Dzień (cd6)
Liście, porwane nagłym podmuchem, wpadły w przesmyk między budynkami. Wiatr zakręcił nimi tuż przed nim, a potem rzucił je pod jego stopy. Patrzył, jak tańczą, jak przez chwilę poddają się niewidzialnej sile, by zaraz znów wyrwać się z jej uścisku. Słyszał ich suchy szelest.
Otworzył drzwi samochodu.
I wtedy wszystko się zmieniło.
Nie ucichło. Po prostu przestało należeć do niego. Jakby ktoś nagle zmienił dyrygenta i batutą wskazał inne instrumenty. Z całego świata zostały wybrane pojedyncze dźwięki: trzask zamykanych drzwi gdzieś na ulicy, odległa rozmowa, przejeżdżający samochód. Reszta odsunęła się poza granicę słyszalności. Zniknęło również ciało — jego ciężar, napięcie mięśni, dotyk ubrania. Pozostał tylko chłód jesiennego powietrza.
A potem wróciły one.
Całe zastępy.
Dwie armie, które od dawna czekały na rozkaz. Ruszyły naprzeciw siebie, pędząc ku środkowi jego głowy. Białe szeregi zajęły wzgórza po prawej stronie jego świadomości. Smukłe konie, niemal przezroczyste w swoim blasku, niosły myśli odziane w białe tuniki i skrzydła o śnieżnym pierzu. Szeptały o tym, co wciąż można odnaleźć. Podsuwały obrazy, ślady, drobne znaki, których wcześniej nie dostrzegał. Przekonywały, że skoro czegoś szuka, nie może jeszcze wiedzieć, że przepadło. Kazały mu patrzeć uważniej, wracać pamięcią, próbować raz jeszcze.
Po drugiej stronie pojawiły się czarne sylwetki. Niższe, cięższe, kosmate. Ich wierzchowce rzucały pianę z pysków, parskały i grzebały kopytami, jakby sama ziemia nie mogła ich powstrzymać. Niosły myśli o stracie. Nie pozwalały zapomnieć, co zostało zabrane. Przypominały każdą chwilę, w której coś znikało bezpowrotnie, każde słowo, którego nie dało się już cofnąć. Straszyły pustką. Dowodziły, że to, czego szuka, już nie istnieje; że przepadło dawno temu i że żadna pamięć, żaden powrót ani żadne poszukiwanie tego nie zmienią.
Krzyk. Rżenie. Łopot skrzydeł.
Białe nacierały, podsuwając nadzieję i każąc mu szukać.
Czarne odpowiadały, pokazując mu stratę i powtarzając, że nie ma już czego szukać.
A im dłużej patrzył, tym bardziej miał wrażenie, że obie armie walczą nie o zwycięstwo, lecz o jego uwagę — o to, w co uwierzy.
Tobiasz usiadł za kierownicą i rozejrzał się po wnętrzu samochodu. Szukał tamtej głębi, która jeszcze przed chwilą była wszędzie — w liściach, w powietrzu, w dźwiękach, w każdej drobinie świata.
Nie znalazł jej.
Przenosił wzrok z deski rozdzielczej na szybę, z szyby na podwórko. Nasłuchiwał. Próbował wyłowić szelest liści, oddech wiatru, najdrobniejszy ślad tamtego świata. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu odnaleźć przejście, przez które przed chwilą przeszedł.
Nic.
Świat znów był płaski.
Zwyczajny.
I właśnie ta zwyczajność zaczęła go przerażać.
Czy to naprawdę było?
A jeśli tak — co właściwie było prawdziwe?
Tęsknisz? — zapytał sam siebie.
Odpowiedź przyszła natychmiast.
Tak, już tęsknił. Za czymś, czego jeszcze przed chwilą nie potrafił nawet nazwać. Jakby na moment uniesiono przed nim zasłonę i pozwolono zobaczyć coś, co zawsze było tuż obok, lecz pozostawało niewidoczne. Teraz zasłona opadła. I nie chciała się podnieść.
Tracę rozum.
Ta myśl nie przestraszyła go tak bardzo, jak powinna. Bardziej zasmuciła.
Przekręcił kluczyk.
Silnik zakaszlał, zachwiał się na pierwszym oddechu, po czym złapał równy rytm i zaczął cicho mruczeć.
— Zanim pan odjedzie...
Tobiasz przekręcił głowę.
Na miejscu pasażera siedział starszy mężczyzna. Spokojnie, jakby był tam od zawsze. Ciemny, trochę za duży płaszcz, dłonie złożone na kolanach. Wyglądał niemal zwyczajnie. Tylko uśmiech nie pasował do reszty. Był zbyt szeroki, zbyt pewny siebie, jakby staruszek wiedział o czymś, o czym Tobiasz dopiero miał się dowiedzieć.
Nie przestraszył się. Po tym wszystkim, co w ciągu ostatniej godziny przepływało przez jego otoczenie, strach najwyraźniej miał już dosyć.
— Kim pan jest? — zapytał.
— A kim chciałby pan, żebym był?
— Nikim.
Staruszek pokiwał głową z uznaniem.
— Dobrze. W takim razie niech będzie: Niki.
Uśmiechnął się szerzej.
— To miało mnie rozśmieszyć?
— Miało.
— Nie wyszło.
— Zauważyłem. Nie jest pan dziś w najlepszej formie.
Tobiasz przyjrzał mu się uważnie.
— Widzę, że postanowił pan być ostrożny.
— Z czym?
— Ze mną.
— Dlaczego pan tak uważa?
— Nie zapytał pan, kim jestem.
Tobiasz otworzył usta, ale po chwili je zamknął.
— No właśnie — powiedział staruszek. — Poza tym widzę to.
— Co pan widzi?
— Że nie wie pan, o co pytać.
Tobiasz odwrócił wzrok. Rzeczywiście. Nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy.
— No i...
— No i?
— No i dlatego pan we mnie nie wierzy.
— Nie wierzę?
— Wcale.
— I to dobrze?
— Bardzo dobrze.
Staruszek spojrzał pod nogi, jakby dopiero teraz coś zauważył.
— Ależ ma pan tutaj brudno.
Tobiasz zerknął na podłogę.
— Co?
— Mucha.
Na szybie, tuż przy desce rozdzielczej, krążył niewielki owad. Staruszek śledził go wzrokiem z rozbawieniem.
— Ma pan tu muchy. Zosi się to nie spodoba.
Tobiasz popatrzył na niego.
— Skąd pan zna Zosię?
— Nie znam.
— To dlaczego pan o niej mówi?
— Bo pan ją zna.
— To bez sensu.
— Owszem.
Staruszek uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Ale przynajmniej mucha jest prawdziwa.
Tobiasz spojrzał na szybę. Owad przysiadł na chwilę, po czym znów poderwał się do lotu.
Staruszek parsknął śmiechem.
— No, może.
Po chwili spojrzał na Tobiasza.
— Pańscy sąsiedzi też we mnie nie wierzą.
Tobiasz zmarszczył brwi.
— A mimo to pan ze mną rozmawia.
Staruszek parsknął śmiechem.
— Niech pan jedzie.
— Dokąd?
— Przed siebie wystarczy.
Tobiasz przekręcił kluczyk.
— Chyba może pan prowadzić? — zapytał staruszek.
— Mogę.
Staruszek roześmiał się głośniej.
— I znowu się pan nabrał.
Tobiasz zatrzymał rękę na kluczyku.
— Na co?
— Na mnie.
— Co w tym zabawnego?
— Nic. Ale odpowiada pan tak grzecznie, że aż szkoda tego nie wykorzystać.
Tobiasz westchnął.
— Niech pan jedzie — powiedział staruszek. — I niech pan już nie odpowiada.
— Dlaczego?
— Bo i tak słyszę.
Tobiasz spojrzał na niego.
Nie powiedział nic.
— Czyżby? — pomyślał.
— Tak, tak — odpowiedział staruszek.
Głos nie dobiegł z fotela. Rozległ się w jego głowie.
Tobiasz znieruchomiał.
— Więc kim pan jest? — pomyślał.
— Tym samym co pan.
— To znaczy?
— Tym samym.
— Nie rozumiem.
— To akurat rozumiem ja.
Staruszek uśmiechnął się do szyby.
— Różnica między nami jest wymyślona.
Tobiasz milczał przez chwilę.
— Jak na razie to pan jest dla mnie wymyślony.
— Ma pan rację.
— Więc?
— Więc jestem wymyślony tak samo jak pan.
— Przez kogo?
— O, widzę, że od razu chce pan znaleźć autora.
— A jest jakiś?
— A jest pan?
Tobiasz spojrzał na swoje dłonie.
— Jestem.
— Skąd pan wie?
Nie odpowiedział.
— Właśnie — mruknął staruszek. — Niech pan nie szuka za daleko.
Tobiasz milczał.
— To, co nazywa pan sobą, też mogłoby być inne. A jednak jest takie, jakie jest. Nauczył się pan siebie. I bardzo się pan do tego przyzwyczaił.
— Ale ja nie czuję się wymyślony.
Myśl Tobiasza rozpędziła się. Chciał uchwycić sens tych słów, rozebrać je na części, znaleźć miejsce, w którym absurd zamieni się w coś zrozumiałego.
Nie znalazł.
Myśl zwolniła.
Stanęła.
Zniknęła.
Staruszek zachichotał.
— No widzi pan.
— Co?
— Teraz pan widzi.
— A przedtem?
— Przedtem pan wiedział.
Tobiasz spojrzał na niego z niepokojem.
— Czy pan sprzed chwili jest tym samym panem co teraz?
— Oczywiście.
— Przecież pan był.
— Nie pytam, czy pan był. Pytam, czy pan jest.
Tobiasz milczał.
— Widzi pan różnicę?
— Widzę.
— Wiedziałem.
Staruszek rozparł się wygodniej.
— Szybko pan się oducza. Jest pan pojętnym uczniem.
— Oduczam?
— A jakże.
— Czego?
— Tego, czego się pan nauczył.
— Nie powiedział mi pan niczego nowego.
— Właśnie dlatego.
— Nie rozumiem.
— Czy powiedziałem panu coś, czego pan wcześniej nie wiedział?
Tobiasz pokręcił głową.
— No właśnie. Nie powiedziałem. Tylko przestał pan wierzyć w coś, w co wierzył pan przed chwilą.
Tobiasz przez moment patrzył przed siebie.
— No tak.
— No więc właśnie.
Staruszek uśmiechnął się z satysfakcją.
— A teraz jedziemy. Czeka nas urolog.
Tobiasz zesztywniał.
— Dlaczego pan to robi?
— Co?
— Dręczy mnie pan.
— Żeby był pan szczęśliwy.
— To ma mnie uszczęśliwić?
— Nie od razu.
Staruszek spojrzał przed siebie.
— Ja też kiedyś byłem szczęśliwy.
— Kiedyś?
— No właśnie.
Tobiasz popatrzył na niego.
— Tego się, widzę, jeszcze pan nie oduczył.
— Czego?
— Przekonania, że wie pan, czym jest szczęście.
Tobiasz nic nie odpowiedział.
— Ale spokojnie — ciągnął staruszek. — Jak na jeden poranek zrobił pan już całkiem sporo. Nie ma co przesadzać. Jeszcze badanie przed nami
— Mnie czeka — pomyślał Tobiasz.
— Nas czeka.
Tym razem w głosie staruszka nie było śmiechu.
— Dlaczego mówi pan „nas”?
Staruszek spojrzał na niego.
— „Cóżeście uczynili jednemu z braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.
Tobiasz skrzywił się.
— Teraz to pan przesadził. Sugeruje pan...
— Niczego nie sugeruję.
Uśmiechnął się po swojemu. Szyderczo, a jednak dobrodusznie.
— Po prostu za mało się jeszcze oduczyłeś, żeby to zrozumieć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania