Poprzednie częściSpektakularion (początek powieści)

Spektakularion (drugi fragment)

Smutno i coraz bardziej gorzko, wracają wspomnienia wszystkich przeżytych niepowodzeń, przypałów, pod czaszkę pchają się tyleż parszywe, co groteskowe obrazy. Ścierwo w sepii, polukrowana padlina.

Mam do przejechania kilkanaście kilometrów. Dwie i pół wsi dzieli mnie od domu Anety. Wybawicielki.

Troszkę przydużo. Jadę powoli, wiadomo - na kacu nie naśpieszysz. Nachodzą całe hektary, megabajty, kilowatogodziny przemyśleń.

Mijam zawaloną chałupę Pietczychy i wracają głupio-złe, w zasadzie żenujące wspomnienia. Stara, pół-głucha, czepna starucha, jakby żywcem przeniesiona z kart bajki o Babie Jadze. Przygarbione, kuśtykające o lasce wiedźmisko, któremu w szczeniackim odwecie wysprejowałem wszystkie szyby w chacie (wcześniej - niepotrzebnie chciałem być dobry, mały Krzysio-idealista postanowił, wracając do domu, podnieść cholerny znak drogowi, za co spotkał go niesłuszny opierdol, ale o tym później).

Dalej: przypominam sobie, mimo woli, gnębiących mnie w podstawówce nauczycieli, wygrzebuję z pamięci najgorsze chwile. Paskudne uczucie, jakbym bełtał kijem w szambie w poszukiwaniu zgubionego tam... zegarka? Potrfela? Nieważne.

Dalej: emanujące czernidłem oczodołów, ziejące czeluściami wybitych szyby ruiny Willi Cyganki, zajazdopodobnego karczmo-burdeliku, który splajtował w połowie lat dwutysięcznych.

Prowadzony przez autentycznych Cyganów przybytek, istna mekka lokalnego półświatka, cholernie kiczowaty dom uciech, gdzie na kopulantissimo zjeżdżali się ochraniani przez wytatuowanych "karków" mafiozi, zakończył działalność bodajże w dwa tysiące piątym.

Niepilnowany "Biały Dom" szybko przyciągnął hordy złodziei i dewastatorów, sprejujących co się da szczeniaków, w krótkim czasie zmienił się w gorzej, niż ruinę. Całymi tonami wywożono złom, wyrwane ze ścian kable, sedesy, bidety, pisuary, drzwi razem z futrynami (miała miejsce istna rywalizacja łobuzów, wyścig - kto pierwszy dopadnie klopa, plastikowe okno - bezmyślni wandale, czy poczciwi amatorzy cudzej własności, w zasadzie ocalający tęże własność przed zniszczeniem).

Odrywano ze ścian glazurę, z podłóg - terrakotę i panele, sprzed budynku - kostkę Bauma. Zniknęła nawet gipsowo-siatkobetonowa fontanna zwieńczona posążkiem zatrzymanej w tańcu, kręcącej w miejscu piruety Pallas Ateny.

Czego nie zdołano wynieść - rozbito, na kolorowo quasi-graffiti, zaśmiecono flaszkami po piwie i służących za zapojkę tanich oranżadach, energetykach, opluto i obszczano. Na podziurawionych ścianach pojawiły się ledwie czytelne, szumne hasła ("Nienawiść do policji - tak nas wychowano", "Braci się nie traci"), ksywki piszących je małolatów, okołohiphopowe, niedokładne cytaty z takich tuzów tekściarstwa, jak Słoń, Fisz, czy Sokół, gdzieniegdzie wykwitły pieczołowicie napacykowane japy postaci z komiksów i bajek: pojawił się nieco zezowaty Iron Man, Batman w lekko wypłowiałej masce i Drakula o krzywych, stoczonych przez próchnicę kłach.

Średnio dwa razy do roku - niezmiennie w porze wakacyjnej - grożące zawaleniem zwłoki Willi Cyganki, za sprawą imprezującej w niej smarkaterii, stają w płomieniach. Na ogół nie są to groźne pożary: a to kupa śmieci się skopci, a to nadtlą resztki obdartego z blachy dachu, ktoś rzuci kiepa na stertę siakichś łachmanów-nie łachmanów, czy zapaskudzoną wersalkę, a to inny, nawalony w trupa, niesiony alko-fantazją wyrostek postanowi podpalić postanowi podpalić resztki połamanych kolumn estradowych, czy innej grajmaszyny.

Płomienie przez paręnaście minut poliżą wnętrze rudery, osmolą resztki kolumienek, plafonów, czy innych, kiczowatych do bólu antyozdób, przyjedzie straż pożarna, ugasi ognicho - i wszystko jest po staremu: porzucony przez właścicieli lokal z każdym rokiem zapada się coraz bardziej. Tylko patrzeć, jak złoży się, niczym domek z kart, zawali na łeb któremuś z balujących tam nastolatków.

...na wsi różnie mówią o powodach tego opuszczenia. Że nie długi, żadna plajta, komornik - a na pewno w grę wchodziły wzajemne, dragowskie rozliczenia pomiędzy gangusami i oczywiście trup. Zapewne - niejeden. Oj, zginęło się paru "biznesmenom" przez swoja szemraninę, machloje, od lat użyźniają (czy może raczej - zatruwają?) glebę, resztki ich mięsa gniją miło i radośnie pod lasem, zakopane bezimiennie, jak padlina psów.

Za tym musi się kryć naprawdę straszna, wręcz nie mieszcząca się nam, pospolitaczkom w nieskomplikowanych główkach, historia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawia na pastwę pleśni, szabrowników, wandali, mienia za grube miliony zeta. Stało się tam Coś przez wielkie C, jakichś gangusów spotkała (najpewniej - zasłużona) kara, komuś wyrwano paznokcie, włożono w tyłek rozgrzaną lutownicę, kogoś prasowano. Maglowano. Ktoś, zasmarkany i krztuszący się własną krwią, błagał o litość, albo choć o skrócenie męczarni. Czyjąś córkę, żonę, albo i syna tutaj grupowo zgwałcono.

...i poszło wszystko na rozkurz, na zmarnowanie, "Biały Dom", miejsce spotkań śniadych, kompletnie pozbawionych poczucia humoru panów, lokalny odpowiednik gdyńskiego "Maxima", w którym, jeśli wierzyć plotkom, jeden drink kosztował równowartość średniej miesięcznej pensji, spotkał podobnie żałosny koniec. Może nawet gorszy, bo cygańska melina nie umierała długo i boleśnie, opustoszała wręcz z dnia na dzień. Nagła śmierć sercowa zamiast przeciągającej się agonii. Skoro śniadersi spieprzyli stąd prawie tak jak stali - musi się z tym wiązać - jak wspominałem - jakaś paskudna historia.

...nawet przęsła już zwinęli - kręcę głową z politowaniem. Mój kraj - taki "piękny".

Śmieszne były, artystyczne, z głowami miśków.

...i dobra tam - chuj. Będę się przejmował cygańskim burdelem, niedźwiedziami z żeliwa...?

Zatrzymuję się na momencik. Piję. Sprite mineralny, ćwierćgazowany, oligoceński. Muszę wyglądać fatalnie, jak własna karykatura stworzona przez złośliwego... więcej - nienawidzącego mnie rysownika.

Po części nie istnieję, jestem tworem hipotetycznym opisywanym przez paszkwilanta. Indywiduum, o którym można mówić wyłącznie źle, oczerniać je, drwić z niego - choć przecież ani chwili nie dane mu było zaistnieć, nabyć cech. Płynę w kwasie, nurkuję w basenie wypełnionym kapuśniakiem.

...nie, nigdy nie byłem w romskim domu uciech, jakby kto pytał. Za wysokie progi, w czasach, gdy prosperował byłem nastolatkiem i raczej więcej niż pewne, że nie zostałbym wpuszczony. Długowłosy, młody gadzio-gołodupiec zwyczajnie nie miał tam czego szukać. Za biały jestem, za bardzo polski, słowiański. I przecież nawet ich, jak się głębiej przyjrzeć, nie trawię. Pieprzeni Don Vasyle z pozłacanymi podróbkami rolexów, miłośnicy bizantyjskiego przepychu, kiczerskie... heh, tfu.

Znowu czuję, że myśli płyną niejako niezależnie ode mnie i poza mną. Poglądy samobieżne, od których literalnie chce się rzygać, wywalić nosem, ustami i przez uszy gorącą pianę, z której narodziłaby się siatkobetonowa Pallas Wenus-Atena.

 

IV. Fatalternatywa

 

Mięsny Adrian Szyneda, manekinowaty, ale i na pierwszy rzut oka nie przypominający istoty ludzkiej, spadliniały za życia wielki ochłap średnio świeżego mięsa, siedzi na przystankowej ławeczce. Kiwa się niemrawo i bezprzytomnie. Nie jest. Nic go nie dotyczy, nie dotyka. Konstelacje beztlenowych antygwiazd z kontramaterii zderzają się wokół niego, światy huczą, wirują, wypalają się, wgryzają jeden w drugi, by po sekundzie sie zwrócić i zacząć pożerać od nowa, Wielkie Wybuchy mają miejsce, Półśrednie, Całkiem Małe Wybuchy, a on niezmiennie - nic. Trwa niewzruszony, choć targany wewnętrznym nakazem kiwania się, chodzenia tak - to w tył, to w przód.

Można by było wyrwać Ziemię z korzeniami i posadzic w innej kosmicznej grządce, obedrzeć czas ze skóry, zawrócić jego bieg, albo całkiem go zniwelować, cofnąć się do epoki, w której nie istniałą materia - a dla niego byłoby bez różnicy. Nawet by nie zauważył, pan kiwajek, świętujacy - najdosłowniej, jak się da - mięsopust. Żywy podrób.

Podjeżdżam cicho, chcę go przestraszyc, podkraść się i wrzasnąć coś na całe gardło. Niechby się zerwał, z twarzy spadła mu - widać, że przeterminowana - chabanina.

Ale ma, skubaniec, dobry słuch, odwraca "głowę" (cudzysłów - jak najbardziej uzasadniony!) i słabym głosem wyjękuje: "Ej, kto tam?".

- Cześć, Adrian. Co tak sam, na uboczu, w lesie...?

- Cześć. To ty, Krzysiek?

- A co - nie poznałeś po głosie? Ja, pewnie, ze ja. Ktoż inny?

- A niech to chuj strzeli. Sto właściwie. Jak z armat - wystękuje "mięsiarz" - Tragedia. Ma-sa-krej-szyn. Durny byłem, że się dałem namówić na te cholerne bestie. Widzisz, co zrobiły? No jak Boga kocham - nie dadzą się oswoić! Jedna ledwie - ledwie, podpełza, łasi się, robi takie "mruuu" - całkiem, jak kociak, prawie je mi z ręki, ale, kurwa - reszta... Dramat. Nie, rzucam to w cholerę, zabieraj, oddawaj kasę i koniec zabawy w fermiarzy, rozmnażaczy kobr-dusicielek, pytonów tygrysich szablozębnych. Mają spierdalać, rozumiesz, dzikie węże... - wykwila spod mięsa biedny ubolewańczyk.

- Co się stało? Ugryzł któryś?

- Nie, kuuuuuuuuuuuurwa, sam se pół mordy wyżarłem?! Rzuciły się na mnie, oplotły, dwa za gardło, założyły nelsona, jeden próbował się dostać przez nogawkę, chyba do jaj, tam by miał ucztę... Inny, najgorsze bydlę, złoto-plamisty, rdzawy taki, z zielonym połyskiem...

- Kojarzę.

- ...pozornie grzeczny, spokojniusi, nie atakuje, czai się tylko, patrzy, jak jego koledzy próbują mnie pożreć na żywca, rozkawałkować... I nagle - hops! - jak się nie rzuci do mordy! Mojej. Wystrzelił jak z procy, katapulty, jakby był resorowany, na sprężynach, podkuty prądem, tak - dobrze słyszysz: prą-dem, czystym. Podskakuje,w zasadzie - podbijqa go niezidentyfikowana siła, głód może tak działa na te skurwysyny - i mnie CAP! za policzek. Wgryza sie wszystkimi kliskami w gębie, ze siedemset trzydzieści ich, jak nie lepiej, całe podniebienie ostrzy, niczym u szczupaka. Wrzeszczę, ryczę, ile tylko mam sił - walczę z pijawą, z Obcym, liczniki pokładowe wariują, zaraz się rozpierdoli calutki Nostromo, a ten - przyżarł i ani myśli puszczać. Jak przyspawany!

Walczysz o życie - to zrozumiałe - wtedy masz dużo więcej siły, wstępuje w ciebie herkules, pieprzony Kevin Sorbo, albo Samson, tak, Krzysiek... Odrywam go z połową nosa, z całym policzkiem. Podbródek - też się chyba został w pysku. I kilka moich zębów. Runęło sklepienie czaszki, wiesz, ile mi wygryzł, ile wydarłem sobie...? Pół... oblicza. A to zajebiście dużo - pretensjonalnym jak diabli szlochem szlochem kwili Adek. Stara się wzbudzić we mnie żal, wywołać poczucie winy, tak, jakbym był za cokolwiek, kuźwa, odpowiedzialny, rzucił, nawet dla żartu, mu pieprzonego obleńca na twarz. Jakbym chciał nakarmić stwora kolega.

- ...ból - nie do opisania. Ciskam Obcym, nie patrzę, gdzie leci, mam tylko nadzieję, że nie na ścianę, ani nie na meble, bo jeszcze się odbije - i znowu - na mnie. I będzie z powrotem grana polka-dewastatorka. Tango, kurwa, kąsane, walczyk drapieżniczy... - uśmiecha się mięsoArek.

- Patrycja z dzieciakami, słyszę - w sieniach. Odebrała ze szkoły. Prawie ślepy z bólu miotam się, rozglądam z obłędem w oczach (dobrze, że zostały dwa!). Lodówka - zero absolutne, pasztet w słoiku, a tym się nie poratuję... Biegam po szafkach, jedna, druga, cukier puder, mąka, przyprawa do tatara, kaparów, tiramisu instant, butelka mojito z makarnoem, czort wie, co... Do zamrażarki nawet nie zaglądam, bo tam, wiesz - wszystko - na kość. A nie będę przeciez czekać z takim bólem, aż się rozmarznie. Ledwie idzie ustać.

Staram się trzymać w pionie. Łapię w końcu miskę zmielonych świńskich ogonów z drożdżami i - zasłaniając się nią - każę uciekać. Niebezpieczeństwo, pod zadnym pozorem nie wchodzić do kuchni! Jedź gdziekolwiek, dzwoń po Wojsko Obrony Terytorialnej, Gwardię, kuźwa, Narodową, do Macierewicza, Rutkowskiego, niech przyjadą służby... GROM... szybkiego reagowania... najlepiej - z miotaczami ognia. Spieprzaj jak najdalej...

I biegnę, ciągle sie tą michą zasłaniając. Nie chciałem, żeby mnie dzieciaki zobaczyły w takim stanie. Toż by miały traumę do końca życia. Wujek Adrian - jak Two-Face z Batmana. Pamiętałyby zawsze. Widok - raczej nie do wymazania.

I tak teraz siedze, czekam, aż przyrośnie, wgłębi się. Wbliźni. Powstaną nowe rysy. Gorsze... - znów coś pieprzy Adi.

- Kiwam się, może to przyspieszy obieg krwi, szybciej się wchłonie...

Siadam obok człekomięsaka i, nie przebierajac w słowach, zaczynam go opierniczać, że trzeba do lekarza, debilu, telefonu nie masz? Dzwoń na pogotowie, musisz do szpitala, bezmózgowcu, tam ci zrobią rekonstrukcję z prawdziwego zdarzenia, dostaniesz zdrowy, bo nie nadpsuty implant, wiesz, kretynie, ile w tej twojej pulpie ogonowej jest bakterii chorobotwórczych? Takie - o! - drobnoustroje, co tylko z nazwy są "drobno", bo mają po ćwierć centymetra długości, jeszcze więcej w kłębie i można je spokojnie dostrzec gołym okiem. Wpuszczasz sobie w twarz paciorkowce, grzyby, kropidlaki gałęziste, zarodniki smardzów... Zobaczysz - jeśli to, debilu, jakimś cudem przeżyjesz - będziesz mieć głowę jak purchawka, a zamiast uszu - huby.

Nie przejmując się błaganiami Adka, że "tylko nie to, należałem się w szpitalach za dzieciaka, jak nie koklusz, to angina ropna, albo wysięk w łuku brwiowym, od tego czasu - staram się jak mogę unikać wszelkiego kontaktu ze służbą zdrowia" - wyjmuję z kieszeni komórkę, wybieram numer.

Czekając na połączenie z dyspozytorką miłosierdzia, ciągle, półgębkiem, klnę na Adka i jego skrajną nieodpowiedzialność. On - odwarkuje niezrozumiałe inwektywy, chyba wyzywa w języku mięsa, tylnym, świńskim dialekcie drożdży i pleśni, od sukinsynów, co kumplowi z jednej wioski, prawie rówieśnikowi wepchnał szczenię kojota, a policzył jak za rasowego psa, ożenił niedźwiadka jako cocer spaniela. Złamas jestem, co ludzi w rodzinnej wsi bez mydła dymam, kantuję, ile wlezie, robię na szaro; tylko kasa sie liczy, kobrę bym bez mrugnięcia okiem sprzedał ośmiolatkowi jako chomika, życie i zdrowie klientów - w zasadzie - potencjalnych OFIAR - mnie nie obchodzi.

- ...tak, wrasta mięso, facet ze zmielonymi ogonami na twarzy. Dobrze, czekamy. Pospieszcie się, bo będzie za późno. A ty - come down. Jakoś je musiałeś sprowokować... Jeżeli nie - trudno, znarowiły się same z siebie. Nic nie poradzisz, trzeba będzie najbardziej agresywnego odłowić i...

Adek, pomimo kompletnego umięsowienia, wrzeszczy, zapienia się tłuszczem, że tylko jednego? Wszystkich trzeba się pozbyć, toż to śmiertelne zagrożenie, prawdzwe bestie, wcielone czorty. Dobrze, że choć Paulina się posłuchała i zabrała dzieci, boby zaraz tu się zjeżdżali reporterzy, zeby nadawać z miejsca tragedii. Zaćmienie go, NAS OBU ogarnęło, pomroczność jasna, abisal w głowach, że się zgodziliśmy na taki chory układ, że się zechciało robić deal z Grześkiem, hodować... yyy... nawet nie wiadomo jakiej rasy zwierzęta. Ani jakiego gatunku.

Kac smali okropelnie, ale grzecznie czekam na przyjazd karetki. Myślami jestem z Anetą. I przy ojcu. Cholerne wężoidy rozrosły się nie wiadomo, kiedy, dobre pół metra na dobę im zaczęło przybywać, wzdłuż i wszerz...

Dzwoniłem, nieźle zestrachany, do Grześka, że coś ty za chujostwo nam wepchnął, a ten się tylko śmieje, że tak ma być,w szystko idzie zgodnie z planem i mam nie bać żaby, bo nie są agresywne, jeszcze się nie zdarzyło, by kiedkolwiek jakieś pupilczątko choćby spróbowało zrobić krzywdę człowiekowi, czy nawet kotu. Mrówki nie tkną, słodziaczki obłe, w zasadzie bardziej przytulaśne, niż szczeniaczki (to nic, że gadzina, na dodatek - pokryta łuskami!).

"Będzie spoko, podrosną, sprzeda się z krociowym zyskiem, dwudziestokrotną przebitką, kupiłem za parę zeta, podtuczę - i pójdą jak konie arabskie na aukcji..."

Kolejny telefon. Na policję. Grzecznie proszę o interwencję, bo pod dom kolegi ktoś podrzucił nieoswojone węże, chyba anakondy, albo kobry królewskie i te mu wlazły do środka. Znaczy... nie dosłownie. Do chałupy.

...już pojechał patrol? Godzinę temu wysłany? Okej, dziękuję, do widzenia.

Znowu gonitwa myśli: ojciec zjadany przez bestyje zza ściany, wielorakość motywów, aż do przesady. Jestem samobieżnym kacem. Weź, Anetko, pod but, szpilkę. Ojca nie ma, zeżarły go patolskie monstra, dreco-węże, kumplowi ogony wrosły w twarz, więc nie możemy się dłużej kumplować, bo to obciach. Szwagier Adka, gdyby nie ubiegłoroczny wypadek na budowie, dryf w dół z ósmego piętra, lot pikowy z rusztowania, wziąłby siekierę i poodrąbywał łby hadiukom, taaak, Paweł to był, kurwa, kozak, ale i na niego trafił się większy, przegrał z grawitacją, miał wyjątkowo twarde lądowanie...

Nie mam grosza przy dupsku, na wężach się - widać - nie dorobię. Czuję sie źle, bo ostatnią ksiażką, jaką przeczytałem, były - na sto procent napisane przez ghost writerkę - wypociny sygnowane pseudo-nazwiskiem Magdy Luxis. Tej szafiary. Szmaciary. Tyle było fanych ksiażek do wyboru w bibliotece, a mnie zły duch, licho-spierdolicho podkusiło, by wypożyczyć "Dziewczynę po drugiej stronie metki". I dostałem za swoje, bo anstępny demon, jak wiadomo - zakazuje mi niedoczytywania rozpoczątych "harcydzieł literatury", niezależnie od stopnia ich gniotowatości.

No i strawiłem cztery godziny na blogaskowe dywagacje o modzie, szmatach po pięć koła za sztukę, filozofii designu bransoletek z koziej wełny. Odganiałem natarczywe, obcojęzyczne wtręty jak komary, meszkę, brnąłem przez bagienny gąszcz, szuwary pierdolenia o spódniczkach, stanikach i bluzeczkach projektu Greena Stevenniego. Głębokie, jak naparstek przemyśliwo typiary żyjącej w cudoświecie, mydlanej bańce. w brokatowym gnojowniku.

Nie masz wyboru, Krzysiu: dajesz się pożreć wężom, albo samemu sobie, umierasz z głodu.

I tak źle, i tak niedobrze. Chciałeś pobiznesić, a tu znowu - kaszana, los okazuje się być diabelnie konsekwentny i uparcie odmawia ci dostania się do skarbca Świątyni Salomona, Fortu Knox, czy NBP.

Nie odnajdziesz El Dorado, ani La Doraty, masz pewność, że jeśli pusciłbyć poczciwego totolotka - wygrałbyś "szóstkę", tylko po to, by w mniej, lub bardziej absurdalnych okolicznosciach postradać szczęśliwy kupon i resztę bezżycia spędzić jako wydmuszka, emocjonalny wrak, na rozpamiętywaniu DLACZEGO tak sie stało. Na zagryzaniu się.

(Zagadka z dziedziny herpetologii: ile czasu zajmie czterem ogromniastym wężom opędzlowanie ciała dziewięćdziesiecioparokilowego meżczyzny, zakładajac, że wszyskie są dość wygłodniałe i będą jadły po równo, żaden osobnik nie zostanie odegnany od specjału).

Trzeba zadzwonić do Anety, ją też ostrzec. Musi się jak najszybciej ewakuować..

Eo, eo, eo. Karetka zjawia się nadspodziewanie szybko. Odsuwają się boczne drzwi iw ypada dwóch nieogolonych, brysiowatych karków w pomarańczowo-odblaskowych uniformach. Dopadaja Adka i zaczyna się zabawa: ciśnieniomierz (analogowy, z opaską napełnianą powietrzem za pomocą gumowej gruszki!) na łapę, do czoła - termometr. Krótki, nerwowy wywiad:

"Jadł pan coś dzisiaj? O której"

"Co to za mięso było? Ogony? No, to nieźle'ś się pan załatwił."

"Jaki to wąż był? Jadowity? Gadaj, kurwa, bo to ważne!"

"Co tu z panem zrobić?" - zastanawia się bardziej przypakowany kombinezoniarz. Kompletnie ignorują moją obecność, jakby przy rowerku stał duch, wyziew alkoholiczny, kłębek ciepłego powietrza. Jakby nic nie stało.

W końcu zapada decyzja — „zabieramy!”. Kulturyści w jarzeniówkowatych kubraczkach pakują Adka na nosze. Zmięsowiały się pluje, że nie, poradzi sobie, nie trzeba przypinać pasami, po co od razu takie środki przymusu bezpośredniego, kładzenie na krematoryjnym wózku, co z nim, biedaczyskiem, chcą zrobił, łapiduchy cholerne, do jakiego Auschwitzu zawieźć, jest jak najbardziej żywy, ale to nie znaczy że trzeba go traktować jak półzwłoki, albo nienormalnego. Choć ma na twarzy nie pierwszej świeżości poogonowo-drożdżową miazgę — zachowuje trzeźwość umysłu i nie pozwoli sobie na takie obcesowe, grubiańskie obchodzenie się z nim, jak z zaprutym bezdomnym, którego policja przywiozła na izbę wytrzeźwień, bo w najlepsze leżakował na mrozie z plamą zamarzniętych siuśków w kroku, opawiowany na różowiasto.

Ratownicy zapewniają kumpla, że wszystko będzie dobrze, doktor Krzewski ściągnie mu skalpelem obcą tkankę i wstawi w to miejsce syntetyczną łatkę mięśniową, obszyje dermą w cielistym kolorze.

Stoję ogłupiały. Chyba mówią poważnie…

Odzywa się Aneta. Niemal płacze, że skurwęże zwariowały, dostały zajoba, agresora, takie spokojne i do rany przyłóż zawsze były, a tu nagle…

Nie słucham. Doskonale znam dalszy ciąg historii. Przed oczami plączą się serpentynki farby. Moje tęczówki to pomazane w podstawówce okna chałupy Pietczychy. Głupi i naiwny Krzysio, dobre dziecko, wracając ze szkoły podniósł skoszony poprzedniej nocy przez jakiegoś, najpewniej nawalonego rajdowca, Hołowczyca z okolicznej wsi, znak drogowy. Tablicę z napisem OBJAZD. A ta, zmarła parę lat później, stara kretynka, niedowidzące, półgłuche, żarte przez demencję babsko, łojcząc, jojcząc, że „jakiegoś pan, panie Olku, łobuza wychował”, doniosła ojcu, że ja, mając siedem — góra osiem lat, wyrwałem wspomniany, cholerny znak. Że wandal nie rośnie, już wyrósł, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość waniajet, że od rzemyka do konika, zaczyna się od wyrwanych znaków, potem są wyrwane kobietom torebki, a kończy się na rozbojach, gwałtach, czajeniu się, świątek — piątek z nożem w krzaczorach, by kogoś napaść i obrobić. Może, do kompletu — zgwałcić. Albo zamordować, bo czemuż by nie? Miałby się krępować, mieć obiekcje taki potwór, co bez powodu, z korzeniami matce ziemi wydziera kijaszek z tablicą, czarnymi literami na pomarańczowym tle, rzuca to-to na jezdnię? Nie dożyła, całe szczęście, pani Karolina, nie boli serce, że jedyny syn to już chuligan spod najciemniejszej gwiazdy…

Gdyby ojciec był odrobinę głupszy, bardziej prostacki, tępy, stosował kary cielesne, gdyby uwierzył w rewelacje ramolichy — dostałbym manto jak nic.

I tak cud boski, że upiekło mi się później, gdy naprawdę zawiniłem, pomówiony, targany rządzą zemsty pewnego wieczora zabrałem z garażu sprej i poszedłem wymierzać sprawiedliwość, odpłacać plotkarze pięknym za nadobne. Gdy dokonała się, he, he, siedmiolatkowa vendetta.

— …ledwie daliśmy radę… pozagryzałyby nas, Krzysiek… Całą rękę mam rozharataną, od łokcia do nadgarstka, bluzę — w strzępach. Ale po nich, już po nich.

— Żyjecie, to najważniejsze. Adek też. Co z ojcem - nie wiem... To, kurwa, sen, z gatunku tych, jakich za skarby świata wolałoby się nie pamiętać. Koszmar, nierzeczywisty, ale bolesny, bo osadzony w realności. Scenariusz horroru na kanwie prawdziwych wydarzeń. Trucizna, którą ktoś pisze twój kłamliwy pamiętnik, bloga modowego dla narturystów. Predator zagryzający desperet hosusewifes, Godzilla na Wistreria Lane. Rozpad wszelkich fabuł. Plewienie. Karczowanie. Opowiastka hebefreniczna. Frenetyczna. Poemat narodowy bez treści, niosący olbrzymi ładunek emocjonalny (przeczytasz wers - drżą ci ręce, zwrotkę - masz atak padaczki).

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Zaciekawiony 5 miesięcy temu
    Jak zwykle mi twoje teksty nie podchodzą, tak ten kawałek jest całkiem całkiem.
  • Florian Konrad 5 miesięcy temu
    Dzięki.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania