Cuiavia. Dzień trzeci.
Dzień trzeci
Słońce stało wysoko nad osadą. Siedzieli pod ścianą chaty, ramię w ramię, wystawiając ku niemu twarze. Skóra powoli się rozgrzewała, lecz dreszcze nie ustępowały. Każdy ruch budził ból. Każde przełknięcie śliny paliło gardło i zostawiało w ustach smak żółci.
Gniewko krzątał się przy palenisku. Dołożył chrustu, zamieszał w garnku. Woda wrzała już od dłuższej chwili. Agnieszka wpatrywała się w parę nad garnkiem. Jej dłonie, brudne i sine, drżały, gdy obierała brukiew tępym nożem.
Podała Robertowi jeden z kubków.
— Pij — wychrypiała.
Ostatni łyk przełknął z trudem i zacisnął usta. Podniosła drugi kubek i wypiła do dna.
Gniewko zerkał na naczynia.
— Czemu dajeta sól i miód do wody?
— To lekarstwo. Pomoże nam odzyskać siły.
Kucnął przy ogniu i rozsunął patykiem żar.
— A matka i ojciec? — powiedział cicho, nie podnosząc głowy. — Im też ogień w brzuchu chodził. Krzyczeli.
Zacisnęła palce na pustym kubku. Spojrzała na męża.
— To nie było to samo, mały — powiedziała. — Ich zabiła trucizna w ziarnie. Czarne rogi w kłosach. Te, które wyrzucałam w ogień.
Podniósł na nią wzrok.
— W tych czarnych rogach była trucizna?
— Nas bolał brzuch od wody z rzeki. A ty nas uratowałeś.
Chłopiec szturchnął patykiem żar.
W palenisku trzasnęła gałązka. Patrzyła, jak chłopiec sam dogląda ognia i garnka.
— Gniewko… Kiedy umarli twoi rodzice… jak długo byłeś tu sam?
Patyk znieruchomiał w żarze. Nie podniósł głowy.
Robert oderwał plecy od ściany i skrzywił się.
— Nikt się tobą nie opiekował?
Milczał. Ramiona napięły się pod tuniką.
Czemu się dziwią? Przecież wiedzą. To ja ich zabiłem. Złe siedzi we mnie.
— Dobrze. Nie musisz mówić — odezwał się Robert. — Nie znamy jeszcze ludzi we wsi. Ten najstarszy, Kwiecisz — on tu rządzi?
— Kwiecisz… to mój dziadek.
— Dziadek? — powtórzyła.
— Tak. Ojciec od matki. On tu jest najstarszy. On pierwszy się tu osiodłał. Gada z bogami. Jak powie, to wszyscy słuchają.
— A Rzepicha? Ta, która cię przyprowadziła?
— To babka, jego żona. Rządzi babami we wsi.
— A inni? Masz tu jeszcze kogoś z rodziny?
— Dobrogost. Brat ojca. On… mnie nie lubi. Z ojcem się wadził. Mówi, że klątwa na nas. Że my źli.
— A dziadkowie? Pomagali ci? — szepnęła Agnieszka.
— Babka przynosiła brukiew. Czasem przychodziła Bogumiła.
— Kto to?
— Siostra babki — mruknął. — Też przynosiła kaszę. Inni się bali, że ich też zabiję. Czekali.
Wciągnął głowę między ramiona. Spróbowała przyciągnąć go do siebie. Gniewko zesztywniał i odchylił się. Zostawiła dłoń na jego przedramieniu.
— Nie jesteś już sam.
Cienie chat wydłużyły się, a dreszcze się nasiliły. Nie mieli siły wstać. Przysunęli się do siebie i zamknęli oczy. Jej głowa opadła na ramię Roberta.
Chłopiec popatrzył na nich, po czym dołożył chrustu do ognia.
Obudził ich chłód. Słońce zniknęło za lasem. Zapadał zmierzch. Zadrżała i spróbowała wyprostować zdrętwiałe nogi. Przed paleniskiem siedział Gniewko. Dokładał patyki. Ogień ledwie się tlił, ale wciąż grzał.
Robert przetarł twarz dłońmi. Gorączka nieco spadła, ale słabość pozostała.
— Siekiera — wychrypiał. — Muszę oddać. Jeszcze pomyśli, że nie chcę.
— Poczekaj do jutra. Wyglądasz jak trup.
— Właśnie dlatego muszę iść teraz. Żeby zobaczyli, że nie zdechliśmy.
Podniósł siekierę. Przez wieś szedł ostrożnie, pilnując, by nie upaść na oczach mieszkańców. Każdy krok dudnił mu w czaszce.
Kwiecisz siedział przed chatą i naprawiał sieć. Starzec na jego widok zamarł. Palce zacisnął na sznurach.
Zatrzymał się trzy kroki przed nim. Odetchnął ciężko.
— Oddaję.
Wyciągnął siekierę trzonkiem do przodu. Wzrok starca przesunął się z jego spoconej twarzy na siekierę.
— Długo cię nie było — powiedział.
— Chorowaliśmy. Brzuchy. Ale już…
Starzec zerwał się i zatoczył dłonią krąg przed piersią.
— Nie podchodź!
— Już po wszystkim… — Zrobił krok.
— Stój! — Chwycił widły spod ściany i skierował zęby w pierś Roberta. — Zostaw to! Tam! W pień wbij! I wynoś się!
— Jak chcesz — powiedział cicho.
Zacisnął obie dłonie na trzonku i uniósł siekierę. Ostrze utkwiło w dębowym klocu.
— Dziękuję.
Odwrócił się i ruszył w stronę swojej chaty. Gdy minął furtkę, za jego plecami trzasnęły drzwi. Zaraz potem zgrzytnął rygiel. Obejrzał się. Siekiera nadal tkwiła w klocu.
— No, to tyle z integracji sąsiedzkiej.
Wrócił do chaty. Siedziała pod ścianą i patrzyła na krzaki za obejściem.
— Wiesz, co mnie bawi? — zapytała, gdy osunął się obok niej. — Twój projekt sanitarny. Twoja latryna. — Wskazała zadeptaną, brudną ziemię wokół chaty.
— Natura nas wyśmiała. Zapaskudziliśmy wszystko dookoła jak zwierzęta. Tyle z naszej cywilizacji. Gówno i błoto.
Oparł głowę o ścianę i przymknął oczy.
— A może… — szepnął — ten świat wcale nas nie zignorował. Może właśnie oczyścił nas z całej arogancji. Dogłębnie.
Uniosła brew. Parsknęła śmiechem, który zaraz przeszedł w kaszel.
— Dogłębnie. Tego słowa mi brakowało. Jesteś okropny.
Spoważniała i popatrzyła na rośliny wokół chaty.
— Ale mamy tu całą aptekę. Rośliny znam. Musimy tylko nauczyć się, jak z nich korzystać.
— Przeżyliśmy. Na razie tylko to się liczy.
Znów zaczęła dygotać. Wpełzli do chaty. Futra, szmaty i słoma cuchnęły kwaśnym potem, dymem i wilgocią.
Opadli na posłanie.
Niemal natychmiast zapadła w gorączkowy sen.
Cisza. Idealna, sterylna cisza. Tylko delikatny szum systemów podtrzymujących życie.
Siedziała w mesie. Za panoramicznym oknem rozciągała się czerń kosmosu, przecięta pasem Drogi Mlecznej. W dole lśniła martwa, srebrna skorupa Księżyca.
Na blacie spoczywał talerz. Zbilansowana, beżowa papka i dwie syntetyczne kulki. Oszukują głód. Nie zjesz wszystkiego. Nie przytyjesz.
Papka wyglądała nijako, ale syciła i… smakowała. Sięgnęła łyżką do talerza.
Łyżka stuknęła o glinianą misę stojącą przy palenisku. Mieszała w niej, próbując wyłowić z dna coś gęstszego.
Łyżka przecinała tylko rzadką, brunatną wodę. Bił od niej kwaśny smród.
Nabrała brei na łyżkę. Odwróciła się.
— Masz, Robercie — szepnęła z czułością. — Musisz jeść.
Łyżka znieruchomiała przed jego ustami.
Ciało wylewało się na boki. Ciężkie fałdy drżały przy każdym ruchu. Przezroczysty płaszcz oblepiał ciało. Pod nim prześwitywały zwały żółtego tłuszczu i napęczniałe żyły.
Uśmiechał się obleśnie. Jego policzki lśniły od tłuszczu. W pulchnej dłoni ściskał wielkie, złociste udko kurczaka ociekające gorącym sosem.
Wbił zęby w mięso. Skóra pękła z trzaskiem. Tłuszcz trysnął mu na brodę, spływając po fałdach brzucha.
Mlaskał, patrząc jej prosto w oczy.
— No co? — zarechotał, a kawałki przeżutego mięsa wypadły mu z ust do jej miski. — Chciałaś zjeść na Ziemi wielki, tłusty, niezdrowy posiłek! Żryj! — Podsunął jej pod usta nadgryzione mięso. — Nie złapiesz SAGAN-a!
Szarpnęła się i otworzyła oczy. Łapała powietrze urywanymi haustami.
Koszmar zniknął. Zostały smród i zimno.
Obok niej leżał prawdziwy Robert. Blady, zwinięty w kłębek. Jego ciałem wstrząsały dreszcze.
Przesunęła dłonią po zapadniętym brzuchu. W nozdrzach wciąż miała zapach pieczonego kurczaka. Żołądek skurczył się boleśnie.
Z ciemnego kąta chaty patrzył na nią Gniewko. Nie spał. Leżał sztywno na skraju posłania, wciśnięty w ścianę. Widział, jak rzucała się przez sen, wykrzywiała twarz i krztusiła się oddechem. Nie widział snów. Widział zmorę siedzącą na jej piersiach. Nasłuchiwał każdego świszczącego oddechu, gotów zerwać się i uciec w noc. Zło przyszło po swoje.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania