Cuiavia. Dzień siódmy.
Obudził ich znajomy, wilgotny chłód. Przy wstawaniu stęknął i wsparł się dłonią o krawędź łóżka.
Przyniósł wodę. Przyklęknął nad wygasłym paleniskiem. Patykami wyłuskał z popiołu białe bryły. Przez całą noc leżały w żarze.
Agnieszka przykucnęła przy wiadrze.
— Tylko nie gołymi rękami. Możesz się poparzyć. Zacznij od tej małej.
Robert ujął ją między patyki.
Gniewko podszedł bliżej, przecierając oczy. Zerkał na nich.
— Co będzie?
— Zobaczymy — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od bryły.
Robert włożył ją do wiadra z wodą.
Gniewko podszedł bliżej, przecierając oczy.
Wokół bryły kotłowały się pęcherze. Z wiadra dobiegł syk. Chłopiec odskoczył, zakrył usta.
— Naprawdę zagoniliście bogów do wiadra — szepnął.
Robert wrzucił pozostałe kawałki. Woda zabulgotała mocniej, nad wiadrem wzbiła się para. Po chwili syk ucichł. Zamieszał patykiem białą zawiesinę. Na dnie wciąż chrobotały twarde kawałki.
— Mamy to! — zawołała. — Hipoteza zweryfikowana. Mleko dla Mokoszy gotowe. — Uśmiechnęła się do chłopca.
Po śniadaniu odrzucił liście skrywające dół. Wcisnął dłoń w glinę. Chłodziła skórę i ustępowała pod naciskiem łatwiej niż wczoraj.
Rozszczepił kawałek prostego drewna na listwy. Długość formy odmierzył rozstawionym kciukiem i małym palcem, szerokość o połowę mniejszą. Zawahał się przy wysokości. Przyłożył do listwy trzy palce po czym jeden cofnął. Ostrugał listwy i związał ramkę. Drugą dopasował do pierwszej.
Wciskał glinę w narożniki jednej formy, a Agnieszka zbierała nadmiar z drugiej i wyrównywała wierzch. Unosiła ramkę ostrożnie, żeby nie naderwać brzegów, po czym podsuwała mu ją do ponownego napełnienia. Pracowali bez słowa. Na skraju polany przybywało rzędów mokrych cegieł.
Szarpnęła formą. Glina z mlaśnięciem odkleiła się od drewna.
— Babrzemy się w błocie, żeby postawić piec w jamie. A jeszcze tydzień temu… jedynym moim problemem była ta nieszczęsna łyżeczka.
Otarł czoło brudnym przedramieniem.
— Oddałbym wiele, by znowu ją usłyszeć.
— Pamiętasz, ile razy prosiłam, żebyś nie zostawiał jej na talerzyku?
— Do tylu nie umiem liczyć — zaśmiał się.
— A potem „Swaróg” wylądował bezszelestnie. W jednej chwili nasze lokum stało się najdroższym adresem w mieście.
— Pięćdziesiąte drugie piętro. Gdyby wcześniej było cicho, nigdy nie byłoby nas stać na mieszkanie z takim widokiem.
— Jedna noc luksusu, a potem bilet do jaskini.
— Za to teraz budzą nas tylko sowy i wilki…
Cisnął porcję gliny w formę. Część uderzyła w listwę i spadła na trawę.
Cień drzew dosięgnął pierwszego rzędu cegieł. Gniewko przywlókł worek trawy, a potem widłami przewracał wczorajszy pokos. Szelest siana przecinały głuche mlaśnięcia gliny.
W końcu ostatnia porcja gliny zniknęła w formie. Przed nimi leżało około stu wilgotnych cegieł. Wyprostował zesztywniałe plecy.
— Wypalimy je. Dzisiaj! Setka wystarczy pod piec. Idę po drewno. Potrzebujemy całego stosu.
Ruszył ku lasowi, Agnieszka chwyciła go za ramię.
— Zaczekaj. Przynoś tylko liściaste.
— Potrzebuję temperatury. Wszystko mi jedno, jakie drewno spalę.
— Mnie nie. Potrzebuję popiołu.
Zmarszczył brwi.
— Zaufaj mi. Ja też mam swój plan.
Wracał z lasu z naręczami liściastych gałęzi. Przy ostatnim kursie zatrzymał się, oparł wiązkę o udo i rozprostował zdrętwiałe palce. Pod wieczór obłożyli cegły drewnem.
O zmierzchu przyniósł płonące łuczywo.
Spojrzał na nią, skinęła.
Wsunął łuczywo pod chrust. Wkrótce płonęły też grubsze gałęzie.Płomienie wyszły ponad stos. Żar zmusił ich do cofnięcia się o krok.
Objął ją w pasie. Oparła głowę o jego ramię. Z wnętrza stosu dobiegał syk.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania