Inne kolory życia - część VII
Osiedle „Złotorogi”, Morowo, Hanna Tuszyńska, 27 września 2011
Osiedle Złotorogi na północnym krańcu miasta tonęło w jesiennej mgle. Za nowoczesnymi zabudowaniami domów jednorodzinnych ciągnęły się pasy pól i ugorów, po których sunęła mleczna płachta. Słońce miało wzejść w pełni za kilka minut. Hanna wstała już godzinę temu i teraz, po śniadaniu i porannej toalecie, siedziała w kuchni i oglądała serwis informacyjny na niewielkim plazmowym telewizorze ukrytym we wnęce ozdobnej szafki. Na stole stał kubek z niedopitą, zimną kawą. Nie miała na więcej ochoty. Obudziła się pełna energii, a kawę zaparzyła z przyzwyczajenia, potem wypiła kilka łyków dla zasady. Wtorki były czasami gorsze od poniedziałków, ale tym razem wydawało się, że nadchodzi znośny dzień. Za oknem pierwsze promienie słońca oświetlały powoli przechodzący w stan jesiennej melancholii ogród. Niektórzy z mieszkańców osiedla już zbierali się do pracy. Hanna widziała w drugim oknie, jak czarne Audi tego lalusia z ostatniego domu wyjeżdża przez główną bramę i skręca w lewo. Nie lubiła gościa. Był zamknięty w sobie, zawsze nienagannie ubrany i sprawiał wrażenie chodzącego ideału. Ale przecież tacy ludzie nie istnieją. Więc miał coś na sumieniu.
Hanna mieszkała na osiedlu już dziesięć lat. Było pierwszym tego typu w mieście. Wybudowane eksperymentalnie, aby ocenić reakcje potencjalnych nabywców z okolic. Dotąd Morowo kojarzyło się z typowymi blokowiskami wielkopłytowymi. Gdy dostała klucze do domu, nie mogła ukryć zadowolenia. W końcu coś więcej niż socrealistyczne klocki i klatki schodowe cuchnące na zmianę gotowaną kapustą i uryną.
Wyszukała na facebooku profil tego maszynisty, Dariusza Wiertło. Jak na gościa w jego wieku, prowadził go zaskakująco dobrze. Regularnie wstawiał zdjęcia z rodzinką, a status aktualizował raz na miesiąc. Wzorowy uczestnik społeczności. Wpisał nawet datą urodzenia i dokładną historię edukacji. Do pracy musiała wyjechać za dwa kwadranse najpóźniej, więc nie zastanawiała się, czy pisać skargę już teraz. Wiedziała, że nie zdąży, a poza tym miała się po robocie spotkać z tym facetem z pociągu, co najgłośniej krzyczał. Podobno miał dobry plan, jak załatwić maszynistę. Była ciekawa. Gość wydawał się przekonujący. Wybrał nawet miejsce spotkania – jakiś chińczyk po drugiej stronie miasta na osiedlu. Nie miała nic przeciwko.
Zamknęła laptopa i zaczęła kolejny rutynowy rytuał zbierania się do pracy. Pod koniec sprawdziła, czy ma wszystko i wyszła na zewnątrz. Pogoda przypominała, że nadchodzi jesień. Powietrze było rześkie, w pewnych momentach wręcz lodowate. Hanna naciągnęła na głowę kaptur, po czym zauważyła, że ktoś stoi przy jej furtce.
– Widziała pani? – zapytała starsza kobieta.
Hanna poznała, że to matka jej sąsiadki. Mieszkały razem od dwóch lat, odkąd emerytka owdowiała.
– Nie, o co chodzi?
Tamta wskazała pomarszczonym palcem na pola za ogrodzeniem. Tuż przy nim spacerował sporych gabarytów młody łoś. Ciekawsko przyglądał się zabudowaniom osiedla, dumnie krocząc naprzód.
– Łosia pani nie widziała?
– A bo to jednego. Tyle ich tutaj. Wybić to powinni – stwierdziła emerytka. Wyglądała na bardzo wzburzoną.
– Was powinni wybić. Darmozjadów żerujących na moich podatkach – odparła surowo Hanna.
Sąsiadka na moment znieruchomiała. Odjęło jej mowę. W zasadzie nie odezwała już się wcale. Patrzyła jedynie jak Hanna Tuszyńska idzie do swojego auta, a potem odjeżdża. Łoś obejrzał się ciekawsko na kobietę, po czym majestatycznym krokiem ruszył przed siebie.
***
Na osiedlu, Morowo, 26 września, 2011, godziny późnowieczorne
Tu nigdy nie gaśnie życie, nawet po dwudziestej drugiej. Zasady jedno, rzeczywistość swoje. Bezpańskie kundle wałęsają się po śmietnikach. Wyciągają lepsze kąski. Kurczaki panierowane, te po domówce u Balińskich, starego dobrego chińczyka, bo chłopaki od Jóźwiaków mieli już dosyć suchej jak wiór pizzy, opakowania po jogurtach, tutejsi emeryci nie uznają czegoś takiego jak lekka zupa. W ciemności czają się wspomnienia, gorsze i lepsze. Odżywają po zmroku.
Ta noc jest wyjątkowa. Najpierw pijany Baliński wpada do mieszkania i robi burdę. Talerze latają jak pieprzone spodki w strefie 51. Za kwadrans Tynkarz i Gal spędzają na klatkę ziomków z mechanicznego i w szóstkę obalają kolejną połówkę. Pierwsza poszła w drodze. Zaczynają się śpiewy, wróżenie przyszłości, pomysły na jutro. Ale wszystko zmierza do krzyku, jaki wydobędzie się z mieszkania rodziny Czerwińskich. On postawi resztę osiedla na nogi. Niczym alarm przeciwlotniczy.
Pod drzwi podchodzą sąsiedzi. Nikt nie chce zapukać. Niech załatwią to między sobą, mówi ktoś z tyłu. Reszta przytakuje i wraca do swoich mieszkań.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania