Dzień (cd5)
Ponownie przemknęła mu przez głowę myśl: to musi być sen.
Chciał, by to był sen, ale ta chęć nagle osłabła, zaczęła się kurczyć. Ten poranek był jednocześnie straszny i pociągający. Przerażał obłędem, wskazywał to, czego nie chciał widzieć, ale oświetlał również to, co dotąd pozostawało niedostrzegane.
To było pociągające.
Czy jestem gotów zapłacić obłędem za muchę? Czy to pytanie jest bardziej absurdalne niż niewinne, błahe kłamstwa? Bardziej absurdalne niż życie kierowane pokrętłami?
Mucha nie wydostała się z samochodu. Rozciągał się przed nią ciemnoszary, imitujący skórę płaskowyż. Sztuczny, plastikowy, a jednak pełen niespodzianek. Ciepły wiatr nawiewu ustał, pozwalając jej na dalszą eksplorację. Nie zastanawiała się, czy płaskowyż jest prawdziwy ani dokąd prowadzi. Po prostu szła przed siebie.
Tobiasz jednak próbował odpowiedzieć sobie na pytanie:
Czy w świadomym śnie jestem świadomy snu, czy w ogóle jestem świadomy?
Głupia, myląca nazwa. Nie zasługuje na „św.”. Powinien zostać „wiadomy sen”.
Jaki byłem w tej pustce? Przez te trzydzieści minut. Musiałem być... żaden?
Tobiasz postanowił wyruszyć w drogę do miejsca, przez które każdy przechodzi, nie patrząc. Miejsca, które zawsze jest drogą, nigdy celem.
Zwykłego, niezwykłego dnia.
Musiał zobaczyć, przeżyć naprawdę, dowiedzieć się, czym jest jego dzień, jego życie, on sam. Pozbyć się jakoś robota, armii myśli, pokręteł i zobaczyć, co pozostanie.
Co i czy pozostanie.
W tej chwili nie czuł ich obecności. Jakby ciało, dotąd przezroczyste i milczące, nagle wysunęło się na pierwszy plan.
Najpierw odezwało się mrowienie skóry na stopie, dokładnie w miejscu, w którym źle ułożony szew wbijał się od środka w materiał skarpety. Potem poczuł spodnie. Nie tyle ich dotyk na skórze ud, ile delikatne tarcie o włosy — ledwie zauważalne, a jednak wyraźne.
Ciężar kaptura i kurtki opierających się na plecach. Lekkie pociąganie przy ramionach. Chłód nagiej głowy. Obrączkę na palcu prawej ręki.
Suchość skóry, jakby cienka warstwa wilgoci, która zwykle oddziela człowieka od świata, nagle zniknęła.
Słyszał własny oddech. Czuł krew przepływającą pod skórą i rytm serca, choć nie potrafił wskazać miejsca, z którego dobiegało pulsowanie. Gdzieś nisko, przy pachwinach, ciało miało swój osobny, głuchy rytm.
Ciężar całej sylwetki zbierał się w stopach, w nacisku pięt i podeszew na wkładki butów.
Podniósł rękę z kluczem.
Nawet ten ruch miał swój ciężar. Mięśnie przedramienia napięły się pod skórą, rękaw przesunął się po nadgarstku, a materiał kurtki zatrzymał na chwilę ruch ramienia.
Klucz był zimny.
Zwyczajny.
Tak zwyczajny, że przez moment wydał mu się czymś ważniejszym, niż powinien.
Klucz do dnia.
Wsunął go w zamek.
Metal zazgrzytał cicho. Okrągła tarcza zamka, której nigdy wcześniej naprawdę nie oglądał, miała drobny, niemal przypadkowy wzór wokół otworu. Patrzył na niego przez chwilę, jakby próbował zapamiętać układ rys, choć wiedział, że jutro nie będzie miał już żadnego znaczenia.
Obrócił klucz.
Poczuł napięcie ścięgien po wewnętrznej stronie przedramienia, skórę naciągającą się na wierzchu nadgarstka i przy czubku łokcia.
Dom został zamknięty.
Odwrócił się.
Pięć kroków.
Każdy miał inną powierzchnię, inną odpowiedź.
Pierwszy zatrzymał stopę na twardej, chłodnej granitowej płycie. Drugi wszedł w trawę. Trzeci również, lecz ziemia pod nim ustąpiła trochę inaczej — miękko, nierówno. Czwarty zapadł się w grząski piach, który przyjął podeszwę i przez moment ją trzymał, zanim wypuścił. Piąty trafił na ubitą ziemię, lekko sprężystą, jakby pod cienką warstwą twardej powierzchni coś jeszcze żyło.
Pięć kroków.
Tyle dzieliło dom od samochodu.
Wiatr wpadał dołem pod nogawki. Zimne powietrze przesuwało się wzdłuż łydek, wspinało wyżej i niemal sięgało kolan. Poczuł je wyraźnie, jak dotyk czegoś niewidzialnego, co znało kształt jego nóg lepiej od niego samego.
Tobiasz był całkowicie pochłonięty światem.
Nie tym wielkim, o którym mówiło się z powagą, wymieniając jego historię, wojny, ludzi i miejsca.
Światem, który w tej chwili otaczał go ze wszystkich stron i nieustannie domagał się jego uwagi.
Tysiące bodźców.
Może jeszcze więcej.
W każdej sekundzie świat coś mu dawał, a on, zajęty sobą, przechodził obok tego niemal zupełnie nieświadomy.
Pomyślał, że każdy z tych drobiazgów jest skarbem. Nie dlatego, że jest niezwykły. Właśnie przeciwnie.
Ich wartość ukrywała się w tym, że były zawsze. Tak blisko i tak nieprzerwanie, że przestał je dostrzegać.
Trzeba chyba oślepnąć, żeby naprawdę zrozumieć, czym jest widzenie. Ogłuchnąć, żeby pojąć, że dźwięk czyjegoś głosu, szum liści albo skrzypnięcie metalu mogą być czymś więcej niż tylko tłem.
Stracić władzę nad własnym ciałem, żeby odkryć wartość najmniejszego ruchu, delikatnego muśnięcia skóry, nawet muchy chodzącej po dłoni — tak lekkiej, że zwykle odganiał ją z irytacją.
I wtedy pomyślał o Bogu.
Nagle wydało mu się, że Bóg musi być od świata dalej niż ktokolwiek.
Nie dlatego, że znajduje się ponad nim.
Dlatego, że jest wszystkim.
Cóż może zobaczyć ten, który zna każdy możliwy obraz, zanim jeszcze pojawi się przed jego oczami? Czego może słuchać ten, dla którego nie istnieje dźwięk nieznany ani cisza, której wcześniej nie poznał? Czego może doświadczyć ten, przed którym nie ma niczego, co nie byłoby już w nim zawarte?
Pełnia.
Nieskończona wiedza.
Majestat.
Może właśnie dlatego stworzył świat.
Nie po to, żeby miał nad czym panować. Nie po to, żeby udowodnić swoją wielkość.
Stworzył go, żeby móc go kochać.
W każdej najmniejszej części.
W świetle. W głosie drugiego człowieka. W bólu i zachwycie. W strachu. W miłości. W najdrobniejszym dotknięciu, które przez krótką chwilę pozwalało Tobiaszowi poczuć, że poza nim istnieje jeszcze ktoś.
Może właśnie dlatego stworzył ludzi.
Żeby patrzyli.
Słuchali.
Czuli.
Żeby świat, którego pełnię znał od zawsze, mógł wydarzać się dla Tobiasza po raz pierwszy.
I może właśnie w tym kryło się coś, czego wcześniej nie rozumiał. Że nie musiał dokonywać wielkich rzeczy, żeby uczestniczyć w czymś większym od siebie.
Może wystarczało naprawdę być.
Nie przeoczyć drugiego człowieka.
Nie odwrócić wzroku.
Nie przejść obok czyjegoś bólu tylko dlatego, że był mały, cichy i niewygodny.
Przypomniał sobie nagle sens zasłyszanych kiedyś słów — że wszystko, co robił dla tych najmniejszych, najłatwiejszych do pominięcia, nie znika. Że pozostaje gdzieś, nawet jeśli nikt tego nie zauważył i nikt mu za to nie podziękował.
A może chodziło o coś jeszcze prostszego.
O to, żeby nie zmarnował tego, co zostało mu dane.
Każdej chwili.
Każdego spojrzenia.
Każdego człowieka.
Ta myśl przyszła do niego niespodziewanie, a zaraz za nią następna, równie dziwna.
Jakby ktoś, kto przez całe życie patrzył na świat zbyt surowo, nagle usłyszał, że może mu zostać wybaczone.
Nie wiedział, co właściwie miałoby zostać mu wybaczone.
Może wszystko.
Może samo to, że nie zawsze potrafił żyć tak, jak powinien.
A może nie chodziło o wybaczenie.
Może o dobrą wiadomość, której nigdy wcześniej nie chciał usłyszeć, bo wydawała mu się zbyt prosta.
Żyj.
Patrz.
Czuj.
I ciesz się, że możesz.
Powinien był się z tego śmiać.
A jednak się nie śmiał.
Gdyby ktoś zapytał go teraz, co właściwie czuje, najbliższe prawdy byłoby chyba zdziwienie.
Zdumienie tym, że oto czuje się człowiekiem wierzącym.
Nie wiedział nawet, kiedy to się stało. Może właśnie teraz. Może przed chwilą. A może było w nim od dawna, tylko przykryte wszystkim, co wydawało się ważniejsze.
I nagle ogarnęło go poczucie, że nie musi już wszystkiego rozumieć.
Jakby przez całe życie szedł przed siebie, przekonany, że sam wybiera drogę, a teraz po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl, że może nie jest na niej zupełnie sam.
Nie poczuł niczego niezwykłego. Żadnego znaku, głosu ani nagłego olśnienia.
Tylko dziwny spokój.
Jakby ktoś, kto od dawna stał obok, położył mu na chwilę dłoń między łopatkami i bez słowa pozwolił iść dalej.
Nie popychał.
Nie ciągnął.
Po prostu był.
Komentarze (2)
Prawie jakby dla mnie; też mam bule ramienia; to stare sprawy a jednak napierdalją w rzeczywistym czasie😆
Komentarz udany, z humorem tylko te u
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania