Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Spektakularion (siódmy fragment, całe dwa rozdziały)

X. Odstawienne

 

"Druga kawa, trzecia. Zaraz będzie czwarta. Ileż, kurwa, można tego pić, czekać? Jak tak dalej pójdzie - zhaftuję z nudów i nadmiaru kofeiny, wywalę z siebie pół litra latte arabiki machiato streatwear casual crosdresser expressivo espresso, czy jak tam nazwali tę kawpodobną mleko-lurę, za którą tyle przepłacam. Której mam dość".

Wojtek "Turbina" Judziuk zaczyna się nerwowo rozglądać po sali. Lustruje twarze siedzących przy sąsiednich stolikach klientów, to znowu, z lekkim obłędem w oczach, wpatruje się w drzwi wejściowe. Zaraz jednak karci się w myślach, że co ja do cholery robię, TAKĄ dziewczynę zauważyłbym od razu. Co więcej: jej pojawienie się wywołałoby może konsternację. TAKA twarz (pod warunkiem, że niczym nie zakryta, nie zasłonięta dajmy na to apaszką) skupiałaby na sobie uwagę wszystkich. Zaczęłyby się szmery, poszturchiwanka, szepty: "Patrz, Waldek! Zoba, Krystyna!"

Ludziom żarcie stawałoby w gardle, sztućce wypadały z rąk, picie wlewało się do tchawic, śniadania cofały do ust i nozdrzy.

Przyjdzie? Czy jednak pokonał ją wstyd, uznała, że nie warto, bo i tak spotkanie zakończy się jak zwykle - katastrofą, obustronnym turbozażenowaniem. Nie, ona się nie nadaje, nie dla takich szkarad są związki, seks, przytulanie, bliskość, uczucia inne, niż współczucie, zgroza, litość.

"Zgrzyyyyyyt! Zgrzyyyyyyyt!" - w głowie rypią fantomowe dźwięczyska, zardzewiałe łopatki wiatrowej turbiny-giganta, dzieła życia jego świętej pamięci ojca. Bite dwadzieścia dwa lata strawił pan Bolesław na konstruowaniu na środku własnego pola monstrualnie wielkiej (54 metry!) turbiny. Nie zmogła go Komuna, betonowogłowi decydenci nakazujący wstrzymanie prac, albo wręcz rozbiórkę konstrukcji, nie złamał chroniczny brak funduszy. Oszczędzał, na czym tylko się dało, prawdziwy maniak, głównie na rodzinie. Dzieciaki mogły nie mieć podręczników, czy ołówków, dzielić jeden tornister na troje, żona - chodzić w pocerowanej sukni ślubnej (tak - ślubnej! A co - miała wisieć w szafie bezużyteczna? Nie można sobie pozwolić na takie marnotrawstwo!), wszyscy - nie dojadać. Liczyło się idee fixe, blaszany szmergiel.

Nie wykończyły go kontrole z inspekcji pracy, oficjeli różnego szczebla (raz nawet sam marszałek województwa się pofatygował), nowo powstająca III RP w końcu zaczęła patrzeć przez palce na "Śmigło".

Widoczna z niemal każdego miejsca we wsi, kształtem przypominająca biurkowy wiatrak, podtrzymywana przez napięte jak diabli stalowe lińska przytwierdzone do wrośniętych w ziemię szczątków koparki Ostrówek, turbina, jak na ironię - nigdy nie została uruchomiona. Biały słoń, kolos, w którego budowę - i to przy ostrożnych szacunkach - wpakował ojciec Wojtka od ośmiuset tysięcy, do miliona nowych polskich złotych, garb, przez którego zrezygnował z powiększenia choćby o kotłownię swej chaty ("Życie to sztuka wyboru" - jak głosi hasło z dawnej reklamy lodów), i przez którą zbłaźnił się, ubłazennił na całego, nie dość, że musiał znosić utyskiwania żony i reszty bliższej i dalszej rodziny ("opamiętaj się, po co ci to?!"), to jeszcze zaczął być - nie bez racji - postrzegany jako szmerglista, niegroźny czubek - nie wyprodukował nawet pół kilowatosekundy energii.

Gdy wznoszenie żelaznej Sagrady Familii zbliżało się do końca, pan Bolesław już-już liczył przyszłe zyski, jakie będzie czerpać ze sprzedaży wiatrowego prądu - los zachichotał mu w twarz. Pierwszy w życiu zawał u - jak się wszystkim zdawało - zdrowego człowieka, chłopa na schwał, solidnej postury, niedźwiedziowatego pięćdziesięcioparolatka - był śmiertelny.

Po ojcu Wojtka pozostały długi, niesmak, nienajlepsze wspomnienia i nieszczęsne turbińsko, do którego prawa zaczęła sobie rościć Jaśka, siostra konstruktora. Niekompletne, lekko pochylone skrzypidło stało się przedmiotem sądowego sporu. Spadkobiercy - optowali za rozbiórką coraz bardziej niszczejącej konstrukcji ("Przecież to się zaraz zawali, nie pomagają tabliczki, że TEREN PRYWATNY, WSTĘP WZBRONIONY, ludzie - gorzej jak bydło się pchają, robią zdjęcia,wchodzą na śmigła, albo i na samą górę; a sprzedać to jakimś ogarniętym złomiarzom, profesjonalnej firmie, nawet za połowę wartości blachy, boż by same nie poradzim, żeb to obalić!"), siostra - za jej zachowaniem ("Sprzedać? Zgoda - ale do muzeum, żeby było odnowione i oglądane przez wycieczki szkolne jako pomnik ludzkiej inwencji, kreatywności. Niezłomności. I za nie mniej, jak milion!").

Wreszcie, po długich latach darcia kotów, matka Wojtka postanowiła pogodzić się z Jaśką. Coraz więcej śmigieł - urwanych, garbi się to, niedługo runie, już nie ma czego ratować, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - to się nadaje tylko pod palnik, pod diaksa. Zamiast się kłócić - trzeba pomyśleć, co z tym fantem zrobić. Oby szybko.

Zawarto pakt o nieagresji: sprzedajemy za złom, ile dadzą, tyle dadzą, sama rozbiórka wyniesie niemało, pieniędzmi - dzielimy się po połowie. Lepsze parę złotych, niż spowiadanie się po komendach, beczenie za brak należytego zabezpieczenia niestabilnej konstrukcji.

Zgrzyyyyt! Skrzyyyyyp! - nasila się w skroniach Wojtka, człowieka bez poczucia własnej wartości, straceńca-napaleńca, który, i tak mając nikłą nadzieję, że cokolwiek z tego będzie - postanowił zaryzykować i umówił się z Magdą Lewandowicz. Tą od guza.

Biedna dziewczyna, od najmłodszych lat zmagająca się z nieoperacyjnym skurczysyństwem, o połowie twarzy zdeformowanej, stoczonej przez bordowe, pomarszczone pieruństwo, po krótkich namowach zgodziła się spotkać.

Nie ma, z każdą chwila coraz bardziej nie ma - jej i naczyniaka (głupi żart).

A więc jednak... Nawet tak kontrowersyjna wizualnie, oszpecona przez chorobę dziewczyna robi go w bambuczysko, wystawia do wiatru. Pewnie uznała, że - delikatnie mówiąc! - znamię na twarzy to jeszcze nie powód, by umawiać się z kimś takim, jak on, wybierać mniejsze zło, ze strachu przed samotnością angażować się w związek z biednym i skrajnie nieśmiałym synem szalonego konstruktora, dziedzicem wiatraczka w skali makro. Że jeszcze całkiem nie straciła poczucia własnej wartości, by pchać się w szambo, zresztą - bycie singielką nie jest takie znowu złe, na pewno lepsze od wiązania się z pierwszym lepszym frajerzyną tylko dlatego, że coś mu się zamamiło - myśli Wojtek, w swojej opinii - człowiek bez zalet, kłębowisko przywar.

I nagle - poruszenie, klienckie głowy odwracają się jak na komendę, oczy - wlepiają w jeden punkt. Stoi przy wejściu, jego bogdanka, jest, najprawdziwsza horrendusia, jeszcze brzydsza, niż na zdjęciach, de-ślicznotka o rysach bardziej zmienionych przez kurewskiego (chyba) naczyniaka, choć to nie wygląda na zmianę skórną, ani guza, bardziej na wczepionego w lewą część twarzy pasożyta, jest, jeeest, przyszła!

Laska, której pół buzi jakby żyło własnym, utajonym, niezależnym życiem, żywicielka odrębnej istoty, może nie pochodzącego z Ziemi stwora. Przywarł, wżarł się i karmi się nią, spija soki życiowe, od krwi, przez wydzielinę z muszelki, wysysa energię, szkaradnik.

Niewysoka, gdyby nie przeklęta narośl - można by powiedzieć, że całkiem ładna młoda dziewczyna. A tak... ech...

Gapią się ludzie, wlepiają w nią gały. Ze zgrozą, obrzydzeniem, przede wszystkim - z ciekawością. Nigdy wcześniej nie widzieli na żywo podobnego przypadku, okazu. Niektórzy może nawet nie mają pojęcia, na co choruje, więcej - co przydarzyło się dziewczynie, która właśnie weszła; zastanawiają się, czy nie jest aby ofiarą dramatycznego wypadku, nie została ciężko poparzona, oblana kwasem. Może były chłopak nie chciał się pogodzić z rozstaniem, zaczaił się i chlusnął biedulce czymś żrącym w twarz, albo...

Kręcą głowami, gapie, nie mogą się odkleić, zająć tym, co leży niedożarte na talerzach, kontynuować przerwanych rozmów. Są zdjęci szokiem, zgrozą, w najlepszym wypadku - skonfundowani.

Czuje owe ciężkie i lepkie spojrzenia, biedula, choć choruje od zawsze - jak widać nie jest uodporniona na tak bezczelne i prostackie zachowanie bliźnich. Chyba nikt by nie był, tego nie da się zignorować. Jej choroba - gorzko stwierdza Wojtek - jest i będzie swego rodzaju więzieniem, z którego nie sposób wyjść, bo i nie ma jak, ani kogo prosić o łaskę. Gdzie trzeba odgibać dożywotkę bez choćby cienia szans na amnestię.

Rozgląda się niepewnie, Magda. Dostrzega Wojtka "Turbinkę", podchodzi na nogach z waty. Próbuje odwzajemnić uśmiech, ale naczyniaczysko sprawia, że jej usta wyginają się w podkowę, w grymasie jakby obrzydzenia.

Cześć, cześć. Wojciu zastanawia się, czy dać powitalnego buziaka, oczywiście - w zdrowy policzek. Szybko rezygnuje. Im dalej od tego czegoś, tym lepiej. Mniej torsyjnie ("Cholera. No chance. Nigdy się z nią nie pocałuję").

Gadka-szmatka dwojga zakłopotanych no-lifów, niedoludzi. Stąpanie po cienkim lodzie, rozgrzanych węglach. Jednoczesne. Wiara, ze może się uda. Pewność, że jednak nie, wszystko weźmie w łeb.

Wokół nich: kamienne spojrzenia, ściany, mury, powietrze zmieniające się w beton. I to zmieszanie na twarzy kelnera, ledwie potrafiącego wydukać standardowe: "Dzień dobry. Co podać?".

Magda czująca, jak całe otoczenie pęka, kruszy się i wali na nią. Tu nie da się wytrzymać, porozmawiać spokojnie, o choćby szczątkowej kameralności, atmosferze normalnej randki, czy nawet zwykłego spotkania - można pomarzyć. Gapią się, gapulce, nie chcą/ nie mogą przestać. Co za poroniony pomysł, by umawiać się w miejscu publicznym!

Myśli się rwą, wątki - plączą, zdania nie dają skończyć. Weź tu rozmawiaj normalnie, będąc pod obstrzałem spojrzeń! Trzeba płacić rachunek, jak najszybciej się stąd wymiksować!

Po parunastu minutach drętwej gadki zapada decyzja: oboje jadą na wieś, do Wojtka. Casanova zaprasza do siebie na pokoje. Ściślej: do parnicy, zwanej na wyrost letnią kuchnią. W chałupie - ciasno, matka i nie ma jak się pokochać.

I zawozi, młody Judziuk, biedaskuterkiem, równie napaloną, jak on Magdę, do kombinowanego kuchnio-pokoju. Zamyka drzwi od środka.

Skromnie, ale da się wytrzymać: wersalka, nie najnowsza, ale nie wyleżana, sprężyny nikomu w plecy ani w cztery litery nie wejdą, zamiast parnika - kuchenka elektryczna z piekarnikiem, do tego - ława, dwa fotele, w kącie - poczciwa farelka. No i od razu robi się milusio, swojsko. Przytulaśnie.

Bez zbędnego ceregielenia się, podchodów, zabaw w konwenanse, niedostępną księżniczkę i starającego się o jej względy rycerza - zabierają się do dzieła.

Pocałunki, w szyję, bo kto normalny by całował guz-usta.

Przymknąć oczy, nie myśleć o narośli. O niczym złym nie myśleć.

W nieprzychylnym, wielkim świecie skrzypią, rypią łopatki zardzewiałych prądnic, niewychowani ludzie gapią się na bezczelnego, okazują lekceważenie, brak szacunku osobom i tak doświadczonym przez los.

Nie ma tego, kosmos, byt, materia, wszystko karleje, kurczy się, zawęża do jednego pomieszczenia: kuchnio-pokoju gościnnego w (sic!) oborze.

Dotyk. Piersi - można, są normalne. Niżej - też.

Znów - góra. Ramiona. Szyja. Na oślep. Nie otwierać oczu, cały czas pamiętać o strefie wykluczenia. Zbliżanie się do twarzy - surowo wzbronione.

Zajebiście, ze to rozumiesz bez słów, nie nalegasz na buzi-buzi (buzi-guzi?).

- Tło bełdzie mój piełszy raz... - sapie rozemocjonowana Magda.

- Mój tesz... - memła słowa Wojtek. Sutki - też memła, niezdarnie. Niezgulnie. Ślini się, jakby miał zaawansowaną wściekliznę.

Kolejne ubrania lądują na podłodze.

- Bło wiesz... Może i bym miała, ale kaszdy się bszydzi...

- Ja nie, ja nie mam czego. Jezu. Taka piękna jesteś, taka...

- Daruj se. Niszej. Coś pokasze...

Magda zsuwa dżinsy. I majtki.

- Nie tylko na tfaszy mam guski... - mówi ni to zakłopotana, zawstydzona, ni to dumna. Rozchyla podwoje.

Wojtek kuca, już-już bierze się do lizania między płateczkami, gdy nagle, zaskoczony niespodziewanym widokiem - kamienieje.

A ciul tam, że dwie łechtaczki. Może to nawet i lepiej - laska będzie mieć dzięki nim zwiększone doznania, czuć podwójnie każdy ruch, pchnięcie. A chrzanić to-to spiczaste, stożkowate i z wypustkami. Nawet uroczo wygląda, nie obleśnie. Dziwne takie, raczej mało standardowe.

Ale porastające grubą, wręcz pancerną błonę, nieprzebijalny hymen z przezroczystego - chyba - pleksiglasu włosiska, szczecina na dziewictwie (matko - jak to brzmi!) prezentuje się po prostu paskudnie.

Gęste i wełniste kłaki wewnątrz pierwszej w życiu dziewczyny... Niespodzianka z gatunku średnio przyjemnych. Zbrzydzić się, odpuścić?

Atmosfera siadła, za moment- całkiem padnie. Lizać to, nie lizać? - zastanawia się Wojtek, dziedzic kolosalnej turbiny. Zaraz karci się za bzdurne wahanie. Nad czym się w ogóle zastanawiać? Na ledwie dwie sekundy przerwał rozpoczynające się, pierwsze w życiu minetissimo, a już czuje się, jak uzależniuch na głodzie.

Więcej tego dawać, dużo więcej ma być! Do przesytu!

 

XI. Bezforemny

 

- Złafsze fiedziałam, że jestem inna... - sapie zorgazmowana Magda. Poci się jak całe stado świń na Saharze.

- ...fróbowałam przebić... palcami, dildem, nawet ogórka se raz wepchnęłam... I nic. To jakby z tworzywa sztucznego... Jest sprężyste, dosłownie - sprężynuje. Dięęę, dięęę -robi, jak się naciśnie palcem. Membrana, struna, normalnie - grać można... Tylko te guzy, włoski - paskudne...

- Nje jeft tak śle - wymrukuje napaleńczo, wtulając się TAM, coraz głębiej, Wojtek. Nagle orientuje się, że to, co początkowo brał za puls dziewczyny, te ruchy, falowanie, są w istocie...

- Tam chyba coś jest! Pełza... - wzdryga się przerażony nagłym, odkryciem.

- Nic... nic... - Magda przyciska jego głowę.

Ostatnie, co czuje spadkobierca dwudziestu czterech ton złomu, to... przyleganie. Ogarniający go przypływ. Drżączka, lepkie nitki wsuwające się do ust i nozdrzy, inne - podważające gałki oczne. Wydłubywanie, bezbolesne. Zatapianie się. Roztapialność. Słowa o podobnym brzmieniu: archaiczność (jak śmierć!), paniczność. Logika. Unikać jej, unikać. Pasożytnictwo. Nic to.

W głowie Wojtka kiełkują całe ogrody botaniczne, jednocześnie jego czaszka zmienia się w terrarium.

Legenda, na końcu której, zamiast choćby szczątkowego morału jest piwnica, czarny i lepki dół. Niemal kloaczny. Podziemia, gęsto zaludnione.Miejsce, którego brzydziłyby się nawet żyjące od pokoleń w kanałach szczury.

Obrazy tam, jedne na drugich. Ciągi przyczynowo-skutkowe, zlepione frazy, uczucia nie do rozerwania. Zwierzęta mówiące "poczekaj", głucho milczący ludzie. Marmur w ustach. Nonszalanci piszący w notatnikach z niewypalonych cegieł: " Zamierzam popełnić samobójstwo, więc zacznij się zastanawiać, co kupisz mi na setne urodziny".

Przestrogi na drzwiach, czerwoną kredą: " Uważaj, co gotujesz". Gęsty płyn zalewający palniki. Wzburzenia. Wypiętrzenia.

"Jestem królem Polski, bo umiem tabliczkę mnożenia, prawie całą". "Znalazłem dwa złote, więc nazywajcie mnie dzieckiem szczęścia" - bazgrze na elewacji opuszczonej słodowni sama dłoń.

Wielofazowość, komplikowanie spraw najprostszych. Tu dzieli się wyłącznie przez zero i daje to nadspodziewanie dobry efekt: liczby rosną na drzewach. Owoce do czterech miejsc po przecinku.

Hekatochejrowie, sturęcy olbrzymi o pięćdziesięciu głowach grają z tobą w łapki, Wojtku. Oczywiście - wygrywasz.

Dychawiczni karmiciele turbin wiatrowych doskonalą się w astmie.

"Pożycz mi swoja mitologię. Oddam bez dopisków. No, chyba, ze chcesz, bym wymyśliła ci nowe bóstwa, pragniesz być redefiniowany, stać się..." - głos Magdy, jakby stojącej na drugim brzegu oceanu.

Cierpiący na kwadrifalię, dumni ze swej odmienności posiadacze czterech fajfusów prężą się, natarci olejkiem, podczas wyborów Mistera Roku.

Uciekaj, Wojtku. Odwróć się. Nic tu po tobie, za mały jesteś, za płochy. Zbyt płowy.

Lasery krzyżowe wytyczające drogą powrotną do domu. Przez las, wnętrze twojej głowy. Po piargach, turniach, wybojach.

Zmęczony wiekuistością Bóg nachyla się nad stojącym na biurku wentylatorem, który do złudzenia przypomina dzieło życia pana Bolesława. nigdy nieuruchomioną kupę rdzy. Niewprawny skryba pisze kronikę wioski, biedzi się nad istnym stękopisem, wysuwa język, krople potu występują na czoło, skapują na kartki razem ze śliną.

Zamulianie o głowach jak kanki na mleko, redaktorzy bogoojczyźnianego szmatławca "Zliżę" wykupują cały nakład swojej gazety, po czym komisyjnie palą go na quasi-inkwizycyjnym stosie.

Głosy z pogranicza: "Jesteś jednym z nas, Wojtusiu, stajesz się kobrą. Iskiereczka mruga. Podpełzasz coraz bliżej i ubranko zajmuje się ogniem.

Nie wybucha gigantyczny, pochłaniający wszystko na swojej drodze, pożar. Palisz się tylko ty, kurczysz do rozmiarów zaskrończyka. Od wewnątrz, choć tam - przysiągłbyś! - najczystszy lód nie do rozbicia, nierozkuwalna zmarzlina.

Przez całe nędzne, gadzie życie nie kierowałeś się niczym poza strachem, byłeś pchany siłą bezwładu, raz puszczony w ruch, kopnięty toczyłeś się, z roku na rok - bardziej przerażony, po stromiźnie, bojąc się otworzyć oczy, przejąć stery, choćby pomyśleć o podjęciu jakiejkolwiek inicjatywy. Niezdolny do działania, wiecznie pełznący na brzuchu, tylko pozornie człekokształtny Wojtuś - obywatel strachu, mieszkaniec kompleksów, wyznawca osobowości unikającej, czciciel introwertyzmu.

Otwórz (wreszcie!) oczy: kontakt z Magdą wyzwolił twoją prawdziwą naturę - pokrytego łuskami zwierzęcia.

Skrzyyyyp! Skrzyyyhhhhyyp! - zgrzyta ci w płaskiej głowie żelaziwo.

Wystaw język. Czujesz, jak się rozdwaja? Nie mów nic, nie sycz. Eksploruj nim. Głębie. Doliż się do esencji, pestki zakazanego dotąd owocu.

Wij się w ciemnościach, badaj nieznane struktury. Wyobraźnia - jeśli ją masz - podpowie ci kolory, kształty. Uwierz, że odpowiadają rzeczywistym kształtom i kolorom.

Dawaj się zwieść, wyprowadzić w pole. Zbijaj się z pantałyku, gub wątki... - ostatnie, co słyszy młody Judziuk, z oczywistego powodu przezywany "Turbina" .

Guzki rozlewają się, kożuch czarnej sierści pochłania jego twarz, głowę, korpus. Szumujące węże, całe kłębowisko - tyle zostaje z jego myśli, energii. Esencji.

Rozpełza się, Wojtek, po ścianach parnicy, wkręca w szczeble przedniego panelu farelki, wlewa, zimny i lepki, do piekarnika.

Echo. Dudniące. Bezgłos. Całe wiadra ciszy, gęstej jak serwatka. I to Niewypowiedziane, które zawisa w powietrzu.

I to Nie Do Wypowiedzenia.

...że aż śmiać się chce, takie To kiczowate, pełne wyblakłych, bordowych wstążek. Tak żałosne.

Pod powiekami Magdy drży obraz: świat zmieniony w kłębowisko węży, Kula Ziemska ukazana jako olbrzymi supeł. Okoliczne planety przedstawione jako szpetne narośle na ledwie zarysowanej twarzy.

Czyjej?

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • wicus 2 miesiące temu
    Chciałem tu przekazać jedynie szczery zachwyt wywołany lekturą tego cudownie napisanego, olśniewającego opowiadania. Jego niesamowity wdzięk, a także nieprzewidywalność budzą mój wielki podziw. Niestety, muszę z ogromnym wstydem wyznać, że chcąc mu udzielić pięciu gwiazdek, czyniąc to pospiesznie i nieuważnie, niechcący zaznaczyłem jedną. Nie potrafię sobie darować tego fatalnego lapsusu i nawet nie ośmielam się prosić Autora o przebaczenie. Przepraszam.
  • SwanSong 2 miesiące temu
    W przeciwieństwie do wicusa dla mnie to tragedia. Potok chaotycznych myśli i wyrażeń, w których gubi się jakikolwiek sens. Próba znalezienia na siłę nowych określeń, metafor i porównań najwyraźniej im dziwaczniejszych, tym lepszych. Przebijanie się przez ten tekst nie należy do przyjemności, to bełkot na bełkocie, zdania zupełnie nie pasują do siebie, myśli skaczą bez ładu i składu. Może gdzieś jest docelowa grupa dla takiego utworu, ale ja do niej nie należę.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    przecież, słansong, to fragment psychodelicznej powieści. aż przeczytałem jeszcze raz. Gdzież tu chaos??? wicus- bez drwin, nie spodobało się- to trudno. może komuś innemu podejdzie. jak nie - też się nie pochlastam.
  • wicus 2 miesiące temu
    @Florian Konrad Mój poprzedni komentarz nie był drwiną i wszystko, co w nim napisałem jest szczere. Nieszczęsna sytuacja z gwiazdkami nie miałaby miejsca, gdybym nie wpadł na opowi.pl między 4 a 5 nad ranem, gdy koncentracja już znacząco odmawiała mi posłuszeństwa.
  • Marek Adam Grabowski 2 miesiące temu
    wicus Spoko ja już dałem 5, i częściowo naprawiłem błąd.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    wicus dobrze, spoko, jeśli nie drwiłeś- to tym lepiej :)
  • Jarema 2 miesiące temu
    Hm ten komentarz wicusia to zachwyt czy wyrafinowana, okrutna drwina?

    Ja was pogodzę.

    X - nawet dobre, ładnie się klei.
    XÎ - to już raczej odlot dla wytrwałych.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    właśnie nie wiem, czy wyrafinowana drwina, ale ja tak odebrałem. nie trzeba nas godzić, bo nie mam zamiaru się z nikim kłócić. Śmiem tylko się nie zgodzić, że to bełkot bez ładu i składu. przecież tam nawet humor jest, nosz kurczę!
  • Jarema 2 miesiące temu
    Tak, elementy humorystyczne są bardzo uwypuklone.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    a pewnie :D
  • Jarema 2 miesiące temu
    Dałem ci 5 za tego psotnika wicusia.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dzięki, ale naprawdę nie pisze dla gwiazdeczek, czy lajkusiów :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania