Cuiavia. Dzień piąty.
Poranny rytuał odprawili w pośpiechu. Kąpiel, zupa, jantarowy deszcz.
Pobiegli do spichlerza. Z trudem wywlekli drewniane radło na pole. Tylko rylec miało żelazny, pokryty rdzą.
Ustawili je na ugorze, głowiąc się, jak zaprząc krowę.
— No dobra, inżynierze. To twoja działka.
Obejrzał jarzmo i powrozy łączące je z radłem.
— To nie może być trudne.
Wsunął głowę w jarzmo i oparł je na barkach.
— Nacisk trzeba rozłożyć na większą powierzchnię, bo obedrze skórę — powiedział, próbując się wyprostować. Ugięte nogi zaczęły mu drżeć.
— O rany! Jak przysiad ze sztangą.
Pochylił się do przodu. Powrozy się napięły, lecz radło nie drgnęło.
— Wio! — zawołała ze śmiechem.
Pochylił się do przodu. Powrozy się napięły, lecz radło nie drgnęło.
— Wio! — powtórzyła głośniej. — Chciałeś, bym to ja ciągnęła, więc pokaż, jak to się robi. Ciężko?
— Chwaliłaś się, że wyciskałaś ponad tonę. No to proszę! Panie przodem. — Wskazał radło.
— Chętnie — odparła, patrząc mu prosto w oczy. — Tylko najpierw zmień warunki środowiskowe. — Uniosła wzrok ku blademu sierpowi Księżyca.
Krowa cofała się i kręciła łbem, gdy próbowali nałożyć jej jarzmo. Kiedy wreszcie je umocowali, doprowadzili ją do ugoru.
— Ty prowadzisz krowę. Ja prowadzę radło. Gniewko wrzuca peluszkę w bruzdę i zadeptuje.
— Tylko nie zadeptuj — odezwała się Agnieszka. — Weź mały worek. Wkładaj ziarna w bruzdę co palec i przysypuj ziemią. Dojdziemy do połowy pola, a wracając, zrobimy drugą bruzdę. Zobaczymy, na ile wystarczy ziaren.
Agnieszka szła przodem, ciągnąc za powróz uwiązany do rogów. Krowa ruszyła. Sznury się napięły, radło skrzypnęło. Racice wgniatały suchą trawę i kruszyły grudy ziemi.
Robert ściskał uchwyty. Rylec podskakiwał, każde uderzenie szarpało mu ręce.
Krowa w bok. Radło w górę. Ostrze opadło i zaryło się w darń.
— Nie, nie, nie! — krzyknął, szarpiąc za uchwyty. — Idź prosto! Trzymaj ją za pysk!
— Wyrywa mi powróz! Pomóż!
— Brakuje mi rąk! Trzymam radło!
— Stop! Zatrzymaj ją!
— Jak?! Ona się nie słucha!
Kiedy krowa wreszcie stanęła, Robert oparł dłonie na kolanach.
— Dobra. Co robimy źle? Plan zawodzi czy ciągnik? Jeszcze raz od początku.
— Za krótki sznur. Wektor siły idzie za stromo w górę. Każde szarpnięcie podrywa przód radła.
Poprawił wiązanie, wydłużając połączenie między jarzmem a radłem.
— Nazad, Krasula! — krzyknął.
Chwyciła powróz. — Idziemy!
Krowa ruszyła. Szarpnięcie niemal wyrwało mu radło z rąk. Rylec wyskoczył z bruzdy.
— Za szybko! Prowadź ją wolniej, prosto! — Naparł na uchwyty, próbując utrzymać ostrze w ziemi.
Szli wolniej. Bruzda biegła coraz prościej.
— Stop! — zawołała. — Zawracamy. Następna bruzda o stopę od tej.
Zaczekali, aż Gniewko dokończył siew. Pobiegł dosypać ziarna do swojego woreczka.
Usłyszeli gwar. Odwrócili głowy.
Obserwowała ich grupka mieszkańców. Jeden z mężczyzn wsparł dłonie na biodrach, drugi wyciągał szyję, żeby obejrzeć krzywą bruzdę.
— O, patrzcie, patrzcie! — zawołał ktoś basem. — Oni krowę do orki zaprzęgli!
— Krowa i baba do cielaków i mleka, a nie do orki!
— Głupi, głupi obcy! — odezwała się kobieta. — Wołem się orze! Krowę się doi!
Robert zacisnął szczęki i spojrzał na żonę. Lekko pokręciła głową. Wrócił do radła.
— Gdzie chłop baby słucha, tam bies ogonem macha!
— A ten ugór! — krzyknął ktoś inny. — Ziemia śpi drugi rok, a ci ją budzą! Mokosz nam wszystkim chorobę ześle!
— Tylko się męczą! — zawołał znów mężczyzna o basowym głosie. — Nawet prostej bruzdy nie potrafią poprowadzić!
— Patrzcie na tego sierotę! — zawołała jedna z kobiet. — Czego go uczą! Żaden ojciec nie kazałby synowi tak siać!
— Gdzieś ty widział, żeby chłop każde ziarnko osobno układał? Zmarnują to, co mu ojciec zostawił!
Gniewko skulił się nieznacznie. Piekły go policzki.
Przecież krowy się doi. Nigdy nie widział, żeby ktoś siał w trawę. A oni jeszcze każą mu układać ziarna po jednym. Wszystko robią źle.
— Żaden z niego gospodarz! — dobiegło z tłumu.
— Kto krową orze, temu pustki w komorze!
— Mój Dobrogost chciał bratanka do nas zabrać — odezwała się głośno Ludola. — Czekał tylko, aż zaraza minie. Miał nieszczęście do własnej chaty sprowadzić?
Agnieszka spojrzała na Gniewka. Chłopak spuścił głowę.
Podeszła i objęła go ramieniem, przyciągając do siebie.
— Nie ten gospodarz, co językiem miele — odezwała się łagodnie — ale ten, co na ugorze chleb znajduje.
— No, Krasula, idziemy. — Pociągnęła za sznur. — Robimy bruzdę idealną. Niech się śmieją.
Agnieszka prowadziła krowę, Robert radło, Gniewko układał ziarna co palec.
Z tłumu znów dobiegł śmiech, lecz każda kolejna bruzda wychodziła im lepiej.
Co pewien czas rylec zahaczał o kamień i wyciągał z ziemi białą bryłę.
Plecy bolały go coraz mocniej, ale nie puszczał uchwytów. Wciskał rylec w ziemię.
Krasula stanęła.
— Nie! Idziemy! Do końca! — ponagliła ją Agnieszka.
Krowa uniosła ogon. Strumień moczu chlusnął w świeżą bruzdę.
Robert ledwo zdążył odskoczyć.
— To jej... jantarowy deszcz — zachichotał chłopiec.
Szli. Krok za krokiem. Bruzda za bruzdą.
— Koniec! — krzyknął chłopiec. — Ziarno się skończyło!
Stanęli.
Wyprostowali się. Przez chwilę patrzyli na obsiany zagon. Roześmiali się.
Zdjęli krowie jarzmo. Agnieszka poklepała ją po boku. Opadli na trawę, ciężko oddychając.
— Daliśmy radę. — Robert spojrzał na żonę i chłopca. — I uwinęliśmy się przed wieczorem. Poszłoby nam sprawniej, gdyby nie te kamienie.
Podniósł jedną z białych brył i ścisnął ją w dłoni. Pękła z chrupnięciem. W środku była wilgotna i tłusta w dotyku. Na palcach został jasnoszary osad.
— Aga, zobacz. — Wyciągnął ku niej przełamaną bryłę. — Przypomina kamień, a zachowuje się jak stwardniała plastelina. Pełno tego wyłazi z ziemi. Ty jesteś bardziej od bio, ale wiesz może, co to jest?
Wzięła bryłę i obejrzała przełam. Dotknęła go językiem, skrzywiła się i splunęła.
— Cierpkie? — zapytał.
— Muliste. — Piasek zachrzęścił między zębami. Potarła przełam kciukiem. — Wygląda na coś wapiennego. Może margiel albo kreda. Jeśli to skała biogenna, wchodzimy w moje kompetencje.
— Czyli?
— Chodzimy po umarłych. Te kamienie to resztki stworzeń, które kiedyś tutaj żyły.
Robert podniósł kolejną grudkę, przełamał ją i polizał.
Gniewko wrzasnął. Zerwał się, cofnął o krok i poślizgnął na rozkopanej ziemi. Runął w bruzdę. Nie próbował wstać. Odpychał się piętami, potem obrócił na brzuch i zaczął uciekać na czworakach.
— Nie! Zostawcie! — krzyczał.
W końcu poderwał się na nogi i pobiegł z płaczem ku chacie.
— Co mu się… — zaczął, ale ona już biegła za chłopcem. Znalazła go w ciemnym kącie chaty. Wciskał plecy w wilgotną ścianę i dygotał. Podeszła i wyciągnęła dłoń. Skulił się jeszcze bardziej.
— Co się stało?
— Nie zrobicie ze mnie wąpierza! — wrzasnął, dławiąc się płaczem. — Was nie zabiłem! Wy nie ludzie! Wy... wy przeklęte wąpierze!
Cofnęła rękę i kucnęła.
— Nie rozumiem, kochanie. — Głos jej się załamał. — Dlaczego tak nas nazywasz?
— Wykopujecie trupy! Zjadacie je! — krzyczał.
— Kto ci to powiedział?
— Sama mówiłaś! Że chodzimy po umarłych! Jadłaś ich kości! On też jadł! Zjedzcie mnie! Zjedzcie mnie, żebym już nikogo nie zabił!
— Przepraszam, kochanie. — Szlochała. — Głupia jestem! Nie o ludzi mi chodziło. O ślimaki. Te kamienie powstały z muszelek, nie z ludzkich kości.
Wyciągnęła dłoń. Wzdrygnął się i spojrzał na nią, potem na jej rękę. Wciąż oddychał urywanie.
Przecież wąpierze nie płaczą.
— Ślimaki? — zapytał ochryple. — W ziemi?
— Tak — szepnęła. Nie poruszyła się. Uśmiechnęła się przez łzy. — Bardzo stare ślimaki. Spróbujemy znaleźć ich muszle w tych kamieniach. Chcesz zobaczyć?
Pociągnął nosem. Powoli rozluźnił zaciśnięte pięści. Czekała. W końcu ostrożnie chwycił jej palce.
— Pokaż — szepnął.
Stanęli przed Robertem zapłakani i umorusani, lecz spokojniejsi. Otworzył usta, ale dała mu znak, by o nic nie pytał. Brała kamienie i rozłupywała je. Na przełamie czwartego dostrzegli odcisk spiralnej muszli.
— Widzisz? Taki sam kształt jak u ślimaka. O tym mówiłam.
— Muszle, nie kości. — Odetchnął głęboko.
— Musimy bardziej uważać na to, co przy nim mówimy — szepnęła mężowi do ucha.
Gniewko obracał kamień, przesuwając palcem po spirali. Agnieszka odeszła między trawy i wróciła z kilkoma zerwanymi roślinami.
— Szczaw i skrzyp. Może ta ziemia jest za kwaśna. Przy niskim pH korzenie gorzej pobierają część składników. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego żyto tak słabo rośnie.
Wskazała rozłupane kamienie.
— A jeśli to rzeczywiście materiał wapienny, moglibyśmy nim odkwasić ziemię.
— No dobrze, pani biochemik. To skąd ta kwaśna ziemia, skoro pełno w niej tych kamieni?
— Całe bryły działają powoli. Trzeba je rozdrobnić.
— Chcesz nimi nakarmić ziemię?
— Ziemia nie ma zębów. Nie ugryzie kamienia — powiedział Gniewko.
— To damy jej coś do picia. Może uda się zrobić z nich mleko. — Mrugnęła do niego.
— Czarami?
Robert obejrzał odłamek. — Fizyka czy chemia — mruknął.
— Kalcynacja — rzuciła. — Wyprażymy to, a potem zalejemy wodą. Powinno się rozpaść. I wtedy…
— Wtedy Mokosz wypije to mleko z deszczem — dokończył Robert.
— Sprawdzimy to eksperymentalnie. Weźmiemy kilka odłamków. Zobaczymy, czy ognisko da dość wysoką temperaturę.
— Ogień i woda wykonają robotę za nas.
Kim oni są? Żerca składa bogom ofiary i prosi o łaskę. A oni chcą bogom kazać kruszyć kamienie. Jak zwykłym porabom. Dlaczego mieliby się zgodzić? Może się zgodzą, skoro to dla Mokoszy?
W drodze powrotnej zabrali kilka małych kamieni.
Wystawił przed chatę worek z ziarnem i przeciągnął się, aż strzeliło mu w plecach.
— Wy tu sobie usiądźcie, a ja idę walczyć z darnią pod twój ogródek.
Usiadła z chłopcem w słońcu. Wysypywała ziarno po garści. Odkładali na bok to, na którym dostrzegli pleśń. Chłopiec początkowo pokazywał jej każde podejrzane ziarnko. Potem coraz częściej przerywał i rozcierał palce.
Odsunęła worek.
— Zróbmy przerwę. Gniewko, zagrasz ze mną?
Podniósł wzrok.
— W co?
Wyciągnęła zaciśniętą pięść.
— To kamień. — Rozprostowała drugą dłoń. — A to szmata. — Objęła nią pięść. — Szmata łapie kamień i wygrywa.
Wystawiła dwa palce.
— A to nożyce. Ciach, ciach! Tną szmatę. — Uderzyła palcami w pięść. — Ale na kamieniu się łamią.
— Wybierz coś i pokaż razem ze mną. — Schowała rękę za plecami. Gniewko zrobił to samo.
— Liczę! — zawołała. — Trzy, dwa, jeden... Pokaż!
Wyciągnęli dłonie jednocześnie: ona dwa palce, on otwartą rękę.
Kłapnęła palcami. — Ciach, ciach! Pocięłam twoją szmatę! Wygrałam!
Parsknął.
Znów schowali ręce. — Trzy, dwa, jeden!
Może znów wybierze nożyce.
Pokazał pięść.
Ona wystawiła płaską dłoń. Objęła jego zaciśnięte palce.
— I znowu! — jęknął.
— Szmata cię złapała!
— Jak to czynisz?! Jesteś Wiedząca od gier?!
— Siedzi przed tobą Wiedźma od Szmaty i Kamienia! — zaśmiała się.
Schował rękę za plecami.
— Jeszcze raz. Teraz ja liczę.
* * *
Wbijał łopatę w twardą darń.
Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i oparł się o trzonek, łapiąc oddech. Koszulka lepiła się do pleców, mięśnie piekły.
Spojrzał na żonę. Siedziała w słońcu z kolanami podciągniętymi pod brodę. Spodnie opinały uda. Zaschło mu w gardle.
Śmiała się, odrzucając głowę do tyłu. Na odsłoniętej szyi lśnił pot.
Wyobraził ją sobie pochyloną nad grządką, przy wyrywaniu rzepy. Ocierała czoło, zostawiając na nim smugę ziemi.
Wbił łopatę w darń.
— Spokojnie — mruknął do siebie. — Najpierw ogródek. Potem… potem zobaczymy.
Po chwili znów na nią spojrzał.
Odwróciła głowę. Ich oczy spotkały się; uśmiechnęła się do niego — inaczej niż do chłopca.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania