Dzień (cd4)
Nagle przed oczami przeleciały mu obrazy. Uliczki pełne dzieci, pasy przez jezdnię, którą jechał. Powiązały się z myślami ubranymi w skórzano-stalowe zbroje. Szeptały mu do ucha, pytały, czy pamięta, jak ruszał spod domu, jak minął te wszystkie skrzyżowania, czy zwolnił, czy był ostrożny.
Czy był świadomy? Tak, czy był świadomy?
Oczami wyobraźni zobaczył coś na poboczu. Czy to plecak? A może to... Pojawił się strach.
Na rondzie zawrócił. Te trzy kilometry, które przed chwilą przejechał poza czasem, teraz stały się drogą krzyżową. Jej kolejne stacje, rzeźbione w wyobraźni, pojawiały się między pniami klonów rosnących na poboczu. Czas rozciągał się jak droga, którą musiał teraz przebyć jeszcze raz.
Niepotrzebnie. Wszystko było w porządku.
Spóźnialscy biegli jeszcze w kierunku szkoły. Pan ze znakiem szykował się do opuszczenia posterunku. Witał się z Zosią, która właśnie wychodziła do pracy. Pracowała niemal naprzeciwko domu, mogła zatem wychodzić tuż przed ósmą rano. Tego dnia wyszła nieco wcześniej. Chciała wydrukować coś u siebie w pracowni, zanim przyjdą pozostali pracownicy.
Zobaczyła Tobiasza.
Zapomniał czegoś — pomyślała. Pewnie skierowania.
Tobiasz zatrzymał auto pod domem i zauważył, że wcale nie zamierza powiedzieć, co tutaj robi. On zamierza skłamać. Nie postanowił tego, to było po prostu postanowione. Gdyby tego nie zauważył, to nie pomyślałby nawet, że jest w tym coś złego.
O nie!
Oburzył się w sobie i od razu po wyjściu z pojazdu oznajmił Zosi, że wrócił, ponieważ ocknął się w połowie ronda i przyjechał, żeby zobaczyć, czy nie przejechał żadnych dzieci, pana ze znakiem i w ogóle, czy nie ma tutaj krwi i krzyczących matek…
— Jesteś stuknięty — przerwała mu.
— Idę, pa, a skierowanie leży w jadalni na stole.
— Poczekaj. — Zatrzymał ją, chwytając za ramię. — Jak ma na imię pan ze znakiem?
— Mietek przecież, no co ty.
— No tak, zapomniałem.
— Pamiętaj, że mam zajęcia i nie zasyf auta.
Rzuciła jeszcze, zstępując z krawężnika na pasy.
W wyobraźni Tobiasza postać w niebieskiej tunice, szytej złotą nicią, upadła pod krzyż. Na górnej belce widniał napis „zapomniałem”.
Kolejny raz automatycznie skłamał, bez zastanowienia, bez planu, bez potrzeby. Chciał krzyknąć za Zosią, naprawić to, podnieść tę postać, ale jej plecy znikały właśnie w drzwiach po drugiej stronie ulicy.
Tobiasz przekręcił klucze w zamku i wszedł do domu.
Skłamał ponownie, skłamał czynem. Wszedł do domu, po co? Po skierowanie? Przecież ma je w samochodzie. Wszedł, bo musiał wejść, żeby sytuacja pasowała do przypuszczeń Zosi.
Ale zaraz, przecież on tego wcale nie planował. Przecież on nie chciał skłamać! To znowu się stało, po prostu się stało pomimo jego oporu, pomimo chęci odzyskania kontroli.
Pokrętła, pieprzone pokrętła.
Usiadł w kuchni i „skamieniał”. Nie myślał o niczym, patrzył na podłogę. Oczy skierowane na kafle były ślepe.
Nie działo się w nim zupełnie nic.
Zapadał się w głąb siebie i, mijając srebrne, błyskające monety, lecąc przez swoją skrzynię skarbów, zanurzał się coraz głębiej i głębiej, w gęstwinę czerni jej bezkresnego dna. Powieki opadły, oddech zwolnił.
Już nie było go w kuchni, nie było go nigdzie.
Kotka spała w garderobie. Do tej chwili udeptana pieczołowicie wieczorem kupka świeżego prania była zbyt atrakcyjna, by ją opuszczać. Wstała jednak, przeciągając wcześniej łapy i wyginając się w łuk.
Tobiasz nie słyszał miękkiego stuknięcia o deski, kiedy zeskoczyła z półki, ani rytmicznego stukania po schodach. Usłyszał dopiero miauczenie.
Było ono krzyżówką płaczu małego dziecka i dźwięku szkła ciętego ręcznym narzędziem.
To wystarczyło, żeby powieki podniosły się.
Na wprost krzyczał wyświetlacz piekarnika: „jest ósma dwadzieścia”, a o łydki ocierała się kocica.
Pół godziny.
Gdzie byłem przez te pół godziny?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania