Poprzednie części:  Cuiavia

Cuiavia. Dzień szósty.

O świcie zbudził ich chłód. Usiadł na posłaniu, lecz nie od razu zdołał wyprostować plecy. Jęknął przy wstawaniu. Agnieszka oparła stopę na skraju posłania i naciągała but, zaciskając zęby.

Dar dla Mokoszy, rzeka, woda. Oczyścił palenisko, wyłożył dno białymi kamieniami zniesionymi wczoraj z pola. W misie znów parowała wodnista zupa z rzepy.

— Kawałek mięsa by się przydał — powiedział.

Po zupie szybko wracał głód, a sił nie przybywało.

— Dobrze, słuchajcie — zaczął. — Dzisiaj biorę się za mój projekt. Przyniosę glinę i piasek, wyrobię masę na pierwsze cegły. Tobie przyniosę kolejny worek ziarna. A ty, Gniewko, pójdziesz na wspólną łąkę. Weź sierp, będziesz ciął trawę i nosił ją tutaj. Noś po trochu. Musimy zebrać siano, żeby zwierzęta miały co jeść zimą.

Chwycił łopatę. Nieopodal chaty wykopał okrągłe zagłębienie. W nim zamierzał mieszać glinę z piaskiem.

Szedł do wykopu i wracał. Szedł i wracał. Z każdym przejściem pałąk wiadra mocniej wrzynał mu się w palce. W połowie drogi postawił wiadro. Dalej niósł je z przerwami. Nawet bez ciężaru bolały go barki. Potem nosił piasek znad rzeki. Płukał go w wiadrze, zlewając mętną wodę.

Agnieszka rozpostarła lnianą płachtę na ziemi obok worka.

Wracając z rzeki, zatrzymał się przy żonie i odstawił wiadro. Oparł dłonie o kolana, przez chwilę ciężko oddychał.

— Zapotrzebowanie na wodę gwałtownie nam rośnie — wydyszał, ocierając pot z czoła. — Jantarowy deszcz, zupa, a teraz glina… Przydałaby się studnia.

Pokręcił głową, podniósł wiadro i wrócił do swojego błota.

Rozgarniała ziarno. Szeleściło pod palcami.

Pstryk — kamyk spomiędzy ziaren odskoczył w trawę.

Pstryk — ciemny rożek sporyszu wpadł w ogień.

Ergotamina. Skurcz naczyń. Niedokrwienie. Sucha zgorzel.

Przymknęła oczy. Próbowała wyobrazić sobie ostatnie dni jego rodziny. Ciemna izba przesiąknięta odorem gnicia. Siostra drapała uda i błagała, żeby przestało palić. Brat tłukł się o ściany, odpędzając coś, czego pozostali nie widzieli. Rodzice z dłońmi czarnymi jak węgiel. Ich palce zasychały. Niektóre odpadały bez kropli krwi.

A w samym środku on. Mały, bezradny chłopiec. Ona szukała przyczyny w chlebie. On widział w chorobie opętanie.

Czy dlatego bał się własnego dotyku? Tylko on przeżył. Może sam podawał im zatruty chleb.

W południe przerwała pracę i podsyciła ogień. Do zupy dorzuciła rzepę i dwie garście zebranej rano komosy oraz młodej pokrzywy. Na łące rozpoznała też inne rośliny, lecz żadnej dotąd nie gotowała. Co z nich przejdzie do wywaru? Czy nie zaszkodzą? A jeśli zupa będzie przez nie tak gorzka, że nikt jej nie zje? Lepiej najpierw zapytać.

Gniewko zjawił się dwukrotnie, za każdym razem ciągnąc worek świeżo ściętej trawy. Wysypał zawartość i rozrzucił ją cienką warstwą. Uśmiechnął się do Agnieszki i pobiegł z powrotem na łąkę.

Obiad zjedli w milczeniu, zbyt wyczerpani na rozmowę. Wymieniali tylko spojrzenia. Zaraz potem wrócili do swoich zadań.

Robert zdjął buty i spodnie, wszedł do lepkiej, chłodnej masy. Zaczął deptać. Błoto mlaskało pod stopami. Oddychał ciężko. W tłustej glinie piasek szorował mu skórę.

Przybiegły dzieci. Zatrzymały się kilka kroków od dołu. Szarpnął nogą, żeby uwolnić stopę, i zachwiał się. Któreś zachichotało, pozostałe mu zawtórowały.

Ich śmiech przyciągnął dorosłych. Dwie kobiety wracające z polany z naręczami ziół przystanęły. Agnieszka słyszała je mimo przyciszonych głosów.

— Patrzaj, Jaga, co ten dziwak wyprawia. W błocie się nurza jak prosię w chlewie.

— Mój stary, gdyby taką krzepę miał, toby w lesie za zwierzem ganiał. Chata im się sypie, a ten zabawy sobie szuka.

Poczuła gorąco na policzkach. Nie podniosła wzroku znad płachty. Zatrzymała palce nad ziarnem.

Zabawy? Nazywacie go dziwakiem, bo widzi dalej niż czubek własnego nosa. On myśli już o zimie.

Właśnie wtedy nadszedł Dobrogost z innym kmieciem u boku. Przystanęli przy dole i oparli się na kosturach.

— Mówiłem wam. Głowę ma w chmurach, a nogi w błocie. Do zimy tak będzie deptał, a starej izbicy nie naprawi.

— Zamiast chudoby doglądać, on w ziemi depcze. Dyć to robota dla wołów, nie dla chłopa.

Gromadka roześmiała się głośniej.

Na moment przestał, a jego ramiona opadły.

Wy widzicie błoto. My widzimy piec, który ochroni nas przed zimą. Widzicie chłopa taplającego się w ziemi. Ja widzę męża budującego nam dom.

Otworzyła usta, lecz spojrzała na męża i zamilkła. Otrzepała dłonie z pyłu, wzięła kubek wody i podeszła do dołu. Kiedy pił, położyła mu dłoń na ramieniu.

Oddał kubek i na chwilę przytrzymał jej dłoń. Potem mocno wbił piętę w glinę. Drugą stopą rozgniótł bryłę przy brzegu. Błoto znów mlaskało miarowo. Usłyszał śmiech przy ścieżce, lecz tym razem nie przerwał.

Śmiejcie się. Skończę piec, to zobaczymy, komu będzie do śmiechu.

Coraz trudniej wyciągał stopy z gliny. Przystawał na kilka oddechów i deptał dalej.

Słońce zaczęło kryć się za drzewami. Rozgniótł w palcach garść masy. Nie wyczuł już twardych grudek. Wygramolił się z dołu, zlany potem i oblepiony gliną. Chciał jeszcze uformować pierwsze cegły. Schylił się po glinę, lecz nogi zadrżały pod nim. Usiadł na brzegu dołu.

— Gniewko! — zawołał. Chłopiec podbiegł natychmiast. — Liści. Tych największych. Przynieś, ile dasz radę.

Razem przykryli glinę liśćmi, układając je tak, żeby zachodziły na siebie. Ani jednej cegły. Ale jutro nie będzie już zaczynał od noszenia wiader.

Powłócząc nogami, poszedł umyć się do rzeki. Dorzucili jeszcze drwa do ognia, podgrzali zupę. Potem zgarnęli żar wokół białych okruchów. Wrócił do chaty. Położył się na twardym posłaniu. Opadł w ciemność.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • il cuore 8 mies. temu

    /drewno – wymagał teraz świadomej decyzji/ – wymagało
    /Widział demony wysyłającego życie./?
    /jakby tyle siły miał, to by w lesie/ – tutaj razem; toby
    /– My widzimy piec, który ochroni/ – zbędna półpauza

    Musiałeś merytorycznie zbadać zagadnienie i już samo to jest wporzo.
    Trochę mnie ominęło twoje opko ale może kiedyś nadrobię...
    cul8r

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    Jaki ty jesteś męski w komentarzach...

  • TheGuru 8 mies. temu

    Każdy gest — naciągnięcie buta, schylenie się po drewno — wymagał teraz świadomej decyzji i zaciśnięcia zębów.

    gest - wymagał

    "Widział demony wysysającego życie." - trafna uwaga dzięki.

    "jakby tyle siły miał, to by w lesie" - sprawdziłem i wszystko mówi mi, że jednak "to by"

    "Wy widzicie błoto — kontynuowała w myślach, a jej gniew zamieniał się w gorzką dumę. — My widzimy piec, który ochroni nas przed zimą. Widzicie chłopa taplającego się w ziemi. Ja widzę męża budującego nam dom."
    ta półpauza jest częścią mowy zależnej....

    dzięki za uwagi. zawsze się boję, że narobię ortów... w szkole nie byłem prymasem ;-)

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    TheGuru, jaką masz orientację seksualoną?

  • TheGuru 8 mies. temu

    słone paIuszki nie za wcześnie na takie pytania? może najpierw jakaś gra wstępna :-)

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    TheGuru, dla kolegi pytam xD

  • TheGuru 8 mies. temu

    słone paIuszki jak dla kolegi to podziękuj za zainteresowanie :-)

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    TheGuru Już się pojawił pod twoim tekstem...

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    bardzo lubi zwierzęta kopytne z rodziny koniowatych, szczególnie albinosy

  • słone paIuszki 8 mies. temu

    Zna swoje możliwości, dlatego w stały związek wszedł z osłem

  • TheGuru 8 mies. temu

    słone paIuszki jeśli kolega i osioł są szczęśliwi to chyba wszystko w porządku.

  • TheGuru 8 mies. temu

    widzę. że złamałem schemat tytułów. mogę to poprawić?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania