Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Prequel. 003. W restauracji.

Roz­su­nię­te drzwi sa­mo­cho­du wpu­ści­ły do środ­ka żar tęt­nią­ce­go wie­czo­ru. Ho­lo­gra­ficz­ne szyl­dy bom­bar­do­wa­ły wzrok barw­ny­mi obiet­ni­ca­mi, wy­wo­łu­jąc pod skórą nagłe mro­wie­nie.

 

Mru­żąc oczy przed bla­skiem neo­nów, spy­ta­łam: – To dokąd dziś mnie za­bie­rasz?

 

Ramię oplo­tło moją talię, przy­cią­ga­jąc mnie do jego boku.

 

– Skoro tak długo krą­ży­łaś do­oko­ła Ziemi, po­my­śla­łem, że za­bio­rę cię w po­dróż do­oko­ła świa­ta. Ku­li­nar­ną, rzecz jasna.

 

Wnę­trze lo­ka­lu ogra­ni­cza­ło się do jed­ne­go sto­li­ka i dwóch ku­beł­ko­wych fo­te­li. Gład­kie, ma­to­we ścia­ny trwa­ły w mar­twym bez­ru­chu aż do ko­men­dy:

 

– Kom­pu­ter, wgraj zasób z bi­blio­te­ki pu­blicz­nej: „Ko­la­cja z Agniesz­ką”.

 

W jed­nej chwi­li ma­to­we płasz­czy­zny ustą­pi­ły pa­no­ra­micz­nej dżun­gli ama­zoń­skiej. Pokój prze­siąkł śpie­wem pta­ków i szu­mem wo­do­spa­du, a cięż­ka wil­goć osia­dła na mojej skó­rze. Dżun­gla roz­pły­nę­ła się, od­sła­nia­jąc ską­pa­ną w słoń­cu skałę Uluru, by osta­tecz­nie za­sty­gnąć w ark­tycz­nej pu­sty­ni, nad którą tań­czy­ła zorza.

 

Oczy ła­pa­ły ko­lej­ne ob­ra­zy. Pod­nió­sł­szy dłoń do ust, za­trzy­ma­łam ją w po­ło­wie drogi. Palce drża­ły.

 

– To lep­sze niż wi­do­ki z ra­kie­ty. Tam pa­no­wa­ła tylko pust­ka. A tu… tu pul­su­je życie. I je­steś ty.

 

Uśmiech roz­ja­śnił mu twarz – ten sam, który za­wsze witał mój za­chwyt.

 

Gdy usie­dli­śmy, blat stołu roz­bły­snął, uwal­nia­jąc trój­wy­mia­ro­we ho­lo­gra­my po­traw – mi­nia­tu­ro­we, świe­tli­ste fan­to­my je­dze­nia. Ob­ró­ci­łam jeden z nich ge­stem dłoni, po­więk­sza­jąc opis i skład­ni­ki.

 

Świat za­wi­ro­wał. Fa­scy­na­cja wal­czy­ła z mdło­ścia­mi wy­wo­ła­ny­mi nad­mia­rem bodź­ców.

 

– Nie­sa­mo­wi­te. – Palce prze­nik­nę­ły fan­tom spa­ghet­ti car­bo­na­ra, wy­wo­łu­jąc drgnie­nie ob­ra­zu i ta­be­lę ka­lo­rii. – Pręd­kość zmian prze­ra­ża. Wy­star­czy kilka mie­się­cy nie­obec­no­ści, by wy­paść z obie­gu i stać się re­lik­tem.

 

– Na Księ­ży­cu jesz­cze ich nie wpro­wa­dzi­li? – za­py­tał.

 

Urze­cze­nie pry­snę­ło, ustę­pu­jąc miej­sca prak­ty­ce.

 

– Na Księ­ży­cu bra­ku­je miej­sca na fa­na­be­rie. Sprzęt wy­ci­ska­my do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. Nikt nie wy­mie­nia spraw­nej apa­ra­tu­ry tylko dla­te­go, że rynek za­la­ły efek­tow­niej­sze no­win­ki.

 

– To pa­ra­doks. Zie­mia­nie widzą przy­szłość, co­dzien­ne scien­ce fic­tion. Z two­ich słów wy­ła­nia się jed­nak obraz prze­szło­ści – świa­ta, w któ­rym każdą rzecz trze­ba oszczę­dzać i na­pra­wiać bez końca.

 

– Coś w tym jest. Życie tam ozna­cza nie­ustan­ną walkę z opo­rem ma­te­rii, każ­dym gra­mem i ki­lo­wa­tem ener­gii. Nad es­te­ty­ką za­wsze gó­ru­je prze­trwa­nie.

 

– Ale wła­śnie dla­te­go teraz za­mie­rzam sobie to odbić! – rzu­ci­łam, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po ho­lo­gra­mach z nową, pewną szyb­ko­ścią.

 

Wy­bie­ra­łam ko­lej­ne po­zy­cje z za­chłan­no­ścią kogoś, kto chce po­czuć wszyst­ko naraz. Każdy wybór – so­lid­na por­cja spa­ghet­ti, góra fry­tek i ocie­ka­ją­cy sosem bur­ger – kwi­to­wa­ła za­baw­na ani­ma­cja kła­nia­ją­ce­go się ho­lo­gra­mu, lą­du­ją­ce­go chwi­lę póź­niej na mojej wir­tu­al­nej li­ście. Nie od­ry­wał ode mnie wzro­ku, w ką­ci­kach jego oczu osia­dła mięk­ka, czuła uwaga.

 

– Ja po­pro­szę owoce morza, sushi i rze­mieśl­ni­cze piwo – do­rzu­cił, a wy­bo­ry na­tych­miast uzu­peł­ni­ły listę.

 

Ho­lo­gra­my znik­nę­ły, a stół znów stał się gład­ką po­wierzch­nią. Przy­su­nął się bli­żej, sku­pio­ny na każ­dym moim sło­wie. – Opo­wiedz mi o twoim co­dzien­nym życiu tam.

 

Wy­pu­ści­łam po­wie­trze w dłu­gim wy­de­chu, czu­jąc, jak nagle wy­pa­ro­wu­je ze mnie cały en­tu­zjazm. Dłoń roz­po­star­ta na bla­cie szu­ka­ła opar­cia, pod­czas gdy szare ko­ry­ta­rze bazy znów za­ci­ska­ły się wokół mnie.

 

– Ma­rzy­łam tam o tym bur­ge­rze i górze fry­tek. – Rand­ko­wa lek­kość pry­snę­ła.

 

Po­krę­cił głową. – Trud­no to sobie wy­obra­zić. To do­słow­nie brzmi jak opo­wie­ści z in­ne­go świa­ta.

 

– Nie masz po­ję­cia, ile wy­sił­ku wy­ma­ga zwy­kłe je­dze­nie na Księ­ży­cu.

 

Uniósł brwi. – Żar­tu­jesz? Są­dzi­łem, że do­sta­je­cie pro­wiant, który roz­wią­zu­je takie pro­ble­my.

 

Bez­rad­nie po­krę­ci­łam głową. – Na Ziemi po pro­stu prze­ły­kasz. Gra­wi­ta­cja i pe­ry­stal­ty­ka wy­ko­nu­ją pracę za cie­bie. Na­tu­ral­nie, bez udzia­łu świa­do­mo­ści.

 

Za­mil­kłam na chwi­lę. – Tam każda por­cja przy­po­mi­na ry­zy­kow­ny eks­pe­ry­ment. Mały, prze­mie­lo­ny zę­ba­mi kęs, dużo śliny i cze­ka­nie, aż ła­ska­wie zsu­nie się w dół. Bar­dzo po­wo­li. Z lę­kiem, że utknie w gar­dle na za­wsze.

 

– Czyli przy­po­mi­na to je­dze­nie na le­żą­co? Albo do góry no­ga­mi?

 

– Tro­chę. Wy­obraź sobie jed­nak, że tam fi­zjo­lo­gia pod­le­ga innym pra­wom. Po­karm opada z nie­mal senną le­ni­wo­ścią.

 

Sze­ścio­krot­nie słab­sza gra­wi­ta­cja ni­we­lu­je siłę wspo­ma­ga­ją­cą prze­ły­ka­nie. Płyn­na dieta za­pew­nia bez­pie­czeń­stwo, przy­naj­mniej na po­cząt­ku. Mi­ni­ma­li­zu­je ry­zy­ko za­dła­wie­nia lub, co gor­sza, za­chły­śnię­cia.

 

Mil­czał. Po­ło­żyw­szy dłoń na mojej, za­py­tał cicho: – Ale nie cier­pia­łaś głodu?

 

Spoj­rzaw­szy na nasze sple­cio­ne dło­nie, szep­nę­łam: – Cho­dzi­łam… ale ina­czej. Nie z braku je­dze­nia.

 

Słowa utknę­ły mi w gar­dle. Wa­ha­jąc się chwi­lę, kon­ty­nu­owa­łam: – Zbi­lan­so­wa­ne po­sił­ki w zu­peł­no­ści wy­star­cza­ły. Cza­sem, przy­naj­mniej po­cząt­ko­wo, przy­tła­cza­ły wręcz ob­fi­to­ścią.

 

Wy­pu­ści­łam z płuc cięż­kie, świsz­czą­ce po­wie­trze, szep­nę­łam: – Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ła ta po­zor­na ob­fi­tość. Świa­do­mość do­stęp­no­ści je­dze­nia przy jed­no­cze­snym przy­mu­sie dła­wie­nia ziem­skich przy­zwy­cza­jeń.

 

Ob­ser­wo­wa­łam ule­ga­ją­cych po­ku­sie, po­chła­nia­ją­cych por­cje bez opa­mię­ta­nia i świa­do­mo­ści skut­ków. Wi­dzia­łam ich stop­nio­wą utra­tę kon­tro­li nad wła­snym cia­łem. Prze­obra­zi­łam się w Tan­ta­la – oto­czo­na do­stat­kiem, po który nie śmia­łam się­gnąć w oba­wie przed kon­se­kwen­cja­mi.

 

– Co gor­sza, nie­za­leż­nie od ob­ję­to­ści po­sił­ku, praw­dzi­wa sy­tość nie nad­cho­dzi­ła.

 

Or­ga­nizm za­po­mi­nał o wła­snej za­war­to­ści, igno­ru­jąc wy­peł­nio­ny żo­łą­dek. W ni­skiej gra­wi­ta­cji wnętrz­no­ści ską­pią mó­zgo­wi ja­snych ko­mu­ni­ka­tów. Próż­no szu­kać bło­gie­go po­czu­cia cięż­ko­ści czy zna­nej stąd sa­tys­fak­cji.

 

Ciało traci orien­ta­cję. Po­chła­niasz ko­lej­ne por­cje, wciąż zie­jąc we­wnętrz­ną pust­ką. Ten stan ge­ne­ru­je upior­ny, nie­ustan­ny stres.

 

Ścią­gnąw­szy brwi, błą­dził wzro­kiem nad moim ra­mie­niem. – Do­dat­ko­wo zu­ży­wasz mniej ka­lo­rii – za­uwa­żył. – Skoro każdy ruch przy­cho­dzi z ła­two­ścią, lo­gi­ka wy­mu­sza ogra­ni­cze­nie po­sił­ków dla za­cho­wa­nia bi­lan­su.

 

– Do­kład­nie. Tamto zmę­cze­nie od­bie­ga­ło od fi­zycz­ne­go bólu mię­śni po tre­nin­gu. Do­pa­dło mnie wy­czer­pa­nie me­ta­bo­licz­ne – głę­bo­ka nie­moc or­ga­ni­zmu bez­sku­tecz­nie szu­ka­ją­ce­go rów­no­wa­gi w obcym śro­do­wi­sku.

 

Po­cząt­ko­wo oszu­ki­wa­łam nie­ustan­ny głód, wy­peł­nia­jąc żo­łą­dek wodą i spe­cjal­nym błon­ni­kiem… Po­ły­ka­łam nawet ja­ło­we, syn­te­tycz­ne ka­mycz­ki da­ją­ce ilu­zję sy­to­ści. To tylko po­głę­bia­ło stan za­wie­sze­nia – me­ta­bo­licz­ne limbo.

 

Zro­zu­miaw­szy to, wy­bra­łam kon­tro­lo­wa­ne nie­do­ja­da­nie. Wo­la­łam po­cząt­ko­we gło­do­wa­nie i ad­ap­ta­cję ciała od wy­mu­szo­ne­go uda­wa­nia, że wciąż pod­le­ga­my ziem­skim pra­wom i nie­ogra­ni­czo­nej kon­sump­cji.

 

– Dziel­na dziew­czy­na. Prze­cho­dzi­łaś przez to sama? A inni? To prze­cież go­to­wy prze­pis na ko­smicz­ne za­bu­rze­nia od­ży­wia­nia. Przez chwi­lę ka­bi­nę wy­peł­niał je­dy­nie szum oce­anu emi­to­wa­ny przez pa­ne­le. Za­mil­kł­szy, po­zwo­li­łam wspo­mnie­niom zalać mnie go­rą­cą, gęstą falą. Nie po­tra­fi­łam jej ode­pchnąć. Cze­kał.

 

– Wi­dzia­łam ludzi po­chła­nia­ją­cych wszyst­ko bez umia­ru, pra­gną­cych je­dy­nie za­głu­szyć ten upior­ny, fał­szy­wy głód. Spu­chli do roz­mia­rów, które… – Na mo­ment stra­ci­łam dech. Wła­ści­we słowo utknę­ło mi w gar­dle, wy­par­te przez nagły, fi­zycz­ny nie­smak. – No, jak coś, czego nie chcesz spo­tkać w cia­snym mo­du­le miesz­kal­nym.

 

– Aż tak źle? – Skrzy­wił się mi­mo­wol­nie. – Są­dzi­łem, że kom­bi­ne­zo­ny ma­sku­ją takie zmia­ny.

 

– Wła­śnie o to cho­dzi: ni­cze­go nie ukry­jesz.

 

Przy­bli­żyw­szy twarz do niego, zni­ży­łam głos do ledwo sły­szal­ne­go, kon­spi­ra­cyj­ne­go szep­tu. – Ich syl­wet­ki zda­wa­ły się nie znać gra­nic, jakby gra­wi­ta­cja osta­tecz­nie prze­ję­ła nad nimi wła­dzę.

 

Prze­łknąw­szy bo­le­śnie suchą ślinę, szep­nę­łam: – Wi­dzia­łam ludzi tak po­twor­nie oty­łych, że ich widok kłó­cił się z pra­wa­mi fi­zy­ki. Na­puch­nię­tych, zde­for­mo­wa­nych.

 

– Kosz­mar – mruk­nął.

 

– To jesz­cze nic. Wy­obraź sobie… – Prze­rwa­łam, dła­wiąc nagły przy­pływ sta­rej, wciąż żywej urazy.

 

– Szy­dzi­li z mojej fi­gu­ry. Jakby ubó­stwo zy­ska­ło fi­zycz­ną wagę, czy­niąc moją szczu­płość swoim sy­no­ni­mem. Nie ro­zu­mie­li, że wal­czę o oca­le­nie ciała i moż­li­wość po­wro­tu. Ich ob­żar­stwo na­zy­wa­li god­no­ścią i ko­rzy­sta­niem z życia, a moją sa­mo­dy­scy­pli­nę – sła­bo­ścią, wręcz dzi­wac­twem!

 

Po­krę­cił głową. – Cze­kaj, śmia­li się? Z cie­bie? Bo dba­łaś o zdro­wie?

 

– Szy­dzi­li z każ­de­go nie­żrą­ce­go… TAK JAK ONI! – wy­krzy­cza­łam, tra­cąc reszt­ki opa­no­wa­nia. – Nie ro­zu­mie­li dba­ło­ści o kęsy i ka­lo­rie… Bo… – gar­dło od­mó­wi­ło po­słu­szeń­stwa, po­zwa­la­jąc je­dy­nie na za­chryp­nię­ty szept – bo pra­gnę po­wro­tu na Zie­mię. Żywa i zdro­wa.

 

Lu­stro­wał mnie z po­dzi­wem i tro­ską, choć w jego oczach bły­snę­ła też iskier­ka prze­ko­ry. – Ho ho! Ktoś przy­wiózł z Księ­ży­ca mowę nie­na­wi­ści! – rzu­cił, usi­łu­jąc roz­bić gęst­nie­ją­cą at­mos­fe­rę.

 

Nie pod­jąw­szy żartu, wbi­łam wzrok w jego oczy. Spo­waż­nia­łam, gdy mrok wspo­mnień po­now­nie od­ciął mnie od rze­czy­wi­sto­ści. – Nie! To nie nie­na­wiść. Po pro­stu wi­dzia­łam rze­czy, które bolą.

 

Milk­nąc na mo­ment, ła­pa­łam od­dech przed ko­lej­nym wy­zna­niem. – I wiesz, co prze­ra­ża­ło naj­bar­dziej? Ich duma. Mon­stru­al­na oty­łość, którą wy­sta­wia­li na pokaz. Pa­ra­do­wa­li w prze­zro­czy­stych kom­bi­ne­zo­nach, a cza­sem w samej bie­liź­nie. W tam­tym świe­cie znie­kształ­co­ne ciało wy­zna­cza­ło sta­tus, ma­ni­fe­stu­jąc nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do ziem­skich za­so­bów.

 

Go­rycz za­le­wa­ją­ca gar­dło przy­kle­iła język do pod­nie­bie­nia. Nogi pod sto­łem ze­sztyw­nia­ły, a pięta z furią wbi­ja­ła się w pod­ło­gę.

 

– Z jed­nej stro­ny dra­koń­ska dieta – ta co­dzien­na tor­tu­ra – oraz nie­ustan­ny głód uchro­ni­ły mnie przed ich losem. Oca­li­ły mój or­ga­nizm i umysł przed osta­tecz­ną de­gra­da­cją.

 

Za­wie­si­łam głos, czu­jąc na­ra­sta­ją­cy ucisk w klat­ce pier­sio­wej. – Ale z dru­giej stro­ny… mój żo­łą­dek skur­czył się do roz­mia­rów na­parst­ka.

 

Prze­tra­wiw­szy te słowa, ode­zwał się: – My­śla­łem, że pro­duk­cja żyw­no­ści na miej­scu po­czy­ni­ła już znacz­ne po­stę­py…

 

– Cią­gle racz­ku­je – wy­rzu­ci­łam, uwal­nia­jąc starą, kwa­so­wą nutę, któ­rej dotąd nie po­tra­fi­łam stłu­mić.

 

– La­bo­ra­to­ria pro­du­ku­ją je­dy­nie biał­ko­wą papkę. Efek­tyw­ną, zbi­lan­so­wa­ną, lecz po­zba­wio­ną duszy. Hy­dro­po­ni­ka rodzi pierw­sze wa­rzy­wa, sta­no­wiąc za­le­d­wie kro­plę w morzu po­trzeb.

 

– Ziem­skie przy­dzia­ły mamią uroz­ma­ice­niem, lecz to złu­dze­nie pry­ska w ułam­ku se­kun­dy.

 

Jeden mo­ment ku­li­nar­nej nie­uwa­gi, jeden nie­roz­waż­ny po­si­łek, a wpa­dasz w me­ta­bo­licz­ną spi­ra­lę. Wtedy wcze­śniej­sze por­cje tracą miano ob­fi­tych. Le­d­wie chro­nią przed śmier­cią gło­do­wą, nie dając naj­mniej­szej szan­sy na sy­tość.

 

Na­bra­łam tchu, pa­trząc mu w oczy.

 

Luk­su­so­wy im­port po­zo­sta­je przy­wi­le­jem naj­wyż­szych urzęd­ni­ków i kor­po­ra­cyj­nych de­cy­den­tów. Nie kryją się z tym – jedzą pu­blicz­nie, zmie­nia­jąc ta­le­rze w wa­lu­tę sta­tu­su i jawną ma­ni­fe­sta­cję wła­dzy.

 

W tej samej chwi­li, pie­czę­tu­jąc kon­trast mię­dzy księ­ży­co­wą su­ro­wo­ścią a ziem­skim blich­trem, blat bez­gło­śnie za­padł się na kilka cen­ty­me­trów. Z otwo­ru wy­ło­nił się lśnią­cy kon­te­ner przy­po­mi­na­ją­cy me­ta­lo­wą wa­liz­kę.

 

Górna po­kry­wa unio­sła się, bocz­ne ścian­ki z ci­chym sy­kiem roz­ło­ży­ły się na bla­cie, uka­zu­jąc dwu­po­zio­mo­wą plat­for­mę we­wnątrz.

 

Dolny po­ziom wy­peł­ni­ły sushi, owoce morza i oszro­nio­ny kufel piwa, po któ­rym le­ni­wie ście­ka­ły kro­ple pary. Na górze dy­mi­ło moje spa­ghet­ti, zło­ci­ste fryt­ki i po­tęż­ny bur­ger z wy­pły­wa­ją­cym serem.

 

Za­pach ude­rzył z taką siłą, że za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Ry­go­ry­stycz­na sa­mo­kon­tro­la pękła. W żo­łąd­ku po­czu­łam pry­mi­tyw­ne, bo­le­sne ssa­nie. Wpa­trzo­na w kro­plę tłusz­czu lśnią­cą na przy­ru­mie­nio­nej bułce, stra­ci­łam kon­takt z oto­cze­niem.

 

Wy­buch­nął ser­decz­nym śmie­chem, ba­wiąc się moim bez­gra­nicz­nym, nie­moż­li­wym już do ukry­cia osłu­pie­niem. – Robi wra­że­nie, co nie?! Tech­no­lo­gia w służ­bie głod­ne­go czło­wie­ka.

 

– Ale jak?! Skąd to? – Wy­rzu­ci­łam z sie­bie. Bez­myśl­nie wy­cią­gnę­łam rękę ku pa­ru­ją­ce­mu bur­ge­ro­wi i oszro­nio­ne­mu ku­flo­wi, pra­gnąc do­tknąć ma­te­rii, by uwie­rzyć w jej re­al­ność.

 

– I cie­płe, i zimne w jed­nym po­jem­ni­ku?! Cze­kaj… – Frag­men­ty ukła­dan­ki nagle stwo­rzy­ły ca­łość: to­po­lo­gia, geo­dukt, Swa­róg.

 

Uśmiech­nął się, kwi­tu­jąc moją de­duk­cję uzna­niem. – Bingo, pani na­uko­wiec. Jedna kuch­nia ob­słu­gu­je cały re­gion. Naj­lep­si ku­cha­rze, świe­że pro­duk­ty i tu­ne­le Geo­duk­tu pod na­szy­mi sto­pa­mi. Eks­pre­so­wo, tanio i dla każ­de­go.

 

Wbi­łam wzrok w bur­ge­ra, czu­jąc, jak pusty żo­łą­dek kur­czy się, od­ma­wia­jąc przy­ję­cia choć­by kro­pli tłusz­czu.

 

– Wiesz co? – Cały mój en­tu­zjazm nagle wy­pa­ro­wał, zo­sta­wia­jąc w gar­dle je­dy­nie su­chość. – Ma­rzy­łam o ziem­skim je­dze­niu przez te wszyst­kie mie­sią­ce. Wy­obra­ża­łam sobie smaki, za­pa­chy, kon­sy­sten­cje…

 

– A teraz… – Głos utknął mi w gar­dle. Się­gnąw­szy bez­wied­nie ku ta­le­rzo­wi, za­trzy­ma­łam dłoń nad lśnią­cą kro­plą tłusz­czu. – Teraz boję się, że jeden kęs tego cuda wy­peł­ni mnie po brze­gi. Tam taka por­cja wy­star­cza­ła na pół dnia. Tutaj, po­prze­sta­jąc na niej, ze­szła­bym z głodu w ty­dzień.

 

Muszę na­py­chać się na siłę. Cały dzień, gram po gra­mie, roz­py­chać żo­łą­dek do ziem­skie­go roz­mia­ru. Ina­czej or­ga­nizm nie wy­trzy­ma. Ka­lo­rie wy­ma­ga­ją dys­cy­pli­ny, a ja? Ja już nie wiem, co ozna­cza praw­dzi­wy głód czy sy­tość. Moje ciało kom­plet­nie zgłu­pia­ło.

 

Słu­chał w mil­cze­niu. Ka­bi­nę wy­peł­niał je­dy­nie szum oce­anu emi­to­wa­ny przez ho­lo­gra­ficz­ne ścia­ny. Jego dłoń zna­la­zła moją – cie­pła, pewna. Nie pu­ści­ła, do­pó­ki nie wy­rów­na­łam od­de­chu.

 

– To, co opi­su­jesz… los tych VIP-ów, twoje zma­ga­nia i ich de­gra­da­cję w imię sta­tu­su… Czy ten stan okre­śli­łaś w ar­ty­ku­le mia­nem „syn­dro­mu Twar­dow­skie­go”?

 

– Tak, uży­łam tej me­ta­fo­ry we wstę­pie dla „Space He­alth”, by na­gło­śnić ich uwię­zie­nie na Księ­ży­cu. W samym tek­ście trzy­ma­łam się jed­nak ter­mi­no­lo­gii kli­nicz­nej. Na­zwa­łam to „syn­dro­mem ad­ap­ta­cyj­nej gra­wi-aste­nii na­by­tej”. W skró­cie: SAGAN.

 

Prze­tra­wiw­szy tę za­wi­łą nazwę, Ro­bert uśmiech­nął się nie­znacz­nie. – S.A.G.A.N.?

 

Po­twier­dzi­łam.

 

– Tak. Nazwę bły­ska­wicz­nie pod­chwy­ci­li zło­śli­wi ko­men­ta­to­rzy i per­so­nel me­dycz­ny. W nie­ofi­cjal­nym obie­gu krą­żył „syn­drom sa­ga­na”. Mó­wio­no o „po­sia­da­niu sa­ga­na” lub o kimś, kto wła­śnie nim „zo­stał”.

 

Syl­wet­ki nie­któ­rych z nich, zwłasz­cza w luź­nych kom­bi­ne­zo­nach, przy­po­mi­na­ły pę­ka­te dzba­ny. W kan­ty­nach szep­ta­no też o mon­stru­al­nych por­cjach wy­so­ko­ka­lo­rycz­nej papki i ziem­skich spe­cja­łach przy­go­to­wy­wa­nych w na­czy­niach wiel­kich jak sa­ga­ny.

 

Wy­buch­nął śmie­chem, za­głu­sza­jąc szum oce­anu.

 

– S.A.G.A.N.! – po­wtó­rzył. Otarł­szy łezkę roz­ba­wie­nia, mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo. W jego gło­sie po­brzmie­wa­ła ta sama zło­śli­wość, którą pie­lę­gno­wa­łam w sobie od mie­się­cy.

 

Na­pię­cie w po­licz­kach ze­lża­ło. Znów nada­wa­li­śmy na tych sa­mych fa­lach.

 

– Nie­za­leż­nie od nazwy – czy ofi­cjal­ne­go S.A.G.A.N., czy „sa­ga­nów” – orze­cze­nie ko­mi­sji le­kar­skiej otwie­ra drogę do „fun­du­szu ka­lo­rycz­ne­go dla pio­nie­rów ko­smo­su.

 

Mó­wiąc wprost: o do­ży­wot­nią, lu­nar­ną eme­ry­tu­rę, gwa­ran­tu­ją­cą wy­so­ko­ener­ge­tycz­ne racje i kosz­tow­ną opie­kę me­dycz­ną. Oczy­wi­ście na koszt ziem­skie­go po­dat­ni­ka. Prze­cież nikt nie po­zwo­li, by fi­la­ry na­szej wspa­nia­łej ko­smicz­nej eks­pan­sji cier­pia­ły na oczach opi­nii pu­blicz­nej.

 

Po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem i wy­raź­nym smut­kiem. – Brzmi to… po­twor­nie, Aga. I po­my­śleć, że Srebr­ny Glob obie­cy­wał nowy start, drugą szan­sę dla ludz­ko­ści. Taką wizję nam sprze­da­wa­no.

 

Za­śmia­łam się krót­ko i iro­nicz­nie, do­strze­głam, jak ho­lo­gra­ficz­ne fale oce­anu za moimi ple­ca­mi na mo­ment za­mie­ra­ją.

 

– Nowym star­tem? Ro­ber­cie, ko­cha­ny, na­tu­ry ludz­kiej nie oszu­kasz. Mo­żesz prze­nieść ją na inne ciało nie­bie­skie, uzbro­ić w naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne tech­no­lo­gie, oto­czyć cu­da­mi in­ży­nie­rii, a ona i tak od­two­rzy te same stare, do­brze znane sche­ma­ty. Cza­sem nawet w gor­szej, bar­dziej prze­ry­so­wa­nej for­mie.

 

Za­pa­dłam się głę­biej w krze­sło. Głos mi zma­to­wiał. – Pa­mię­tasz te wszyst­kie wspa­nia­łe wizje, roz­ta­cza­ne przed ludź­mi wraz z po­cząt­kiem po­waż­nej ko­lo­ni­za­cji ko­smo­su? Jaki to świat obie­cy­wa­no nam stwo­rzyć! Spra­wie­dli­wy, uczci­wy, pre­miu­ją­cy wy­łącz­nie umie­jęt­no­ści i wkład pracy.

 

Prych­nę­łam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od blatu.

 

– Świat wolny od ku­mo­ter­stwa, ko­rup­cji i ne­po­ty­zmu. Wie­rzy­li­śmy, że tech­no­lo­gia roz­wią­że każdy pro­blem spo­łecz­ny. Całe to pięk­ne bla, bla, bla, ser­wo­wa­ne w lśnią­cych, ho­lo­gra­ficz­nych pre­zen­ta­cjach.

 

Za­wie­si­łam wzrok na ho­ry­zon­cie wir­tu­al­ne­go oce­anu. – A wiesz, co tam na­praw­dę stwo­rzy­li­śmy, przy­naj­mniej w tych pierw­szych, za­mknię­tych spo­łecz­no­ściach? Prze­ry­so­wa­ną, skon­den­so­wa­ną ka­ry­ka­tu­rę Ziemi. Nasze wady, przy­wa­ry i grze­chy, tyle że przy­pra­wio­ne mniej­szą gra­wi­ta­cją i znacz­nie więk­sze­mu ci­śnie­niu spo­łecz­ne­mu, bez żad­nych wen­ty­li bez­pie­czeń­stwa.

 

Przy­wo­ła­łam w pa­mię­ci starą mak­sy­mę: hi­sto­ria po­wta­rza się naj­pierw jako tra­ge­dia, a potem jako farsa. My tu, na Ziemi, wciąż od­gry­wa­my nasze małe i więk­sze tra­ge­die, pró­bu­je­my z nimi wal­czyć, cza­sem coś na­pra­wia­my.

 

– Oni tam, z na­pu­szo­nym bo­gac­twem, „syn­dro­mem sa­ga­na” i kul­tem sta­tu­su opar­te­go na ziem­skich do­brach, od­sta­wia­ją ko­me­dię po­my­łek na ko­smicz­ną skalę. To kosz­tow­ny spek­takl, opła­ca­ny z na­szych wspól­nych kie­sze­ni.

 

– Ale dla­cze­go tak się dzie­je? – za­py­tał cicho. – My­śla­łem, że izo­la­cja, wspól­ny cel…

 

– Wspól­ny cel? – Wy­krzy­wi­łam usta w gorz­kim uśmie­chu. – Może na po­cząt­ku, w pio­nier­skich cza­sach. Lecz gdy po­ja­wia­ją się za­so­by, wła­dza i po­ku­sa jej nad­uży­cia… wszyst­ko ulega zmia­nie.

 

Tu, na Ziemi, wciąż kon­tro­lu­je­my pewne me­cha­ni­zmy. Media pa­trzą wła­dzy na ręce, ak­ty­wi­ści alar­mu­ją o nie­pra­wi­dło­wo­ściach, a opo­zy­cja wy­ty­ka błędy.

 

– A tam? Za­mknię­ty sys­tem. Her­me­tycz­na bańka, w któ­rej naj­gor­sze in­stynk­ty kwit­ną, pod­sy­ca­ne bez­kar­no­ścią i nie­ogra­ni­czo­ny­mi za­so­ba­mi dla nie­licz­nych. Tam nikt ni­ko­go nie pil­nu­je, skoro wszyst­kich spaja ten sam układ.

 

– Stwo­rzy­li­śmy la­bo­ra­to­rium do ba­da­nia ludz­kiej na­tu­ry w eks­tre­mal­nych wa­run­kach, za­po­mi­na­jąc jed­nak o kon­tro­li nad eks­pe­ry­men­tem. Wy­ni­ki budzą, de­li­kat­nie mó­wiąc, nikły opty­mizm.

 

– Stra­ciw­szy ziem­skie wpły­wy lub sta­nąw­szy w ob­li­czu wy­ga­sa­ją­cych kon­trak­tów, ci „za­słu­że­ni” otwie­ra­li praw­dzi­wy teatr ab­sur­du. Roz­pacz­li­wie szu­ka­li spo­so­bów na prze­dłu­że­nie po­by­tu. Ak­cep­to­wa­li każde upo­ko­rze­nie, byle unik­nąć po­wro­tu.

 

– Bo wi­dzisz… – Po­chy­liw­szy się nad bla­tem, zni­ży­łam głos do szep­tu. – Wielu „lu­mi­na­rzy” księ­ży­co­wej ad­mi­ni­stra­cji czy kor­po­ra­cyj­nych filii nie przy­po­mi­na ge­niu­szy ani wi­zjo­ne­rów. To ra­czej… ze­słań­cy.

 

Uniósł brwi. – Ze­słań­cy? Prze­cież wia­do­mo­ści kar­mi­ły nas wizją naj­lep­szych z naj­lep­szych. Śmie­tan­ka me­ne­dżer­ska Ziemi, elita elit!

 

– Pro­pa­gan­da. – Za­ci­snę­łam zęby, uwal­nia­jąc na­ra­sta­ją­cą iry­ta­cję. – Znasz tytuł mo­je­go szefa? Na­gro­da za spie­przo­ny pro­jekt na Gobi. „Wy­so­ki Ko­mi­sarz Lu­nar­ny ds. Efek­tyw­ne­go Wy­ko­rzy­sta­nia Za­so­bów”. Stwo­rzy­li śmiet­nik dla nie­chcia­nych, któ­rych bali się pu­blicz­nie upo­ko­rzyć. Nada­li im dumne ty­tu­ły i wy­pchnę­li z dala od ziem­skich pro­ble­mów.

 

Po­krę­cił głową. – Brzmi jak czy­sty, po­nu­ry po­li­tycz­ny żart.

 

– Naj­więk­szy żart do­pie­ro nad­cho­dził. Do­się­gnąw­szy ze­ni­tu de­spe­ra­cji i wi­dząc widmo po­wro­tu – a wraz z nim bo­le­snej śmier­ci – wy­my­śla­li kar­ko­łom­ne spo­so­by na prze­dłu­że­nie kon­trak­tów. W opa­rach stra­chu i resz­tek luk­su­so­wej żyw­no­ści spło­dzi­li ten ku­rio­zal­ny plan: „Księ­życ dla wszyst­kich!”.

 

– Ni mniej, ni wię­cej, tylko ogło­sze­nie nie­pod­le­gło­ści. Se­ce­sja od Ziemi.

 

Oparł dło­nie o blat, za­ci­ska­jąc palce na kra­wę­dzi. – Se­ce­sja? – To słowo wy­raź­nie nim wstrzą­snę­ło. – Na ja­kich fun­da­men­tach za­mie­rza­li ją oprzeć? Chyba nie su­ge­ru­jesz, że na­ukow­cy – elita in­te­lek­tu­al­na – ule­gli tej wizji?

 

– Część z nich, nie­ste­ty. Kilku pro­fe­so­rów, paru dy­rek­to­rów. Może uwie­rzy­li w hasła, może li­czy­li na stoł­ki w „Wol­nej Re­pu­bli­ce Księ­ży­co­wej”.

 

– Pań­stwo bez rol­nic­twa? – prych­nę­łam. Przy­wo­ła­łam nasze roz­mo­wy o cy­wi­li­za­cji, o fun­da­men­cie każ­dej z nich: nad­wyż­ce żyw­no­ści. A tam? Nad­wyż­ka po­zo­sta­je mrzon­ką. Każdy gram za­po­trze­bo­wa­nia ge­ne­ru­je de­fi­cyt. Z ja­kiej czę­ści mo­je­go vo­uche­ra pla­no­wa­li wy­kar­mić ad­mi­ni­stra­cję Ja­śnie Oświe­co­ne­go Pre­zy­den­ta? Za­pła­ci­li­by im mi­secz­ką mojej papki biał­ko­wej?

 

Po­gar­da prze­le­wa­ła się przez za­ci­śnię­te zęby – do tych ludzi i ich śmiesz­nej, ża­ło­snej krót­ko­wzrocz­no­ści. – Po­zy­ska­li przy­chyl­ność czę­ści per­so­ne­lu ale wciąż zdra­dza­li fun­da­men­tal­ne de­fi­cy­ty in­te­lek­tu­al­ne.

 

– Jak za­re­ago­wa­ła na to Zie­mia? Do­my­ślam się braku za­chwy­tu.

 

Zy­ski­wa­li na po­pu­lar­no­ści wraz z ideą „Księ­ży­ca dla wszyst­kich”. Gdy tylko wy­pły­nę­ły pierw­sze prze­cie­ki o for­mo­wa­niu „ko­mi­te­tów nie­pod­le­gło­ścio­wych” te­ma­tem za­in­te­re­so­wa­li się po­waż­niej­si gra­cze na Ziemi, na­de­szła na­tych­mia­sto­wa re­ak­cja. Bru­tal­na w swo­jej pro­sto­cie i pie­kiel­nie sku­tecz­na. Wy­star­czy­ło za­blo­ko­wać oso­bi­ste konta kre­dy­to­we tych naj­waż­niej­szych VIP-ów w księ­ży­co­wych sto­łów­kach i sys­te­mach za­opa­trze­nia. Wy­star­czy­ło jedno pstryk­nię­cie pal­ca­mi. Za­koń­czyw­szy im z dnia na dzień kon­trak­ty, Zie­mia uru­cho­mi­ła klau­zu­lę na­tych­mia­sto­we­go po­wro­tu „w celu zło­że­nia wy­ja­śnień”.

 

– Od­cię­li im ko­ry­to?

 

– Do­słow­nie. Kilku li­de­rów tego ruchu nie­pod­le­gło­ścio­we­go bar­dzo grzecz­nie za­pro­szo­no na „pilne kon­sul­ta­cje mię­dzy­pla­ne­tar­ne” na Zie­mię, oczy­wi­ście z bi­le­tem w jedną stro­nę, bez moż­li­wo­ści po­wro­tu. Nie­pod­le­głość Księ­ży­ca skoń­czy­ła się szyb­ciej, niż się na dobre za­czę­ła. Cały po­pie­ra­ją­cy ich per­so­nel nagle, w cu­dow­ny spo­sób, od­zy­skał apo­li­tycz­ność i lo­jal­ność wobec Ziemi. Nie trze­ba było żad­nych im­pe­rial­nych pan­cer­ni­ków, żad­nych de­san­tów. Wy­star­czył pro­sty, eko­no­micz­ny pokaz siły.

 

– A wiesz, że na Ziemi to wszyst­ko prze­szło prak­tycz­nie nie­zau­wa­żo­ne? Przy­naj­mniej ja sobie nie przy­po­mi­nam ja­kiej­kol­wiek więk­szej wzmian­ki w me­diach. Cisza. Praw­dzi­wa kontr­re­wo­lu­cja w bia­łych rę­ka­wicz­kach.

 

– Jaka tam znowu kontr­re­wo­lu­cja? Ofi­cjal­nie to był po pro­stu ko­niec pew­nych ka­den­cji, na­tu­ral­ne wy­ga­śnię­cie kon­trak­tów. Wszyst­ko od­by­ło się nie­na­gan­nie, zgod­nie z li­te­rą prawa, pod­pi­sa­ny­mi umo­wa­mi i świę­ty­mi re­gu­ła­mi de­mo­kra­cji mię­dzy­pla­ne­tar­nej. Nikt prze­cież ni­ko­go siłą nie usu­wał ze sta­no­wisk. Sami, z wła­snej woli, grzecz­nie wra­ca­li na Zie­mię na „pilne kon­sul­ta­cje", z któ­rych, dziw­nym tra­fem, już nie wra­ca­li na swoje księ­ży­co­we po­sa­dy z po­wo­dów zdro­wot­nych, co aku­rat było praw­dą. Czy­sta pro­ce­du­ra. Cza­sem naj­sku­tecz­niej­sza broń to nie laser, a po pro­stu do­brze sfor­mu­ło­wa­ny aneks do umowy i od­cię­cie od lo­dów­ki.

 

Śmia­li­śmy się jesz­cze przez chwi­lę z tej po­nu­rej kon­sta­ta­cji. Ko­ją­cy szum oce­anu zda­wał się na chwi­lę mniej idyl­licz­ny.

 

Zer­k­nął na mój ta­lerz. Bur­ger był le­d­wie nad­gry­zio­ny, obok sty­gła góra fry­tek.

 

– Nie mo­że­my po­zwo­lić, żeby tyle pysz­no­ści się zmar­no­wa­ło – po­wie­dział z tro­ską, ale i z lek­kim roz­ba­wie­niem w gło­sie. – Zwłasz­cza, że sama mó­wi­łaś, że bę­dziesz mu­sia­ła teraz nad­ra­biać ka­lo­rie i roz­py­chać żo­łą­dek.

 

Prze­su­nął ta­lerz na śro­dek blatu. Stół na chwi­lę znów stał się in­te­rak­tyw­ny, wy­świe­tla­jąc kilka dys­kret­nych opcji. Bez wa­ha­nia wy­brał tę ozna­czo­ną sty­li­zo­wa­nym logo przy­po­mi­na­ją­cym te­le­por­tu­ją­cą się czą­stecz­kę i na­pi­sem: „Do­sta­wa do domu”.

 

Blat pod dło­nią za­drżał – le­d­wie wy­czu­wal­nie. Me­ta­licz­ne ra­mio­na wy­su­nę­ły się z gład­kiej po­wierzch­ni i z pre­cy­zją zło­ży­ły wokół mo­je­go nie­do­je­dzo­ne­go po­sił­ku ele­ganc­ki, sre­brzy­sty kon­te­ner. Po chwi­li kon­te­ner z ci­chym sy­kiem znik­nął w otwo­rze, który po­ja­wił się w bla­cie, a ten znów stał się ide­al­nie gład­ki.

 

Przy­glą­da­łam się szyb­kim, pre­cy­zyj­nym ru­chom.

– I co teraz? To na­praw­dę dzia­ła? Do­je­my to w miesz­ka­niu? Jak?

– Od nie­daw­na mamy w miesz­ka­niu ter­mi­nal „Geo­duk­tu”. To szyb­ko roz­wi­ja­na usłu­ga w mie­ście.

 

– To nie­sa­mo­wi­te, ale też… po­ten­cjal­nie prze­ra­ża­ją­ce. Jeśli wszyst­ko można mieć na ski­nie­nie, jeśli za­spo­ko­je­nie każ­dej za­chcian­ki ku­li­nar­nej jest tak pro­ste i tanie, to po co w ogóle ru­szać się z miesz­ka­nia? Po co sa­me­mu go­to­wać, spo­ty­kać się z ludź­mi w re­stau­ra­cjach, jeśli można mieć to wszyst­ko w do­mo­wym za­ci­szu, bez wy­sił­ku?

 

Księ­ży­co­we do­świad­cze­nia same po­łą­czy­ły krop­ki w gło­wie. Brak ruchu, nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do ła­twych ka­lo­rii. Zimny dreszcz prze­biegł mi po ple­cach. To prze­cież pro­sta droga do tego sa­me­go kosz­ma­ru, który zo­sta­wi­łam na Księ­ży­cu. Ziem­ska wer­sja „syn­dro­mu sa­ga­na”, tylko wy­wo­ła­na nie przez niską gra­wi­ta­cję i spe­cy­ficz­ne wa­run­ki me­ta­bo­licz­ne, a przez wszech­ogar­nia­ją­cą wy­go­dę i ku­szą­cy nad­miar.

Nie­wia­ry­god­ne.

– A teraz – podał mi dłoń – chodź­my. Czeka nas jesz­cze cały wie­czór i całe życie na Ziemi.

Wsu­nę­łam dłoń w jego palce. Gdy drzwi ka­bi­ny za­mknę­ły się za nami, ho­lo­gra­ficz­ny ocean zgasł w mil­cze­niu. Na ze­wnątrz – praw­dzi­wy gwar ulicy, praw­dzi­wa wil­goć na skó­rze.

– Bur­ger po­cze­ka – po­wie­dział cicho.

Ski­nę­łam. Tym razem bez ob­li­cza­nia ka­lo­rii.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania