na jedną pożyczoną siekierę.

Umilkł.

— Szczerze? Nie wiem jeszcze, jak się za to zabrać.

Gniewko mieszał w garnku, słuchając ich jednym uchem. Gdy Robert wspomniał o kopaniu, łyżka zastygła mu w dłoni.

Kopać… po wodę? Woda płynęła przecież w rzece. Każde dziecko to wie. Ziemia skrywała jedynie korzenie, kamienie i ciemność.

A potem przyszła myśl dużo gorsza.

Pod ziemią rozciąga się Nawia. Tam płynie woda martwa i gorzka, napój cieni. Kto się jej napije, robi się blady jak trup.

Przełknął ślinę i spojrzał na Roberta.

Czy oni zamierzali dokopać się aż tam, do samego dołu? Do Welesa i jego stad?

Wykopią dziurę, by ukraść wodę. Weles tego nie wybaczy. Ześle chorobę, burzę albo coś gorszego. Przyśle wielkiego Żmija. Wypełznie z tej dziury, z sykiem, który odbiera oddech.

Leczyli chorobę wodą z solą i miodem. A teraz chcą zabrać wodę Welesowi. Niczego się nie boją. Albo nie wiedzą, czego się bać.

Agnieszka milczała przez chwilę. — Bez studni zostaje nam rzeka. Jaki masz plan?

— Najpierw chata i piec. Studnia później.

Sięgnął po wypalone kulki leżące obok paleniska.

— Zrobiłem próbę.

Pierwszą kulkę przecinały głębokie pęknięcia.

— Sama glina. Do drugiej dodałem trawę. — Ścisnął ją w palcach. Rozsypała się na okruchy.

— A ta jest z gliny i piasku.

Obróciła kulkę w palcach i nacisnęła paznokciem. Powierzchnia nie ustąpiła. Uderzyła nią lekko o kamień. Kulka zadźwięczała.

— Gliny i piasku mamy pod dostatkiem.

— Na glinę trafiłem, kopiąc ten nasz... intymny zakątek twojego imienia. — Mrugnął do niej.

Roześmiała się cicho.

— Z tej mieszanki spróbujemy zrobić cegły. Jeśli wypał się uda, zbudujemy z nich piec z kominem. Nad rzeką natnę trzciny. Zrobimy z nich grubą strzechę. Wzmocnimy też ściany ziemianki. Teraz kruszą się pod palcami. Stworzymy miejsce do życia, a nie tylko do przetrwania.

Spojrzał na nią wyczekująco.

Zamknęła kulkę w dłoni.

— Dobrze. A co robimy dzisiaj?

— Najpierw coś zjedzmy. A potem zróbmy bilans otwarcia. Gniewko, pokażesz nam gospodarstwo.

 

— Krowa, sześć kur, dwie świnie i trzy kozy — wyliczała. — Dlaczego krowa nie daje mleka? Gdzie cielę?

— Cielak zdechł. Mór był w chacie. Siedziałem przy chorych, nie przy stworach. — Spuścił głowę.

Robert położył mu dłoń na ramieniu. — To nie twoja wina. Pokaż nam pole.

Stanęli na miedzy. Gniewko wskazał im pas ziemi ciągnący się aż po skraj lasu. — To nasze. Od wielkiego kamienia aż po krzywą brzozę.

— Ile tego jest? — zapytała Agnieszka.

Robert zmrużył oczy.

— Na oko dwieście metrów na trochę więcej. Jakieś cztery, może pięć hektarów.

— Całkiem sporo. — Kucnęła i roztarła grudę ziemi. Rozsypała się w szary pył. — Nędza.

Źdźbła były cienkie i blade. Końcówki liści żółkły. Między rzadkimi źdźbłami rosły chwasty.

— Żyto — powiedział Gniewko. — Ojciec siał jesienią.

— Ile z tego zbieracie? — zapytał Robert.

Zerwał kłos i roztarł go w dłoni. Po wydmuchaniu plew zostały cztery miękkie, zielone ziarna.

— To pole nas nie wyżywi. My tu umrzemy z głodu. To nie rolnictwo, a zbieractwo wspomagane. Starucha miała rację. Albo poznamy las i rzekę, albo… skończymy w tej ich Nawii.

— A tam? — Wskazała drugi, równie wielki pas, gdzie krowa i kozy skubały trawę między ostami.

— To odpoczywa. W zeszłym roku tam rodziło, a teraz śpi — powiedział Gniewko.

Robert rozejrzał się po ugorze.

— Połowa ziemi leży odłogiem? Dlaczego?

Gniewko cofnął się o krok.

— Bo… Mokosz się zmęczyła. Musi odpocząć.

— Czekaj. — Przeniosła wzrok z ugoru na rzadkie żyto, potem na Roberta.

— Racja — powiedziała już głośniej. — Dwupolówka. Połowę obsiewają, na drugiej wypasają zwierzęta. Rok przerwy pomaga, ale tej ziemi to nie wystarcza. Stąd takie słabe żyto.

Odwróciła się do Gniewka.

— Musimy dokarmić Mokosz.

Przez chwilę milczeli. Z ugoru dobiegł głośny szum. Odwrócili głowy. Krowa zadarła ogon. Spieniony strumień bił prosto w kępę ostu. Po chwili dotarł do nich ostry zapach. Robert i Gniewko skrzywili się. Agnieszka nie drgnęła. Kałuża wsiąkała w piach kilka kroków od marnego żyta.

Odwróciła się do nich gwałtownie. — Szybkie pytanie ankietowe. Ile wynosi wasza dobowa diureza?

Robert zamrugał. — Że co?

— No, ile sikacie na dobę?

— Nie wiem.

— Policzmy z grubsza. Ja półtora, ty dwa, młody litr. Razem od czterech do pięciu litrów na dobę. Mamy doskonały nawóz. Od dziś sikamy do wiadra, a dwójeczka do dziury.

Zaczęła chodzić wzdłuż skraju pola, licząc coś pod nosem. Robert jej nie przeszkadzał.

— Jedna część moczu na dziesięć części wody — mówiła do siebie.

Gniewko zmarszczył nos. — Siki? Na jedzenie?

— To pokarm dla Mokoszy — podchwycił Robert. — Ty też będziesz ją teraz karmił.

Spojrzała na ugór ciągnący się ku lasowi i zatrzymała się.

— Stop. Około pięćdziesięciu litrów roztworu na kilka hektarów. To nic nie da. Zawężamy projekt.

— Zaczniemy od małego zagonu, dziesięć na dziesięć kroków. Podzielimy go na kwatery i będziemy je nawozić po kolei. Wygospodarujmy taki kawałek w obejściu. No co tak stoicie? Za mną.

Robert i Gniewko spojrzeli po sobie i posłusznie ruszyli za nią.

— Patrzcie na te chaszcze. — Wskazała kawałek obejścia między spichlerzem a płotem. — Pokrzywy. Skoro one tak tu wyrosły, to warzywa też powinny się udać… jeśli o nie zadbamy.

— Mój drogi, zdążyłeś się już zaprzyjaźnić z łopatą. Przekopiesz ten kawałek. Korzenie wybierz, a łodygi posiekaj i zakop.

W spichlerzu pachniało kurzem i pleśnią. Worki ze zbożem czekały na przebranie; obok leżał jeszcze jeden, z nieznaną zawartością. Rozwiązała worek i wsunęła dłoń. Wyciągnęła garść szaroburych, pomarszczonych nasion. Jedno obróciła w palcach. — Co to jest? — mruknęła. Rozłupała ziarno paznokciem, powąchała. — Mączyste… Pachnie grochem. Bobowate. Jakaś wyka? Dziki groszek? — wahała się.

— Peluszka — podpowiedział cicho chłopiec. — Ojciec dawał świniom. Gorzka. Ludzie jej nie jedzą.

— W tym roku będą jedli — ucięła. — Groch polny. Nieważne, jak smakuje. Białko. Tego nam brakuje. A korzenie zostawią w ziemi trochę azotu.

Spojrzała na męża. — Wysiejemy ją na ugorze.

Spróbował podnieść wór. Stęknął. — Ze trzydzieści kilo. Na ile to starczy? — Spojrzał przez drzwi na zarośnięty ugór. — Chcesz sypać prosto w darń? Czy ja i moja nowa przyjaciółka łopata mamy przekopać cały ten obszar? Padnę przy trzecim rzędzie.

— Nie musimy przekopywać wszystkiego. Wytniemy w darni rzędy. Posiejemy gęsto. Jeśli dobrze wzejdzie, może przydusi chwasty — zastanawiała się na głos.

Na ścianie wisiało zakurzone radło. Podszedł i oparł dłonie na rączkach. — Dasz radę to pociągnąć?

Zamrugała.

— Słucham?

— Pytam, czy masz uprawnienia na prowadzenie ciągnika.

Parsknęła, kręcąc głową. — Chyba ci słońce zaszkodziło. Ja mam to ciągnąć?

Wskazał krowę pasącą się na ugorze. — Jutro ty przejmiesz stery. Poprowadzisz krowę, ja radło, a Gniewko będzie wrzucał nasiona w bruzdy.

— Krowa jako ciągnik… — Spojrzała na zwierzę. — No dobrze. Ale uprzedzam: debiutuję w tej roli.

— Spokojnie. Nie pierwszy raz robimy coś po raz pierwszy.

Zanim wyszli, zdjęła z belki kilka mniejszych woreczków. Garść po garści przesypywała nasiona przez palce.

Rozgniotła jedno nasiono paznokciem i dotknęła językiem. Najpierw poczuła gorycz, potem ostre pieczenie. — Kapustowate. Pewnie Brassica. Tylko która? Kapusta?

— Ojciec mawiał: „Rzepa rychło wschodzi, głodnemu w lecie dobrze wchodzi” — wtrącił chłopiec.

— Rzepa — powtórzyła. — Szybki plon. Tego nam trzeba.

Kolejne wyglądały podobnie, tylko były większe i bardziej szorstkie.

— Następne kapustowate? Inna odmiana rzepy? Bez rośliny nie mam pewności.

— Może kapusta? — odpowiedział chłopiec.

W kolejnym woreczku znalazła duże, płaskie, jasne nasiona. Nie musiała pytać.

— Vicia faba. Bób. Kolejne źródło białka.

Pod belką zwisały dwa przerzedzone warkocze — jeden z drobnych cebul, drugi z główek czosnku.

Nasiona były drobniejsze i mniej wyrównane niż te, które znała. Każde trochę inne, ale wszystkie potrzebowały tego samego: wilgoci, ciepła i czasu.

* * *

Robert wziął łopatę i wrócił do gąszczu pokrzyw między spichlerzem a płotem. Owinął dłonie pasami wyciętymi ze starego worka i zacisnął je na drewnianym trzonku. Jej „dowód żyzności” parzył go nawet przez płótno. Pod ziemią korzenie pokrzyw splatały się w grubą matę. Wbił łopatę. Ostrze zgrzytnęło o kamień. Uderzenie przeszło przez trzonek prosto w obolałe nadgarstki. Napierał całym ciężarem, aż ostrze weszło pod darń. Odgiął trzonek i oderwał pierwszy płat. Rozkruszył bryłę w dłoniach, wytrząsnął ziemię z korzeni. Zmęczenie narastało. Każda bryła poszerzała ciemny pas ziemi zaledwie o kilka palców. Nie odpuszczał. Ten skrawek miał zostać jej nowym laboratorium. Nadgarstki piekły, lecz na myśl o niej się uśmiechnął.

Prawdziwa gwiazda biologii. Wygrała międzynarodowy konkurs. Dostała stypendium badawcze na Księżycu. Tworzyła superwydajne, genetycznie zmodyfikowane rośliny i zamkniętą biosferę, w której odpad stawał się surowcem.

Jeszcze kilka dni temu wstydziła się kucać w krzakach. Teraz liczyła litry moczu i planowała, jak nakarmić nim ziemię. Sikamy do wiadra, a dwójeczka do dziury.

Ona projektuje życie. Ja tylko przygotowuję mu grunt.

Korzenie odrzucał za zagon, a posiekane łodygi i liście układał na dnie bruzd.

Z ziemi wyciągał jednak więcej kamieni niż korzeni.

— Obiad! — dobiegło go od strony ogniska.

Wyprostował się zbyt gwałtownie. Pociemniało mu przed oczami. Oparł się na łopacie i czekał, aż przejdzie.

Przekopany pas kończył się po kilku krokach. Dalej stała ściana pokrzyw.

Spod ściany spichlerza zabrał stare wiadro i ruszył za płotek latryny. Jeszcze niedawno uznałby sikanie do wiadra za obrzydliwe. Teraz pilnował, żeby nie zmarnować ani kropli.

Wodnista zupa z rzepy przynajmniej grzała żołądek. Wyjedli wszystko. Na dokładkę nie została nawet łyżka.

Odłożyła łyżkę i wstała. — Dobrze. Koniec teorii. Siejemy rzepę.

Robert wrócił do zagonu, a Agnieszka z Gniewkiem przygotowali nasiona do siewu. Pracował krótkimi seriami. Po kilku uderzeniach opierał się na trzonku i czekał, aż przestaną drżeć mu ręce. Ciemny pas ziemi mimo to wydłużał się, skiba po skibie.

Gdy słońce dotknęło linii lasu, odłożył łopatę. Pierwszy przekopany zagon był gotowy na siew. Wyprostował obolałe plecy, obrzucił kwaterę wzrokiem i skinął głową.

— Wystarczy na dziś.

Zabrali wiadro i poszli nad rzekę. Nie wchodzili w nurt. Kucnęli przy brzegu, obmyli twarze, ręce i nogi, po czym napełnili wiadro wodą.

Stanęli przed płotkiem latryny. Zapadła niezręczna cisza.

— No dobra, ja pierwsza. — Weszła za ogrodzenie.

— Słuchajcie, tak się nie da. Słyszę was i nie mogę.

Robert parsknął. Gniewko zakrył usta dłonią, ale śmiech i tak przecisnął mu się między palcami.

Ucichli. Po chwili usłyszeli plusk. Wyszła. — Teraz wy. Czas na męski wkład w jantarowy deszcz.

Po wszystkim Robert dolał wodę do moczu.

Podeszli do przekopanych grządek, czerniejącej pośród pokrzyw.

Patykiem wyznaczyli płytkie rowki. Przykucnęła nad pierwszym. Śledził jej dłonie. Rozmieszczała nasiona w równych odstępach i przysypywała je cienką warstwą ziemi.

Przy drugim rowku skurcz ścisnął jej łydkę. Wyprostowała nogę i rozmasowała twardy mięsień. Gdy puścił, znów przykucnęła.

Pochyliła się nad następnym. Spodnie napięły się na jej udach.

Jeszcze rano ledwie podnosiła się z posłania. Teraz siała. Pracowała. Żyła.

Zauważyła jego spojrzenie, wyprostowała się i odruchowo poprawiła spodnie.

— No co? — zapytała.

— Nic, nic. Siej — odpowiedział głosem niższym, niż zamierzał.

Cienkim strumieniem rozlał rozwodniony mocz między rzędami.

— Smacznego, Mokoszo — mruknął, przechylając wiadro.

Odstawił wiadro i objął ją w pasie. Oparła głowę o jego ramię. Przed nimi czerniała pierwsza obsiana kwatera. Po raz pierwszy od przybycia zostawili w tej ziemi coś, co miało rosnąć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania