Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Spektakularion (fragment)

U Retmanów dziś święto rodzinne, po trzydziestu ośmiu latach dyndania głową w dół, oglądania świata spomiędzy matczynych ud (sic!), nieszczęsny Mateusz, stryjeczny brat Anety, został wreszcie odłączony, w pełni (!!!) się urodził. Został wyciągnięty.

Przecięto liczącą niemal cztery dekady, grubą niczym cuma pępowinę. Nożycami elektrycznymi, brzeszczotem na prąd.

Smrodu były przy tym i dymu - ponoć potworne ilości, cała porodówka została zagazowana.

Po żmudnych, comiesięcznych, okołoprenatalnych badaniach, opukiwaniu, osłuchiwaniu wystającej z pani Sabiny głowy i szyi, po wnikliwych obserwacjach samej (niedoszłej) matki uznano, że nadszedł wreszcie czas, nadejszła wielkopomna chwila i można pozwolić Mateuszowi na dorodzenie się do końca (sic siczysków!), płód w średnim wieku, starszy ode mnie wieczny noworodek wyżyje sam, poza ustrojem, do tego - odcięty od pępowiny (ciągłej!) rodzicielki. Żywicielki.

I wyciągnięto tułów, rączki, miednicę, nóżki, alma mater przestała być w końcu "alma".

Cierpiący na wrodzoną niewydolność... yyy... nie chcę skłamać, czego, ogólnie niewydarzony, chory dramatycznie, ciężko i - wedle lekarzy z czasów Stanu Wojennego - nieuleczalnie. Nie przeżyłoby poza ustrojem matki, biedne bobo, nie pomógłby mu nawet sprowadzony z NRD, lub samego Kraju Rad, najnowszej klasy inkubator Malczik 286, czy Neugeborene LUX.

Jeśli miał pozostać przy życiu - zawyrokowały konowalskie mendy - trzeba było utrzymywać go w owym dziwacznym połączeniu z matką, jej - aby mogła załatwić potrzeby fizjologiczne - wyłonić urostomię, pochwostomię, uterostomię, przetokę żołądkowo-gardzielowo-dializyjną, skonstruować specjalne wózko-łóżko, na którym pani Sabina miała - chcąc, nie chcąc - spędzać dnie i noce.

Gdzie donaszała, przenaszała (jak to się odmienia?) ciążę.

Heroicznosć, upór godny prawdziwej bohaterki. Dała radę, pani Retmanowa, pomimo arcyniewygodnej pozycji, huczących nad głową i za plecami machin oczyszczających krew pępowinową, treści żołądkowe, pomimo odejścia męża (trudno się dziwić, mało który mężczyzna zdecydowałby się dzielić życie z żoną w wiecznym niedo-połogu, niedo-porodzie), konieczność pożegnania się z choćby myślami o seksie i jakiejkolwiek samodzielności - podołała, heroina. Matczyna miłość wzięła górę nad wszelkimi niedogodnościami.

Dzielnie znosiła obowiązkową, codzienną rehabilitację, trening mięśni rąk i nóg, by zapobiec ich atrofii, odżywianie pozajelitowe, stanie sie de facto osobą (osobami!) nie zdolną do samodzielnej egzystencji.

Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, ileż iście herkulesowej siły, samozaparcia, hartu ducha musiało w niej drzemać, ile łez przełknąć, ile chwil zwątpienia musiała znieść zaledwie druga na świecie - jak to fachowo, po lekarsku nazywano "matka półustrojowa".

Mateusz dorastał w haniebnym położeniu, de facto nie znając innego życia, niż to w międzynożu, więc chyba nie tęsknił za pełną sprawnością. Nie rozumiał jej.

Z tego, co wiem, nie miewał chwil szczególnego załamania, może, jak każdy normalny człowiek na jego miejscu i buntował się, przeklinał okrutny los, kuriozalne kalectwo, które dzielił z kochajacą go nad życie matką, ale nie groził samobójstwem (zresztą - jak do diaska miałby je popełnić, jedyne, co jestem w stanie wymyślić, to utopienie się w wodach płodowych, cofnięcie głowy w głąb rozchylonej niemal czterdzieści lat muszli i rozmyślne pozostanie tam aż do zachłystu, do odcięcia świadomości), nie błagał o skrócenie męczarni. Może i jęczał: "wyciągnijcie mnie, nie chcę tak dłużej" - ale w duchu.

Biedak cechujący się (kolejna ironia losiska!) wybitną inteligencją, nie dość, ze szybciej, niż inne dzieci nauczył się mówić, to jeszcze, skubany, w wieku zaledwie sześciu lat opanował, geniuszyna, całą tabliczkę mnożenia, podstawy fizyki, chemii, informatyki.

Nauczanie indywidualne (inne, z oczywistych względów nie wchodziło w rachubę) przyniosło nadspodziewanie dobre efekty, nachylający się nad często niewydepilowanym kroczem pani Sabiny nauczyciele wręcz nie mogli wyjść ze zdumienia, z jak błyskotliwym! - ciągle! - noworodkiem mają do czynienia. Geniusz prawdziwy, erudyta rośnie!

Na olimpiady matematyczne na szczeblu wojewódzkim wartowałoby go posłać, gdyby tyko istniała możliwość! Dyktanda na szóstki pisze, trzymając długopis w ustach, wzory skróconego mnożenia, sumaryczne, strukturalne kwasów, zasad, włókna polimeryczne rysuje, choć de facto nie przyszedł jeszcze na świat!

Farbkami plakatowymi maluje lepiej, niż Renoir, czy Cézanne olejnymi, powiedz, dziecko - nie miałbyś ochoty pokomponować muzyki? Może, NA PEWNO okazałbyś się drugim Mozartem, no, śmiało, rysuj nuty, kreśl o tu, na pięciolinii.

... a może coś sam napiszesz? Książek stworzonych przez dzieci jest relatywnie mało, na pewno wyjdzie ci piękna, chwytająca za serce historia, zobaczysz - okaże się bestsellerem, jak odpowiednio się tobą pokieruje - będziesz jak Tolkien i J.K. Rowling w jednym...

Skończył podstawówkę, liceum, zaoczne (a jakież inne by mógł!) studia na wydziale politologii, potem - podyplomowe, już nie pamiętam, na jakim kierunku. Wszędzie - z wyróżnieniem, błyszcząc intelektem, wszem i wobec udowadniając, że chcieć to móc, gdy ma się głowę na karku (daruję sobie śmieszkowanie na temat bliższych szczegółów położenia owej głowy) - można zawojować świat, nawet pomimo ewidentnej i ciężkiej niepełnosprawności.

Do pracy - nie próbował się nawet nająć, jakiejkolwiek, choćby zdalnej, w call center jako telemarketer-wciskacz starszym i nieporadnym życiowo, nie orientującym się w realiach lat dziewięćdziesiątych ludziom zaproszeń na pokazy najprzeróżnistych dupereli w horrendalnych cenach; pan pogodynek, zegarynek, świadczący werbalne usługi erotyczne pracownik seks-telefonu dla samotnych i znudzonych pań, czy gejów.

Zadowolił się nielichą, bo wynoszącą dwie średnie krajowe rentą, pogrzebał marzenia - jeśli kiedykolwiek takie miał - o choćby odrobinie, namiastce, iluzji samodzielności.

I dziś - jest w pełni sobą, prawie czterdziestoletni mężczyzna o niedojrzałym ciele, facet w sile wieku wyglądający jak noworodek.

Pewnie fetuje teraz razem z resztą rodziny, pije - o ile konsylium lekarzy wyraziło zgodę, w co wątpię - pierwszego szampana, wznosi toast za noworozpoczęte, stare-drugie życie.

Mnie tam nie ma, po ostatnim, najcięższym kryzysie, po cholernym oddaleniu się od siebie z Anetą na pięćset i trzy czwarte roku świetlnego u Retmanów jestem persona non grata.

Znam Mateusza, pobieżnie, ale zawsze, gdyby była okazja - pogratulowałbym mu, tak po ludzku, wyjścia z... opresji. Wydostania się z - dosłownie! - mroku.

Może innym razem, jeśli kiedykolwiek - na co specjalnie bym nie liczył - uzyskam odpuszczenie win, dostanę rozgrzeszenie od byłej-obecnej... dziewczyny...

Popadam w zadumę. Pedałuje mi się na zmotorowerku nieco ponad kwadrans (do Darka mam jeszcze paręset metrów) i myśli o sprawach ważkich: muzyce Clinta Mansella, pozszywanej broszce pani Sabiny, gdzie do czorta podział się Kryspin (już drugą dobę nie wrócił do domu!), o "wężach", których mięso okazało się zaskakująco smaczne i którym - wbrew majaczeniom - żeśmy się z ojcem nie potruli; ani on nie padł trupem, ani ja nie zstąpiłem przez nie żywcem do piekieł.

O podziemiach cygańskiego burdeliku, gdzie - wedle pijackiej wizji - ma znajdować się najprawdziwsze infernum.

Heh, we śnie byłem, jak - nie przymierzając - Mateusz - rencistą, coś nie cierpiącym na żadne schorzenie, nie ułomnym, biorącym comiesięcznie forsę autentycznie za nic nierobem, wałem.

W realu nie ma tak lekko, zapiertalać trzeba. Jak co dzień - wodery, gumowy kostiumik, maska "szambonurka" - na bagażniku.

Kurewsko źle nie mieć auta na takim odludziu. Wykluczenie komunikacyjne - jak w mordę dał, ale co zrobić. Prawo jazdy? Jeszcze czego! Użerać się z młotogłowymi instruktorami, potem - mafią egzaminatorską (każdy zbój tylko czeka, aby wziąć w łapę!), przeładowywać drogocenną, bo jedyną, i tak nadwątloną przez alko pamięć (raczej trudno oczekiwać, że znajdzie się jakaś dobra dusza, co ześle mi z niebios, poratuje zapasową kopią mózgu, gdy pierwszy, przyrodzony będzie do imentu zgalaretowaciały) dziesiątkami mniej, lub bardziej bzdetnych przepisów, norm z dupy, praw wymyślanych na kolanie w środku nocy przez znudzonych, cierpiących na galopujący sadyzm ekspertów od ruchu drogowego, którzy zastanawiają się, jakby tenże ruch utrudnić, uprzykrzyć życie sobie i milionom innych kierowców.

Darek - dobry kolega, podrzuci do roboty - i jakoś leci, nie muszę wkuwać odpowiedzi na debilne pytania ("Który pociąg - A, czy B ma pierwszeństwo w sytuacji przedstawionej na rysunku?", "Podaj średnią wagę i objętość fabrycznej gaśnicy montowanej w samochodach Iveco TurboDaily", "Ile standardowych łyżek do kół może pomieścić bagażnik średniej wielkości minivana, przyjmując, że...").

Mam, przynajmniej teraz, ważniejsze sprawy, niż brak prawka. Związek chyba nie da się już odbudować, to nie pieprzony Zamek Królewski po wojnie.

No i nie będzie nic w tym miejscu, nawet atrapy, marnej i współczesnej imitacji. Załadowano na stary, żubry i robury-wywrotki cały gruz, wywieziono go w siną dal, przyszły panie sprzątaczki i wyczyściły wyrwę co do pylątka. Nawet okruszek cegiełki się nie ostał.

Pustka, sterylna, aż w oczy kłuje i w zębach boli.

Co gorsza - nic nowego nie da się tu zbudować: ani myśleć o odtworzeniu dawnej formy, ani porwać się na budowę nowego gmachu. To złe miejsce. Skażone. Chemikaliami za bardzo czuć, jak w "Willi Cygance".

Cześć, cześć. Wsiadaj. Gdzie tym razem? W Złodawie u baby wybiło? Cały kwadrat do odessania, ściany, kasetony, panele, glazura? Jezu.

- No. Teraz to tam Sajgon. Stara, zanim dolazła, człap, człap - to i namuliło po kolana, aż podobno fotele pływają. Nafradusporowało, aż będziemy... tfu... skrobać...

Darek sięga po paczkę Cameli. Zapala jednego, zaciąga się. Płytko.

Rozmawiamy parę chwil o przedwczorajszym meczu. Ciągle nie możemy przeboleć porażki Kravensburga. Dwa do zera! Fajansiarze, patałachy, luje, cwele, żeby im fraduspor gęby i dupy pozalewał!

Psioczymy na indolentów, ledwie kopaczy, korkarzy, z których żaden, a zwłaszcza Messer, nie zasługuje na szlachetne miano piłkarza. Tak spartolić, podczas zajebiście ważnego meczu potykać się o własne nogi, prawie padać na murawę nie sfaulowany, nie dotknięty przez nikogo choćby paluniem!

I takiemu ludziczynie z gumy, dmuchańcowi ciamajdowatemu klub płaci miliony eurasów na miesiąc! Za co, pytamy się - za smutną szopkę?!

Telefon. Tak, tak. Dobrze, szefie.

- No, kurwa. Zawracamy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania