LBnP 29 - Dietmar

Dietmar raz jeszcze postanowił odmienić swoje życie. Wcześniej, będąc jeszcze pacholęciem, poprzysiągł sobie, że zostanie rycerzem. Z oczywistych względów nigdy mu się to nie udało, wszakże pochodził z biednej, chłopskiej rodziny, ale sama ta decyzja, marzenie miało wpływ na rozwój jego charakteru. Ogólnie to mu się powodziło. Był kupcem, mieszkał w kamienicy, miał niezły majątek, narzeczoną, a proboszcz był jego bliskim przyjacielem. Bóg mu sprzyjał, tak samo los, nie mógł w zasadzie narzekać na swoje życie.

Brakowało mu jednak bodźców. Czuł się pusty codziennie patrząc w lustro i widząc tę samą zapadłą, starzejącą się twarz z potarganą brodą i zakolami. Monotonia rządziła jego działaniami – nie mógł wyrwać się z rutyny, przestał podróżować za bezpieczne miejskie mury, wśród których tak lekko i przyjemnie mu się egzystowało. Zaczął nawet wątpić w swoją miłość – nie wiedział już, czy Eliza naprawdę go pociąga, czy podarował jej pierścień tylko z tego względu, że jej ojciec to człowiek bardziej wpływowy od niego, jeden z przyjaciół króla. W końcu też zaniechał codziennej modlitwy; nie potrafił pojąć majestatu Boga, wielkiego planu sterującego jego marnym żywotem. Popadł w marazm, pracował mechanicznie, bez pasji, która pozwoliła mu wyrwać się ze wsi. Ostatecznie nie chciał przegrać, stać się ofiarą swojej wygody i słabego ducha. Zwrócił się do przyjaciela, księdza Hermana, proboszcza Hildesheim.

Duchowny jak zwykle przesiadywał w katedrze. Wrota były otwarte, niedawno skończyła się msza. Dietmar wszedł do środka, ukląkł przed ołtarzem, przeżegnał się. Rozejrzał się po wnętrzu, szukając proboszcza. Siedział w jednej z ławek klęcząc i odmawiając modlitwę. Kupiec powoli się zbliżył, zważał na każdy swój krok, by nie przerwać rozmowy z Bogiem. Przysiadł koło niego, poczekał aż skończy i w końcu powiedział:

— Miły Ojcze, cóż mam czynić?

Kapłan przyjrzał się mu, dogłębnie przestudiował każdą zmarszczkę twarzy swojego gościa. Wiedział dobrze, co go trapi. Mógł to wyczytać z niepewnych oczu, ust wskazujących na zwątpienie i czerwonego nosa, która już dawno nie czuł woni wiary. Herman złapał się za podbródek, odetchnął, zawierzył Bogu radę, którą zamierzał przekazać swemu przyjacielowi.

— Pokuta, miły Dietmarze — powiedział dostojnym, światłym głosem. — Umartwiaj się. Wszystko osiągnąłeś, Bóg ci sprzyja, ale nie umartwiasz się, nie dziękujesz, nie schylasz głowy.

— A jakże to czynić? — zapytał Dietmar, wpatrując się w księdza.

— Zakon pokutników Anny Marii Wesolutkiej — odrzekł po chwili. — Wstąp, niech Bóg w ciebie wstąpi, jak tam wstąpisz.

— Ojcze — odrzekł Dietmar z wyraźną goryczą w głosie — mam tu Elizę, biznes, ja nie mogę…

— To twa próba — powiedział proboszcz, zwracając w głowę ku ołtarzowi. — Chrystus mi się objawił zeszłej nocy — Położył pomarszczoną dłoń na barku Dietmara. — Objawił mi, że pokuta jest wybawieniem, że wynagradza tych, co porzucają i się umartwiają. Musisz iść, miły przyjacielu, i się biczować, tak jak przykazał Syn.

Dietmar nie wiedział jeszcze, co o tym sądzić. To wszystko przybrało dziwny, niespodziewany obrót. Trudno mu było pogodzić się z myślą, że odnalezienie szczęścia będzie go kosztować porzucenie dorobku całego życia. Matka mu jednak niegdyś powiedziała: „Znajdziesz się kiedy nad przepaścią z pakunkiem większym niż marne człowiecze plecy. Będziesz szczęśliwy, mając pakunek, ale przed tobą jeno nicość, więc porzucisz go w imię Ojca i Syna i z nimi pójdziesz wstecz, gdzie odnajdziesz to, czego żeś nie zapakował, boś głupi sądząc, że im więcej tym lepiej.” Przypominając sobie te słowa ukląkł, przeżegnał się, ucałował pierścień na palcu proboszcza.

— Uczynię, jak wskazały wizje — powiedział, pewny swych słów. — Wskaż mi drogę, ojcze, do zakonu pokutników Anny Marii Wesolutkiej.

— Już na ciebie czekają — wyrzekł, wstając z ławki. — Przed katedrą czuwa brat Dominik – pokutny chodniczak – on cię zaprowadzi to Domu Umartwiania.

Dietmar z wielką życzliwością podziękował proboszczowi Hermanowi. Wstał, przysiągł na Ojca i Syna, że wypełni wszystko, tak jak mu wskazano. Rozdarł drogie swe szaty, rzucił je na posadzkę i napełniony nadzieją wyszedł z katedry, gdzie oprócz wspomnianego pokutnika czekało go coś jeszcze, coś, co nie pochodzi od Boga. Był to, jak spostrzegł kupiec, gruby, zielony wąż, który swym cielskiem przeciskał się między kratami wrót zamykających płot wokół katedry.

— Ardua prima via est — wysyczał wąż. — Ssssskąpa twa wiara – nie przejdziesz.

Kupiec zląkł się nieco. Drapieżny wzrok gada ciągle za nim podążał – skoczył w prawo, tak samo gałki diabła za nim podążały. Pojął, że nie przejdzie, póki wąż nie ustąpi.

— Czego chcesz, Belzebubie? — zapytał w końcu Dietmar, starając się ukryć swój strach.

— Consuetudinis vis magna est — powiedział wąż, wystawiając gruby, drgający rytmicznie jęzor. — Sssssłodkie twe życie, odpuść sssssłużbę i żyj wedle swego szczęścia.

Kusił go. Chciał odwieźć Dietmara od boskiej powinności. Mężczyzna stał przerażony, trudno mu było zrobić choćby krok – stał w końcu naprzeciw samego szatana. Prawdą było, że wiara w jego sercu nie była zbyt mocna, lecz chciał się zmienić, chciał odnaleźć sens swej egzystencji. Bóg zawsze stał po jego stronie, a wąż raz go otuli swym cielskiem, a potem zostawi, by zabłąkany wpadł do jego jamy i tam stał się bezbronnym kąskiem.

— Przejdę, gadzie — powiedział, dumnie wypiął pierś. — Bóg ze mną, z tobą jeno pokusa.

Wykonał pierwszy krok, potem następny – w końcu był już blisko bramy, ani chwili się nie zawahał.

— Ecce homo! — wysyczał wąż, powoli osuwając się z krat bramy, w miarę jak zbliżał się do niego Dietmar. — Przepowiadam ci, ludzka maso – będziesz tańczył do rytmu życia i śmierci, do rytmu radości i rozpaczy. Wirować będziesz i zatracisz, co ludzkie i co naprawdę twoje.

Wąż zszedł całkowicie na ziemię, podniósł wielką i ciężką swą głowę i wlepił małe, żarliwe ślepia w sylwetkę kroczącego ku niemu mężczyzny. Ten w końcu przeszedł koło niego, nie spojrzał nawet na jego wijące się cielsko, otworzył bramę i wyszedł. Szatan zniknął, a Dietmar rozpoczął swoje nowe życie.

 

***

Znalezienie brata Dominika było mniej oczywiste niż się wydawało. Przydomek „chodniczak” wydawał się Dietmarowi dość enigmatyczny, więc szukając jego znaczenia uważnie się rozglądał, pokonując każdy kolejny metr. Nie patrzył jednak pod nogi i dzięki Bogu, bo właśnie dzięki temu znalazł swojego przewodnika.

— Szczęść Boże — Usłyszał z dołu, spod swojej podeszwy.

Jak spostrzegł, a raczej nie zauważył wcześniej, nadepnął na leżącego na chodniku mężczyznę ubranego w włosiennicę.

— Ty musisz być bratem chodniczakiem — powiedział Dietmar, przyglądając się brodatemu mężczyźnie. — Chcę dołączyć do twego zakonu.

— Tak, to ja jestem Dominikiem — powiedział, wstając z ziemi i otrzepując z siebie kurz i inne pyły. — Zaprowadzę cię do Domu Umartwiania.

Wspomniany już wcześniej zakon pokutników Anny Marii Wesolutkiej znajdował się na obrzeżach miasta. Można w zasadzie stwierdzić, że przylegał do miejskiej muru i krył się w jego ogromnym cieniu. Był to budynek monumentalny, absurdalny w swoim wydźwięku. Kaplica, dormitorium, wirydarz, refektarz – wszystko to ściśnięte na niewielkiej przestrzeni, tworzące razem twardą, wznoszącą się ku niebu ceglaną masę. Dietmar był pod wrażeniem kunsztu budowniczych i boskiego natchnienia, które pokierowało pracą architektów tego przybytku.

Weszli do kaplicy przez wielkie, zdobione wrota, przeżegnali się przed ołtarzem, przeszli przez zakrystię, skąd było wejście na dziedziniec. Na środku stała fontanna, a wokół niej, na ceglanej posadzce zebrało się wielu ascetów oddających się pokucie i umartwianiu. Dietmar szedł blisko brata Dominika, ale znalazł chwilę, by oderwać wzrok i zobaczyć, co robią bracia zakonni. Spostrzegł, że okładają się wzajemnie pejczami, kijami i lateksowymi płótnami. Jedni obijali się wzajemnie dechami, inni klepali się po plecach lub szczypali w policzki. Cierpieli wzajemnie w imię Boga i każdemu z nich sprawiała ta służba niewysłowioną przyjemność. „Achże, bracie Adolfie, słodki ten ból w imię Ojca i Syna”, „Echże, miły bracie, mocniej mnie trzaśnij, bym poczuł miłość Boga” – takie frazesy dało się słyszeć, gdy przechodzili obok i jeszcze chwilę, jak już opuszczali dziedziniec, by się skierować do biura opata.

Przeszli do przylegającego do dziedzińca budynki, weszli po krętach schodach na następne piętro, gdzie na końcu skromnego, zimnego korytarza czekały na nich otwarte na oścież drzwi.

— Wejdź, przedstaw się, a opat cię przyjmę — rzekł brat Dominik, opuszczając Dietmara i ostentacyjnie wskazując palcem na pomieszczenie przed nimi.

Kupiec wszedł do środka, pozdrowił zwierzchnika zakonu.

— Imię me Dietmar — przedstawił się, klękając przed biednym, dziurawym biurkiem. — Bóg mi przykazał, by do was dołączyć.

Zakonnik wstał z krzesła, pogłaskał swą długą, siwą brodę, obszedł biurku i stanął za plecami klęczącego kandydata.

— Dobrze uczyniłeś synu — rzekł głębokim głosem. — Bóg błogosławi skromnych i umartwiających się. Droga do nieba wiedzie przez troskę, poświęcenie i zawierzenie wszystkiego, co ludzkie temu, co nas stworzył… Dobrze uczyniłeś, bardzo dobrze…

Opat wrócił na swoje miejsce, nakazał wstać Dietmarowi.

— Witam cię, bracie Dietmarze, w zakonie pokutników Anny Marii Wesolutkiej. Zdejmij swe odzienie, przywdziej szmaty i umartwiaj się, tak jak ci wskaże Bóg.

Dietmar uczynił, tak jak nakazał mu przełożony i niedługo później dołączył do ascetów na dziedzińcu. Próbował bić się pejczem, pozwolił również, by oblano go zimną wodą, ale czuł, że nie takiego umartwiania oczekiwał od niego Stworzyciel. Oddalił się od braci zakonnych, udał się do przydzielonej mu wcześniej celi i zaczął się zastanawiać jaką drogę musi obrać, by osiągnąć boskie szczęście. Trudno mu było jednak przedsięwziąć coś konkretnego na tak wczesnym etapie wędrówki. Kierując się rozsądkiem uznał więc, że póki co odda się standardowemu życiu zakonnemu, a odpowiedź pozna w odpowiednim czasie.

 

+Cztery objawienia czcigodnego brata Dietmara z zakonu pokutników Anny Marii Wesolutkiej w Hildesheim+

 

I

A był to czas Wielkiego Postu. Brat Dietmar umartwiał się w swej celi, energicznie bił się w pierś w geście żalu za grzechy. „Przepuść, odpuść, zapuść korzenie świętości w grzesznej mej głowie” – powtarzał z każdym uderzeniem. Miarowy stukot obijanych kości roznosił się po korytarzu i wreszcie, usłyszawszy ten dźwięk, przyszedł do niego brat Alfons – czcigodny moczydupa. „Szczęść Boże” – rzekł i odszedł po chwili, nie chcąc przeszkadzać w modlitwie. Niedługo potem zjawił się ktoś nieznany – brodaty mężczyzna w biało-czerwonej szacie z zakrwawionymi dłońmi. Czcigodny brat Dietmar wyczuwszy zapach krwi, przerwał pokutę i rzekł do niego: „Rabbi, czy to ty?”. Na to ten mu odpowiedział: „Dobrze się umartwiasz, prawdziwy twój żal. Objawiam ci się, by przekazać, że dobra jest droga, którą obrałeś. Z każdym uderzeniem w pierś zbliżasz się do wieczności”. Jego słowa były piękne, tak wyraźne, że zdawało się Dietmarowi, że słyszy je ze swej głowy. Ukląkł przed przybyszem, ucałował mu stopy i poprzysiągł, że wypełni jego wolę. Ten jednak zaraz po tym znikł i zostawił po sobie jedynie czerwony koralik.

 

II

A był to czas kolejnej już rocznicy zaręczyn Dietmara z zapomnianą już dawno Elizą. Tym razem czcigodny brat pielił ogródek przy pełnym upale, pocił się niegodziwie, lecz nie ustawał w swej pracy, gdyż pracował na chwałę Boga. Skończywszy robótkę przy zieleni, wstał z poziomu gruntu, wziął nożyce i zamierzał iść i schować je do schowka. Wtem jednak, w połowie drogi, ukazała mu się biała dama. Suknia jej długa powiewała na wietrze, twarz miała bladą i zakrytą welonem. Ledwo poznał jej lico, lecz brat Dietmar pewien był po chwili, że to zapomniana Eliza. „Tyś Eliza?” – zapytał, wiedząc, że to niemożliwe, by go odnalazła po tak długim czasie. „Posłano mnie pośmiertnie, by cię zawiadomić” – powiedziała smętnym, otępiałym głosem. Zbliżyła się do niego, objęła lewą dłonią owłosiony podbródek. „Dobry z ciebie wierny – nawet mnie nie pocałowałeś przed zaślubinami. Umarłam, przeklęta z żalu i samotności, bo nie wróciłeś do mnie”. Brat Dietmar poczuł, że słowa te wstrząsają jego sercem. Poczuł żal, wstyd, tęskno mu było do dawnego uczucia, które odrzucił. W końcu jednak najbardziej żałował, że nie zdążył się nawet z nią pożegnać. „Bóg we mnie silny” – wydusił wreszcie. „Nie ulęknę się, nie zapłaczę. Elizo – wybacz mi, że tak to się potoczyło. Wystawiono mnie na próbę, a tyś tylko ofiarą…”. Duch puścił brata Dietmara, oddalił się trochę. Nie było słychać kroków; unosiła się jakby nad ziemię, tylko jej suknia zdawała się lekko szeleścić, gdy skryte pod nią nogi ruszały się w pośmiertnym chodzie. „Wybaczyć już nie mogę, gdyż nie jestem już człowiekiem. Oczyściłeś się za cenę naszego wspólnego życia. Pamiętaj o tym, gdy znów będziesz się bić w pierś”. Zjawa znikła, a brat Dietmar upadł na kolana i cicho zapłakał.

 

III

A był to czas Wielkanocy. Zakonnicy przygotowywali się do uroczystej mszy. Przerwali nawet swe umartwianie, by w wspólnym gronie radować się z zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Siedzieli przy jednym długim stole, obdarowywali się wzajemnie chlebem i winem. Brat Dietmar siedział na samym końcu; z lewej jego strony siedział czcigodny brat chodniczak Dominik, po prawicy zaś znajdował się czcigodny brat deskotrzep Jens. Pieczywo wreszcie dotarło do pierwszego z nich, Dominika, i ten ułamał sobie kawałek, spożył szybko i podał resztę do Dietmara, mówiąc: „Weź i przyjmij ciało Chrystusa i przekaż dalej, jak nakazuje pismo”. Brat Dietmar urwał sobie kęsa, przekazał bochenek w milczeniu do następnej osoby. Wziął do ust, zaczął gryźć i miast kwaśnego smaku poczuł coś przerażającego – mięso, krew, skórka, która w ustach żuła się jak skóra ludzka. Czuł obrzydzenie, żal mu jednak było wypluwać, spożył więc i przełknął, pojmując, że znów doświadczył boskiej łaski. Tak samo wkrótce stało się z winem, które żelaznym posmakiem wypełniło wnętrze brata Dietmara. Po tym wszystkim oddalił się od stołu, udał się na chwilę do swej celi, gdzie ujrzał nagiego mężczyznę ociekającego krwią wylewającą się z wielu ran. Zakonnik pokornie ukląkł przed swym Panem, zwrócił się do niego słowami: „Rabbi, smutno mi patrzeć na ciebie tak marnego”. Ten, wysłuchawszy tego zdania zbliżył się do niego i położył dłoń na schylonej głowie. „Błogosławiony jesteś wśród ascetów, albowiem jeden spośród wielu rozumiesz tajemnice współdoświadczania. Okropne me rany, ciernie mnie kolą – ciebie jednakowo. Cudowne twe cierpienie, czcigodny człowieku” – to powiedziawszy Jezus znikł i zostawił po sobie jedynie krwistoczerwony sznurek.

 

IV

A był to czas Bożego Narodzenia. Brat Dietmar pracował w katedrze, wycierając kurze i czyszcząc poszczególnego części ołtarza. Radował się w duchu, bowiem wiedział, że pracuje na chwałę Boga, a już niedługo świętować będzie razem z innymi braćmi narodzenie ich Pana. Kończył już swą pracę, chciał już dołączyć do obchodów, ale zatrzymała go ta sama biała dama, którą już niegdyś ujrzał. „Bóg cię błogosławi” – powiedziała mętnym głosem. „Jednakowo błogosławi dziecko, które mogło być nasze” – po tych słowach spod białej jak śnieg sukni zjawy wypełzło dziecko. Było liche, ślepia miało czarne, a skóra jego jaśniejsza była niż alabaster. Szło ślamazarnie, co chwilę plątały mu się nogi, milczało jednak przeraźliwie, a usta jego z chwili na chwili czarniały tak samo jak oczy. „Ty jesteś od szatana” – rzekł ze smutkiem w głosie brat Dietmar. Obrzydzało go, to co widział, chciał już odejść, zapomnieć o tej strasznej wizji. „Szatan nie istnieje” – wyrzekła Eliza, zbliżając się do swej dawnej miłości. „Jestem jedynie obrazem twego sumienia, utraconego szczęścia i tego, co mogłeś osiągnąć, gdybyś nie zawierzył wszelkiego swego życia Bogu”. Dietmar spojrzał w puste ślepia zjawy skryte za cieniutkim welonem. Bał się, czuł, że mierzy się z prawdą, ale nie zamierzał się lękać, porzucać swych ideałów; nie w taki dzień. „Kłamiesz” – powiedział po chwili. „Miła mi Eliza nie mogłaby mnie tak wodzić”. Dziecko, zupełnie niezauważone, dotarło do Dietmara i złapało go za lichą szatę, którą miał na sobie. Czarne jego ślepia rozszerzyły się, pojawiły się na nich białe punkty. „Błogosławione twe obecne życie” – wyrzekło bezosobowym, cichym głosem. I niemowlę i zjawa po chwili zniknęły, a Dietmar opadł bezwładnie na kolana i cicho zapłakał.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Literkowa Bitwa na Prozę 9 miesięcy temu
    Brawo! Witamy w Bitwie i życzymy wygranej.

    Literkowa pozdrawia
  • pasja 9 miesięcy temu
    Ciekawe opowiadanie z zabarwieniem humorystycznym... sama nazwa Zakon Anny Marii Wesolutkiej wskazuje na pewien obszar. Imiona i przydomki zakonników też mają swoje znaczenie. A sam bohater skazuje się na pokutę nie do końca ją sprawiedliwie wykonuje, choćby biczowanie. Diabeł objawia mu się trzy razy i kusi. On jednak nie ulega. Płacz tylko jest jednym czynnikiem emocjonalnym za utraconą miłością.
    Cały proces umartwiania doskonale opisujesz używając odpowiedniego języka i odpowiedniej oprawy. 5

    Pozdrawiam
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam również.
  • Shogun 9 miesięcy temu
    Bardzo dobre opowiadanie. Pomimo znacznej długości dzięki dobrej narracji czyta się przyjemnie i szybko. Tematyka dość poważna, ale humorystyczne fragmenty świetnie to równoważą. Czy warto porzucać wszystko dla wiary? Sądzę, że nie. Poza tym gdyby Bóg nie chciał, aby Dietmarowi się powodziło, to by mu nie sprzyjał. Co do samych zakonników, to, to jacyś masochiści są, patrząc na ich wypowiedzi :D. Nie rozumiem, czemu tekst ma tak słabą ocenę. Ode mnie leci piąteczka.
    Pozdrawiam ;)
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    Dzięki za komentarz. Pozdrawiam
  • Antoni Grycuk 9 miesięcy temu
    Bucz,

    bardzo dobre opowiadanie. Całość to dobrej klasy groteska.
    Są i nawiązania do Biblii, i cywilizacyjne wstawki.
    Czytało się bardzo dobrze, użyty język specyficzny, ładnie się dopasowujesz do klimatu. Szacun.

    Błędy. a było ich sporo, to przede wszystkim literówki, powtórzenia i zaimkoza. (Interpunkcja też.)

    i czerwonego nosa, która już dawno nie czuł woni wiary.
    który

    Wąż zszedł całkowicie na ziemię, podniósł wielką i ciężką swą głowę i wlepił małe, żarliwe ślepia w sylwetkę kroczącego ku niemu mężczyzny. Ten w końcu przeszedł koło niego, nie spojrzał nawet na jego wijące się cielsko, otworzył bramę i wyszedł. Szatan zniknął, a Dietmar rozpoczął swoje nowe życie.
    Tu przykład niepotrzebnych 3 zaimków: SWĄ głowę, JEGO wijące się, SWOJE nowe życie.

    Można w zasadzie stwierdzić, że przylegał do miejskiej muru i krył się w jego ogromnym cieniu.
    miejskiego

    Przeszli do przylegającego do dziedzińca budynki,
    budynku

    — Wejdź, przedstaw się, a opat cię przyjmę
    przyjmie

    Zakonnik wstał z krzesła, pogłaskał swą długą, siwą brodę, obszedł biurku i stanął za plecami klęczącego kandydata.
    biurko

    Brat Dietmar pracował w katedrze, wycierając kurze i czyszcząc poszczególnego części ołtarza.
    poszczególne

    Podobało się.

    Pozdrawiam.
  • Pan Buczybór 9 miesięcy temu
    Dziękuję za komentarz. Błędy postaram się wyeliminować :)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 9 miesięcy temu
    Rozpoczynamy głosowanie!
    Zapraszamy Autora do czytania i zagłosowania.
    Gosowanie potrwa do 20 marca / piątek / godz. 23:59

    Literkowa pozdrawia i życzy przyjemnej lektury
  • pkropka 9 miesięcy temu
    Cześć Buczy :)
    "Kupiec powoli się zbliżył, zważał na każdy swój krok, by nie przerwać rozmowy z Bogiem. Przysiadł koło niego, poczekał aż skończy i w końcu powiedział:" - wygląda jakby przysiadł się do boga. Ogółem dość często tak pół-gubisz podmiot.
    "Nie patrzył jednak pod nogi i dzięki Bogu, bo właśnie dzięki temu znalazł swojego przewodnika." - myślę że jakby patrzył pod nogi, też by go znalazł.
    "Wejdź, przedstaw się, a opat cię przyjmę" - przyjmie

    Wklejam żeby nie zniknęło. Jeszcze wrócę, bo przerwałam w połowie
  • pkropka 9 miesięcy temu
    Wróciłam :)
    "Zakonnik wstał z krzesła, pogłaskał swą długą, siwą brodę, obszedł biurku i stanął za plecami klęczącego kandydata." - biurko
    "Brat Dietmar urwał sobie kęsa" - kęs
    Przeczytane. Napisałeś sprawnie, ciekawie, ale uważam, że puenta powinna być wyraźniej zarysowana. Choć taka też czemuś służy.
    W sumie fajny tekst to otwarcia dyskusji o wierze, lecz to nie miejsce na nią ;)
  • Pan Buczybór 8 miesięcy temu
    dyskusji o wierze już zdecydowanie zbyt wiele było na Opowi :)
    Dziękuję za przeczytanie i komentarz.
  • Maurycy Lesniewski 8 miesięcy temu
    Dobry, miejscami naprawdę zabawny tekst, jednak z przesłaniem dość ciężkiego kalibru. Moim zdaniem wyszedłeś obronną ręką jeśli chodzi o fabułę, i do tego zmusiłeś czytelnika do zastanowienia. Podoba mi się, że nie dajesz gotowych odpowiedzi a sprawiasz, że w głowie kiełkują pytania.
    Moim zdaniem jeden z lepszych tekstów tej edycji.
    Pozdrawiam!
  • sisi55 8 miesięcy temu
    Ładnie napisane. Fabuła i przesłanie nie do końca do mnie trafia. Błędów żadnych nie zauważyłem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania