Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Spektakularion (czwarty fragment, całe dwa rozdziały)

VI. Epoka korozji

 

Poczucie, że od bliżej niesprecyzowanego niedawna (tydzień, dwa?) jest gorzej, niż źle, nadeszły hekatombiczne czasy zagłady, że oto wypełnia się nie zapisana na żadnym zwoju, przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie przepowiednia sprzed tysięcy lat, że ma miejsce jakieś JUŻ, WRESZCIE, Że ZACZĘŁO SIĘ, nadeszło dawno zapowiadane, mor straszliwy, co jak raz weźmie w liszajowate łapy rodzaj ludzki, to za Chiny ludowe już nie odpuści; wszystkie możliwe kataklizmy zaraz nastąpią, taaaak, już pchają się, tsunami, wybuchy Etn i Krakatau, już zbierają się do drogi wszelakie plagi egipskie. Zaraz zlezą się, zwalą nam na głowy, niczym ciężko upierdliwi, nieproszeni goście, kuzynostwo widziane raz w życiu, paręnaście lat temu — i od tamtej pory szczerze znienawidzone, nadużywający alkoholu, gościnności, zaufania, spatusiali krewni w połatanych dresach, noszący biedażuterię zrobioną z rowerowych łańcuchów, trybów od kosiarki, handmade’owe adidasy z pozszywanych lnianą nicią liści łopuchu, drewniane i oczywiście niedziałające smartwatche własnego wyrobu.

Jeszcze trochę, parę dni, może — godzin, a włamią się i będą to nazywać przyjściem w gości. I wywłaszczą nas, zmuszą do przepisania na siebie całego majątku, każdej pieprzonej, walącej się szopy, krytego słomą garażu. I puszczą nawet nie z torbami, bo torby też zabiorą. Nawet nie w samych skarpetkach. Z gołymi girami i gołą dupą.

I wycyckają nas, zrobią na szaro, zostaniemy wydymani na sucho i boleśnie. I nie będzie nam zaoszczędzona pożoga, żar piekielnych ogni, zeszmacenie, zdeptanie ego. Pożrą nas, pochłoną potwory w steampunkowych kamizelkach zrobionych z układów scalonych starych telewizorów, paskudniejsi od najbardziej zasyfiałego łotra z filmu „Mad Max”, krewni, do których lepiej się nie przyznawać, brutalni i zwierzęcy, jednocześnie — chytrzy obywatele Ćwokland, miasta zamieszkałego przez hordę spokrewnionych ze sobą troglodytów.

Niby nic specjalnego ostatnio się nie zdarzyło, jednak czuję, że jest coraz bliżej, diabelstwo. Chmurzy się, niedługo spadną pierwsze krople potopu-bis, trwającej czterdzieści dni i nocy hiperulewy.

Spokój, stagnacja, jeśli coś się zmienia — to na chwiluńcię, po czym wraca do poprzedniego…

Mija mnie rozpędzony hyundai. Pęd powietrza sprawia, że niemal zlatuję z roweru. Zrywa się wątek, ucieka myśl.

...co z ojcem? Jak i u nas gadziny dostały amoku, przegryzły ściany - nie będzie co zbierać, nie zostaną nawet kosteczki...

Wracam na chatę. Pedałuję jak głupi. Dobrze, że choć ciotka Bożena zgodziła się wziąć Kryspina i Eris, boby zagryzły pierwszego dnia, potwory...

Nie mam, cholera, głowy do interesów, durnych kocisk nie potrafiłem sprzedać, nawet po cenie dumpingowej, za półdarmo, opchnąć komukolwiek dwóch maine coonów po pięć - sześć dych za sztukę. Rodowodowe, z papierami, całą dokumentacją medyczną, świadectwami zdrowia, szczepień, z sanepidu, maturalnymi, świadectwami, kuźwa, pracy, hrabiowskie, czystej krwi uberkatze, puchate kociska czyściutkiej juchy, a ja - jak ostatni frajer próbujący uszczęśliwić nimi kogo się da, niech będzie moja strata - a tu taki pasztet: cisza, zero odzewu. Ani jednego telefonu, nikt nie zadzwonił choćby po to, by by zapytać, czemu tak tanio, gdzie leży haczyk, na czym polega szwindel, na co są chore, jakie mają wady ukryte, przeklęte sierściuchy.

Może rzeczywiście wszystko rozbijało się o cenę, w akcie desperacji zwyczajnie chciałem za mało i potencjalni klienci uznali, że to grubymi nićmi szyte oszustwo, kociambry pewnie są tęgo skundlone, po ojcu - bezrasowym burasie, albo to całkiem dachowce, co nie przypominają maine coonów nawet w ogólnych zarysach.

Nie będę przecież urabiać łap po łokcie, trudzić się, biedzić pielęgnacją długowłosych, delikatniusich, dystyngowanych kocich szlachciców, dandysa i pieprzonej murgrabinbi, wydawać grubych -set złotych na karmę, weterynarza, manicure, łapicure, wozić ich do kociego barbera na przycinanie i brylantynowanie sierści...

Chcąc-nie chcąc - oddałem "jakie ładne, jakie puchate kotki" totalnie za friko. W zasadzie gotów byłbym dopłacić za ich odbiór, wywóz, potraktować jak odpady organiczne nie nadające się do recyklingu, byleby tylko ktoś wybawił mnie od konieczności patrzenia jak zdychają, francuskie kocipieski, z braku należytej opieki i pielęgnacji, od konieczności dokonania eutanazji, wywiezienia do lasu w worku, od kotobójstwa.

Nie chciałem ich, spadły na mnie mimo woli, co nie znaczy, że uśmiechałoby mi się... nie, po prostu nie. Jestem za wrażliwy, ludzki, zbyt delikatny, by zachować się jak ostatni barbarzyńca i zabić z zimną krwią. Zresztą - mogłem po prostu nie brać, unieść się honorem i zostawić suwenir z dupy, zapłatę à rebours, jeszcze naszczekać Michalukowi, co sądzę o takim cwaniactwie, robieniu ludzi w bambuko, traktowaniu ich jak bezmózgich frajerów i płaceniu kotami. Mam mięciuchne serdusio i zero asertywności, głupio było odmówić stojącemu nad grobem ojcu Narkoza, zresztą - uznałem, że coś mi się za całodniową harówę w końcu należy.

I wziąłem, nie dziękując, razem z klatkami, napoczętym workiem drogiej karmy, kociego odpowiednika kawioru.

Parę ładnych godzin rąbania drewna z nadzieją zarobienia co najmniej pięćdziesięciu zeta, trudzenie się w upale, skwarze nie do zniesienia, a ten, cwaniaczyna, choć już półtrup — zamiast przynajmniej w ostatnich tygodniach życia próbować być fair, choć poudawać uczciwego, jeśli to nie leży w jego naturze; a ta zdychająca świnia z cynicznym uśmieszkiem oświadcza, że: „Panie Krzysiu, zlituj się pan, wszystko leczenie pochłania, nie mam grosza przy duszy, na opłaty nie starcza, muszę się zapożyczać, już nawet nie mam u kogo, sąsiedzi, znajomi nie chcą dać złotówki choremu, bo się boją, ze umrę i nie będzie miał kto oddać, rozsprzedałem wszystko — widzi pan: cała hodowla zlikwidowana, zostały mi tylko te dwa kiciulki, co ich od miesiaca nie mogę sprzedać… no weź pan, bo mi tu z głodu padną, na karmę dla nich nie mam… Każdy wart jest co najmniej dwa i pół tysiąca złotych… Serce się kraje, jak pomyślę, że mogą po mojej śmierci trafić do schroniska, albo zdechnąć gdzieś, wyrzucone z domu, puchatki… No patrz pan, jakie słodkie… Czemu nikt nie chce — pojęcia nie mam. Tyle już czasu usiłuję znaleźć dla nich porządny dom, gdzie będą miały godne warunki… Pięć tysięcy złotych — przydałoby się, jak zbawienie, a tu — zamrożone… A, ręce opadają. Straciłem już nadzieję, że je sprzedam. Bierz, namęczyłeś się pan przy tym drzewie… Może choć z połowę zdążę spalić, może nie…” — zaczął udawane biadolencje stary kanciarz. Że synio ani myśli wracać z Danii, choćby żeby się z ojcem rodzonym pożegnać, chemii już nie bierze, bo po co, pozostało mu już tylko leczenie paliatywne, Jurek wypiął się na tatę, osiedlił za granicą, ma już drugie dziecko z nową partnerką, choć jeszcze się nie rozwiódł z Sandrą, koty biedakowi zostały, niesprzedawalne, choroba wie, czemu, rasowe, najrasowsze, tylko one go trzymają przy życiu, zdrowiuśkie i z certyfikatami, to jak — biorę, czy nie?

Głupio tak było odmówić de facto umierającemu, nie chciałem, mówiąc językiem poetyckim, opierdolić dziada jak burą sukę, że na chuj mi twoje kociambry, jak nie masz, dziadek, hajsu, to nie wynajmuj ludzi, tak chcesz pograć? To lepiej - o, na ten przykład - telewizor dawaj, albo jakiś inny fant, bo w dupie mam twoją zwierzynę, nie będziesz leciał ze mną w kulki.

I (wiem - kompletny brak asertywności), jak ostatni palant, dałem sobie wepchnąć parę maine coonów, rzekomo kosztujących pięć koła. I zapłacił kotami, pozbył się problemu, cwaniaczysko.

Niedługo potem umarł (Jurek "Narkoz", z tego, co wiem - nie raczył się pofatygować ze świata wielkiego na pogrzeb), a ja zostałem Eris i Kryspinem, wartymi równe zero złociszy, bo niemożliwymi do sprzedania rasowcami.

…a potem zgłupiałem do reszty, dałem się namówić Grześkowi na hodowanie para-węży, ściągnąłem sobie i ojcu na głowy… śmiertelne niebez…

Gonitwa myśli. Chcę płakać, wyć, mówić od rzeczy, do rymu. Skakać z tematu na temat, uprawiać parkour po ideach.

Sen: zawieszam na szyi łańcuch DNA mojej nowej dziewczyny. Odrywam doczepiony do niego, plastikowy krzyżyk (symboliczne odejście od wiary, demonstracyjny akt apostazji).

W telewizji — powtórka Festiwalu Pieśni Radzieckich Biała Podlaska 2004, na drugim kanale — retransmisja uroczystości kanonizacyjnych Lecha Kaczyńskiego. Na TVN24 — relacja z protestów w cigacickiej fabryce Citroëna, większość pracowników, od sprzątaczki, przez monterów, po brygadzistów stanowczo sprzeciwia się wprowadzenia obowiązku odwiedzenia grobu założyciela marki, Andre Citroëna. Czerwoni zezłości robociarze wykrzykują przed kamerą, co sądzą o konieczności, pod rygorem zwolnienia, wyprawy na cmentarz Montparnasse, by zrobić sobie zdjęcie przy mogile jakiegoś zagranicznego dziada, którego nawet nie mieliby szans poznać, bo zmarł, zanim urodzili się ich rodzice, albo i dziadkowie; że co to jest w ogóle za wymóg — przymus dostarczenia zdjątka, na którym się składa kwiaty na płycie grobowej ojca założyciela? I jeszcze straszą, żabojadzkie gnoje, że każda wykryta próba oszustwa, doklejenia siebie w Photoshopie, udawanie, że się odbyło ten swoisty hadżdż, będzie skutkowało natychmiastową dyscyplinarką… Przecież to szantaż, zastraszanie w biały dzień, niczym mafia, to próba wymuszenia. Oni chcą normalnie i uczciwie pracować na dom, rodzinę, a nie zapożyczać się mimo woli, brać chwilówki na zbędny i głupi wyjazd do Paryża… I mogą się wypchać z premiami za powtórną pielgrzymkę, nie pojedziemy i tyle, co on — jakiś święty? Nawet nie Polak…

Kolejny kanał. Bojówkarze z Narodowokatolickiego Szwadronu Życia skatowali farmaceutkę sprzedającą pigułki „dzień po”. Straty wynikające ze zdemolowania apteki liczone są w setkach tysię…

Budzę się. Pierwsza myśl, odruchowo: opowiem matce te senne wariactwa, pośmiejemy się.

Druga myśli: kurwa, jednak nie opowiem. Choć od jej śmierci mijają kolejne lata, ciągle łapię się na tym, ze chciałbym poradzić się, tak zwyczajnie pogadać, że zdarza mi się zastanawiać, co u niej (choć przecież doskonale wiem, co: rozpad, czerń, wsiąkanie w glebę), niejako traktować tę cholerna śmierć jako rodzaj wycieczki, na którą pojechała z lokalnym Związkiem Emerytów, Rencistów i Inwalidów.

Mama po drugiej stronie, w piekielnej, jeszcze bardziej kiczowatej bazylice licheńskiej, zwiedzająca wraz z garstką równie strupieszczałych staruszków kaplice pod wezwaniem świętego Lucyfera i Belzebuba, focąca komórką kadzie smoły i wrzeszczących w nich grzeszników.

Matka na pielgrzymce do wieży milczenia, sanktuarium, gdzie czczone są sępy, zbierająca po śmietnikach relikwie zdesakralizowanych świętych.

Mama, którą zapominam, wykoślawiana przez moją nadwątloną pamięć, w zasadzie będąca już tylko mglistym i zdeformowanym wspomnieniem. Półfaktyczna. Mgielna. Wymyślana na nowo przeze mnie - wyrodne, dzikie dziecko.

Kloszardka z milionami na koncie, bezdomna pochowana w marmurowym mauzoleum, opłakiwana przez kamienne anioły.

Pani Karolina, której czasami nie znam, o której jedynie słyszałem, dawno i przez sen.

Matka pospolitego idioty, który sprowadził na własny dom hekatombę, licząc na łatwy zarobek przyjął pod dach kłębowisko dzikich bestii.

Matka ojcobójcy. Chyba. Oby nie (ostatnie zdanie - szczere, jak łzy alkoholika).

 

VII. Afirmatywniak

 

I już wiadomo, i stało się jasne, czym jest zbliżające się PPiekło, tak potworne i budzące lęk, że z szacunku wypada je pisać przez dwa wielkie P, to przerażenie bez końca, ten wywołany zgrozą szał, rozpacz wiodąca do obłąkania, przenicowania osobowości.

 

Właśnie poznałem Ból, we własnej osobie. Cierpienie, jednoosobowe ludobójstwo całego narodu.

 

W moim ojcu zawiera się — mówię bez zbędnej przesady, koturnowości, naprawdę daruję sobie teatralną manierę — echo rozrywanych na atomy przez siłę odśrodkową lodowych gwiazd, białych i czarnych karłów, dźwięk, jaki wydają implodowane, zasysane do własnego wnętrza galaktyki, ślepnące pulsary, wlewająca się jedna w drugą antymaterie. Odgłosy kosmicznej babraniny, rzężenie zanikających czerwonych olbrzymów.

Plask! Plask! - w ojcu siedzi najprawdziwszy Bóg i klepie w nasiąknięty morską wodą, niezbyt czysty piasek. Rozgniata babki-planety, miażdży historie, czasoprzestrzenie, spłaszcza wszelki sens.

I sztuka jest w moim starym, pełno jej. Do przesady. Aż boli. Tylko jakaś podejrzana jest, sprawia wrażenie podróby.

Nic tam z oryginalności, nawet tytuły dzieł - dziwnie znajome, pozmieniane tylko nieco, by uchronić się przed posądzeniem o plagiat.

Pan Aleksander Grałejko — Paul McCartney, nucący pod nosem jeden ze swoich przebojów: „Łódka <<Żółć Podwodna>>”. Mój tato — odbitka kogoś widzianego w telewizji, usłyszanego w radiu. „Autor” tysięcy nie swoich dzieł, szczycący się cudzymi pomysłami, dumny z czyichś osiągnięć kopista, naśladowca.

...czemu tak uważam? Co takiego się stało, że zacząłem mieć to - przyznaję, absurdalne - wyobrażenie własnego ojca, widzę w nim kogoś, kim nie jest, a i pewnie nie chciałby być?

No tylko popatrzcie, jak nie wierzycie. Milknę, bo zaraz będziecie zarzucać, że coś bredzę (ani chybi - kac jeszcze nie nadszedł!), proszę bardzo, niech jego wygląd mówi sam za siebie - tu odsuwam się pod ścianę i ukazuje się cała, głupio-wesolutka, smutno-tragiczna postać.

Siedzi na podłodze, stary Grałejko, tuż obok trucheł węży. Uśmiechnięty od ucha do ucha, rozcina jedno. Jest podekscytowany jak dziecko, które znalazło pod choinką wymarzonego drona, Transformersa na baterie, czy grę.

Podchichotuje, że wylinki są idealnej grubości, na dwa solidne płaszcze starczą, taaaak, ze czterdzieści lat będzie można na ryby w nich jeździ i się nie podrą, chyba, że na szwach. Ani jednej dziureczki solidne, solidne skórzycho nie będzie miało! Zresztą — chuj tam płaszcze — NAMIOT uszyje! Naturalna derma, brezent się do niej nie umywa, to jak trabanta porównywać do bentleya, albo chociaż wartburga. Nie ten świat, inna liga.

W jego oczach - obłęd. Dlatego wydaje mi się tak potwornym mój własny ojciec. Tak tragicznym. Katastroficznym.

Zaraz mi jednak przechodzi, wraca logiczne myślenie. żyje, w dodatku nic mu się nie stało! Udusił gadziny, niczym Herkules w kołysce!

Ojciec, którego niemal mimowolnie zmonetyzowałem, sprzedałem za darmo (sic!), wymieniłem na nieistniejące, przyszłe pieniądze, złudną obietnicę zarobku, żyje, cholera, nie został... nawet go nie pogryzły...

Niecałe pół godziny później smażymy, pokrojony w drobną kosteczkę, kawałek największego z węży.

...nie paskudne, by nie rzec: dobre. W smaku przypomina ryfalnicę (raz w życiu, parę lat temu jadłem tak zwaną "Rybę Tesli"), tylko nieco mniej gorzkie, bardziej czuć kwiatami, taaak, zalatuje jak z ogródka. Rabatką.

Ojciec macza swoje porcje w słoiku musztardy, krzywi się, że jakieś to żylaste, łykowate, w ogóle co to jest? Nie spodziewał się, że wąż może mieć w środku tyle tych ścięgien, wiązadeł, aort grubości palca. Jakby łodygi w nim rosły, całe grządki chwastów, śmierdząco-aromatycznych bodiaczysk, zdziczałych i wynaturzonych eks-róż, których nie można już nazwać różami, bo skundliły się na całego i kompletnie nie przypominają swoich szlachetnych kuzynów.

Memła, mlaska, jak głodny pies, chłepcze, miesi w ustach jeden, drugi kęs z wyraźnym niesmakiem. I blednie, zaraz zaczyna wyglądać jak siakiś żelazodruk, postać odbita na srebrnej, litej blasze. Piekło dosięga go coraz większe, bezbarwne i pospolite.

Pada mój tato jak długi, waląc przy okazji głową w kuchenkę. I umiera, najzwyczajniej w świecie otruty.

Przez moment stoję kompletnie zbaraniały nie wiedząc, czy rzucić mu się na ratunek, czy (odruch bezwarunkowy?) spieprzać jak najdalej.

E, wystarczy rzut oka i staje się jasne, że nie ma kogo resuscytować, trup jak się patrzy, aż plam opadowych dostaje. Denat, co już bardziej denacko nie może wyglądać, no, chyba, że by zaczął się (tego by brakowało!) rozkładać. Nie pomogą masaże, sztuczne oddychanie, tu trzeba dzwonić po karawan.

Ciarki, lodowate dreszcze. Bo już za chwileczkę, już za momencik spotka mnie to samo. Nie, żebym, pomimo wyraźnego, gówniarskiego hedonizmu był przesadnym fanem życia, parę razy nawet rozważałem popełnienie samobójstwa, spakowanie swoich misiów, lalek i ucieczkę, żałosną i z podkulonym ogonem w wielki niebyt, jednak… trochę durno umierać przez zdechłego węża. Obciach pozagrobowy.

Pocelebrowałoby się jeszcze, nie raz, nie dwa, kończącą się młodość, pochuliganiło. O - takiemu ojcu na przykład - obszukałbym kieszenie, na pewno miał z parę stówek, nie wydał całej emerytury na pasztet mazowiecki, totolotki, chleb...

Czuję się mielony. Dostałem się (kto wrzucił? Przyznawać się!) do przepastnej gardzieli niewidzialnej machiny, generatora nieszczęścia, i szatkuje biedaka, ten niewspółmiernik, bo nic przecież złego ani ja, ani tym bardziej stary nie zrobiliśmy, i zmienia nas w pulpę ten dyskryminaluch, ślepe i martwe narzędzie tortur, wymierza nam karę śmierci za sam fakt przyjścia na świat, zbrodnię zaistnienia.

Łazienka. Dopadam wucetu. Palce do gardła. Głębiej. Jeszcze!

Penetruję złuskowaciały przełyk, trę opuszkami o zrogowaciałe i coraz bardziej kłujące… płytki siakieś rogowe, kolce, fragmenty pancerza. Obrastam od środka zbroją (niezła byłaby z tego metafora samotnictwa, fobii społecznej!), nie tyle kamienieję, bo wewnątrz ciągle jestem delikatny, wilgotny, półpłynny wręcz, co… czuję, jak moje ciało przybiera pozę. Buńczuczną. Jak zgrywa się — co za paradoks — przede mną, udaje dresa, pakera, ronina, kirasjera, hoplitę, wszystkich odpornych na najsilniejszy nawet ból, zahartowanych w bojach dupków, jakich na przestrzeni wieków ziemia nosiła.

Jak dokonuje się mimikrzysko, półpięknoduch przeistacza się w osiłka o kwadratowej szczenie, mięśniach ze stali i nerwach jak postronki. Jak emigruję… w głąb Krzysztofa Grałejko. I jestem tam niemile widziany, traktuje się mnie jak zidiociałego nachodźcę, który przyplątał się, by posiać zamęt, powkurwiać, kogo się da, zrobić porutę, oborę bez najmniejszego powodu.

Mam coraz większą świadomość, że zbliża się moment deportacji.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania